piątek, 26 kwietnia 2013

Szkoda Czasu




Zdarzyło wam się kiedyś, że na ulicy zaczepia was ekshibicjonista, rozwiera poły płaszcza, wy zaglądacie lekko zdenerwowani, co tam ma pan ciekawego, po to tylko żeby stwierdzić, że to, co każdy? Z lekka zniesmaczeni odwracacie wzrok pytając siebie samych po jakie licho ja tam zaglądałem? Nie? Nic straconego lektura "Its not about that:" gwarantuje podobne doznania


Tak naprawdę nie wiem od czego zacząć. Najprościej byłoby spuentować tę publikację krótkim: "słabe, szkoda czasu", ale ani to miłe, ani to uczciwe wobec autorów. Problem w tym, że ten album jest artystyczną porażką w tak wielu aspektach, na tak wielu frontach, że aż mi zwyczajnie i po ludzku przykro bo przecież znam i cenię obu autorów...

Dobrze. "Its not about that" dopuszcza się grzechu pierworodnego mamiąc naprawdę doskonałą okładką, która jednak nijak ma się tak do treści jak i formy albumu! Fajny projekt, ciekawa ilustracja, zapowiadająca wszystko tylko nie cartoon do tego mocno uproszczony i poniżej poziomu dotychczasowych prac Piotra Nowackiego. Dobranie formy do treści to też sprawa kontrowersyjna. Łączenie cartoonowego stylu Nowackiego z poważną i bardzo brutalną treścią świetnie sprawdziło się w "Scenach z życia murarza", potęgując efekt brutalności tej historii. W przypadku scenariusza Bartosza Sztybora to kompletnie nie wychodzi bo rysunki Nowackiego nie mają z czym kontrastować... Puste sceny wypełniające ten album nie budują napięcia, nie kreują postaci, po prostu są.

Nawet tam gdzie kiełkuje coś, JAKAŚ treść, którą autorzy próbują nam przekazać, okazuje się że to strzał panu Bogu w okno. Album ten to komiks niemy, stworzony w taki sposób jak gdyby autorzy nie mieli nigdy przed oczyma komiksu bez słów. Wszystko tutaj jest przesadzone: zamiast normalnej narracji jest jakaś pantomima, przesadzone gesty, "gra aktorska" postaci niczym w kinie niemym. W efekcie w czytelniku, czyli we mnie powstaje wrażenie, że albo autorzy traktują go jak dziecko, które nie potrafi przeczytać obrazu pozbawionego słów. Albo to ja popełniłem błąd bo to komiks dla dzieci robiony "po polsku", czyli to co dla dziecka ma być z założenia dziecinnie głupie.

No ale jak to możliwe, że to dla dzieci skoro tam się takie rzeczy dzieją straszne?

Dochodzimy zatem do treści. To najtrudniejsza sprawa, bo bardzo długo zajęło mi złożenie tej fabuły do kupy tak aby dało się ją w jakikolwiek sposób zrozumieć.

Jest tak:

Robot służący, służy jakiejś rodzinie i odlicza dni do emerytury. Podaje drinki, robi śniadanka, podrywa nieokreślonego płciowo robota sąsiadów. W pewnym momencie w domu, w którym służy pojawia się  robot model nowy, super czaderski, nasz robocik odkrywa że jego multiseksualna miłość zza płotu wylądowała na śmietniku. Robot wprowadza w życie najdziwniejszy plan realizowany w historii komiksów o robotach.

Odcina nożem zasilanie nowego robota i teraz... Uwaga bo logika opowieści idzie sobie na zasłużony urlop! Odcinając robota od wtyczki zasilania powoduje tragedię- śmierć dziecka właścicieli które nie wiadomo dlaczego tonie w basenie...

Zrozpaczony rodzic wyładowuje swój gniew i żal na niedziałającym robocie który przylepia mu się do podeszwy!

Co dalej? Absolutnie nic. Naprawdę nie dzieje się już nic. Koniec. Kropka, wielki podwodny finał...

O czym jest ta historia drodzy autorzy?

Co chcieliście przekazać nam biednym czytelnikom?

Co takiego sprawiło, że ta historia zdała się wam warta opowiedzenia?

Ok, rozumiem zamysł. To trochę "szyłakowa" gra z czytelnikiem. Czyli poprowadzenie historii w rejony, o których istnieniu czytelnik nawet nie zdawał sobie sprawy. Niestety zrealizowana niechlujnie i bezmyślnie. W tym samym czasie Centrala wydała debiutancki albumik Katarzyny Kaczor, drodzy autorzy może warto zrobić krok w tył i podpatrzeć u młodszej koleżanki jak kreować historie, jak ją opowiadać, jak przekazywać emocje i treści bez użycia słów.

Na koniec autentyczne oburzenie. Album wydany został pod tytułem w obcym języku, rozumiem dlaczego - chęć prezentacji komiksu za granicą. Ale to zwykły policzek wymierzony polskiemu czytelnikowi, który nie musi znać obcego języka i wiedzieć czy ten tytuł coś oznacza, czy jest tylko bezsensownym ciągiem liter...

Zatem podsumowując. Jeśli nie kupiliście tego albumu, to zapewniam, że jest wiele ciekawszych sposobów wydania tych kilku groszy. Być może to za mało na stripklub pod Rzeszowem, ale na inne komiksy w sklepie Centrali jak najbardziej.