wtorek, 27 listopada 2012

Seks, aborcja i komiksy kobiece


W 1994 roku ukazał się album pt. "A Bitch Is Born" zbierający w całość kilka krótszych historii o przygodach ciągle narzekającej, co chwilę wpadającej w szał, potwornie złośliwej babie - Midge McCracken. Powody, dla których pozostaje ona w stanie permanentnej wściekłości na cały świat sięgają dzieciństwa, czyli aż do lat sześćdziesiątych. Ten komiks nie został wydany w Polsce.

A powinien był.

 Paradoksalnie bowiem  historie sprzed dwudziestu lat,  napisane i narysowane przez amerykańską artystkę Robertę Gregory, opowiadające o życiu w USA pięćdziesiąt lat temu,  mówią więcej o młodych Polkach niż większość współczesnych seriali telewizyjnych i lifestylowych pisemek.
Dzieje się tak dlatego, że postać stworzona przez Gregory pochodzi z domu, rodziny, środowiska, które wypełnia opis statystycznego domu rodzinnego trzydziestoletniej Polki.

Midge McCracken pochodzi z rodziny, w której ojciec nie wrzeszczy tylko wtedy gdy wygłasza rasistowskie manifesty. Gdzie matka jest zdominowana przez ojca, pozbawiona własnego zdania i całkowicie bezwolna. Wychowuje się w środowisku katolickim z całym bagażem religijnej moralności. Brzmi znajomo prawda?

Czytając ten komiks przejdziemy wspólnie z nią przez prawdziwe  piekło. Przez zestaw zdarzeń, które w normalnym świecie nie powinny mieć miejsca (a w każdym razie bardzo bym sobie tego życzył). Te ekstremalne sytuacje, w których znajduje się tytułowa Bitch, choć same w sobie potworne, nabierają właściwego znaczenia dopiero wtedy gdy zderzą się z rzeczywistością w jakiej bohaterka dorasta.

 Nikt nie rodzi się wściekłym na świat, pozbawionym złudzeń co do ludzkiej moralności i z absolutnym brakiem nadziei na szczęście. Midge dochodzi do takiego stanu z wielu powodów. Jako kilkuletnia dziewczynka bohaterka tego albumu spędza wakacje u swojego wujostwa. Zwykłe wakacje nic szczególnego, poza tymi chwilami gdy troskliwy wujek rozbiera, kąpie, ubiera, dotyka małą Midge.
 Brzmi to równie źle jak wygląda.

 Gregory nie tylko idzie w dosłowność, opisując pedofilię, robi coś dużo mocniejszego. Nie widzimy samego aktu seksualnej przemocy. Nie musimy bo wujek, niewinnie i z troską opowiada nam co zaraz zrobi, a to co widzimy to mała przerażona dziewczynka wpatrująca się w nas wprost z kadru.

Po latach dorosła Midge życzy wujkowi "wszystkiego co najlepsze" 
 To nie koniec. Bohaterka tej historii pozostaje z tym horrorem zupełnie sama. Nie ma do kogo uciec bo przecież nie do ojca, który wrzeszczy i zmusza ją do całowania i przytulania troskliwego wujka na spotkaniu rodzinnym. U matki tez próżno szukać pomocy, jest zbyt zajęta czesaniem i ubieraniem żywej laleczki, jaką jest dla niej córka.

 Gregory kończy opowieść o dzieciństwie swojej bohaterki mówiąc czytelnikowi, że Midge została skrzywdzona i nikt i nic tego nie zmieni.

Mija kilka lat panna McCracken to już nastolatka, poznająca muzykę, narkotyki i szukająca miłości. Banalna historia, potrzeba nastoletniego buntu, okazja, przypadkowy nieznajomy i Midge traci dziewictwo. Jak wszystko u Gregory tak i ta scena jest mieszanką groteski, czarnego humoru i paskudnego naturalizmu. Jej pierwszy, raz może nie jest tak przerażający  jak "opiekuńczy" wujek, ale na pewno upokarzający, bolesny i wzbudzający w niej wstręt.

Autorka nie pozwala nam ani na chwilę zapomnieć skąd pochodzi jej bohaterka, która chwile po utracie dziewictwa jest pełna odrazy do samej siebie i tego co zrobiła. Rodzi się w niej nawet poczucie winy i grzechu.

 To uczucie będzie narastać i osiągnie apogeum w momencie gdy bohaterka dowie się, że jest w ciąży. Jedynym dla niej wyjściem z sytuacji jest aborcja. Problem w tym, że zabieg jest jeszcze nielegalny. Do tego kosztowny, a Midge nie może liczyć na rodziców w końcu to oni zabierają ją co tydzień do kościoła, gdzie słyszy sporo na temat tego co czeka w piekle tych, którzy zabijają nienarodzone dzieci.

 Tak, Midge przerywa ciążę. Zabiegu dokonuje w obskurnej budzie obcy facet, bez jakiejkolwiek wiedzy medycznej. 


Wymowa tych "aborcyjnych" scen jest jednoznacznie proaborcyjna i jest ostrym policzkiem wymierzonym męskim obrońcom życia. Gregory zdaje się mówić: "Nie masz prawa decydować za kobietę skoro nie wiesz co oznacza ból, upokorzenie i cierpienie związane z usunięciem ciąży".

 Inna sprawą jest, że autorka nie ideologizuje tematu. Prezentuje go od każdej strony, także tej moralnej i religijnej. Midge ma wyrzuty sumienia, tak przed jak i po czuje, że podejmuje decyzję, po której nie ma odwrotu, mało tego ona ma świadomość, że nie usuwa płodu, ale zabija dziecko!

 I po raz kolejny zostaje z tym sama.

 Te wydarzenia na zawsze określą relację pomiędzy nią a jej matką. Relacje te już zawsze będą mieszanką zwiedzionych nadziei, złości i wyrzutów sumienia.
 Album Roberty Greogory to komiks kobiecy sensu stricto. Stworzony przez kobietę, opisujący kobiecy temat z punktu widzenia kobiety i w sposób niedostępny dla mężczyzny.
 Ciekawe jest też to, że historie w nim zebrane powstały na długo przed modą na komiks autobiograficzny. Opowieści Gregory to fikcja, Midge nigdy nie istniała, a wydaje się równie prawdziwa co postaci z autobiografii. 

poniedziałek, 22 października 2012

Debiutanckie rozmówki


Stoję w księgarni przed pólka z komiksami. Obok mnie stoi taki ktoś, kto patrzy na to, co wydane zostało w tym roku, przegląda to i tamto, a w myślach przelicza na co go stać. Po minie widzę,  że z portfela mu się nie wylewa.

Stoi tak i duma, a ja zamiast tak stać jak kołek to, chcę doradzić i pomóc w wyborze i mówię:

Kup „Rozmówki polsko-angielskie”!
 - Bo na klasyków zawsze będziesz miał czas
- Bo na licencyjne komiksy możesz poczekać
- Bo nowości polskie nie uciekną
A to jest debiut, ważny i wyjątkowy debiut.

Powyższa historia nie miała prawa się wydarzyć, bo przecież komiksów od dawna nie ma w zwykłych księgarniach, a świadomy czytelnik to ginący gatunek (szacuje się, że w naturze występuje około tysiąca osobników).

Dyskusje o tym dlaczego tak jest, z rzadka dotykają przyczyny, a z reguły zamieniają się w pogadanki jak temu przeciwdziałać, a te urywają się na jakiś komunałach o potrzebie promocji, bo przecież są komiksy, które „wyszły z getta”, zainteresowały  się nimi media, dotarły do niekomiksowego odbiorcy.

Być może zamiast głośno krzyczeć „Dlaczego?” powinniśmy postawić zupełnie inne pytanie: Co ma do zaoferowania czytelnikowi polski komiks, czego nie znajdzie on nigdzie indziej?

Poza nielicznymi wyjątkami, bardzo niewiele. To, co proponuje to opowiadanie historii, które konkurować muszą z innymi, podobnymi historiami z gier, filmów seriali i książek.

Z roku na rok obserwuję jak komiksy polskie odklejają się od rzeczywistości, snując swoje bajki dla coraz mniejszego grona odbiorców.

Wybaczcie ten przydługi wstęp, ale bez tego trudno mówić o albumie Agaty Wawryniuk, który poza wszystkim innym, przełamuje ten schemat wsobności polskiego komiksu. Atakuje czytelnika osobistą historią, podaną w fenomenalny sposób, opartą na rzeczywistym doświadczeniu i co najważniejsze w mikro skali prezentujący wycinek naszej rzeczywistości.

Po raz pierwszy od bardzo dawna, mam wrażenie, że autor komiksu mówi do mnie w  jakimś innym celu, niż tylko chęć opowiedzenia mi zabawnej lub tajemniczej historii.

Wawryniuk opowiada o doświadczeniu pokolenia nowej emigracji, które szuka szczęścia i pracy w Wielkiej Brytanii. Każdy coś słyszał o tej fali Polaków wyjeżdżających na wyspy. To, co ja zapamiętałem to ten publicystyczno-telewizyjny jazgot, który mówił albo o młodych Polakach odnoszących sukcesy w londyńskim City, albo o młodych wykształconych absolwentach cytujących Norwida na zmywaku w kebab barze. W kulturze nie lepiej, albo odrealnieni serialowi „Londyńczycy”, albo udawane dramaty  jak „W cieniu Sheratona” Ireneusza Dębskiego.

W „Rozmówkach polsko-angielskich” nie ma ani błyskotliwych karier, ani smutku polskiego inteligenta, jest za to sporo gorzkich obserwacji. Największym zagrożeniem dla Polaka na emigracji jest oczywiście inny Polak, lepiej na obczyźnie radzą sobie kobiety, emigranci mają te same problemy co w kraju. Wszystko kręci się wokół pieniędzy, a raczej ich braku, z tą różnica, że znika pojęcie wstydu. Nie ma złej pracy, czy też pracy poniżej kwalifikacji, nie ma rozczarowań związanych z „karierą” na wyspach. Praca ma zaspokajać najbardziej pierwotne i proste potrzeby, dach nad głową i głód, który czasami się pojawi.

Wawryniuk opowiada o tym wszystkim wykorzystując formę autobiografii, ale wyjątkowość tego debiutu polega także na tym, czytając ten komiks nie mamy wrażenia, że jedyne o czym autor może, umie, chce i potrafi mówić to on sam. I czubek jego własnego nosa.

„Rozmówki polsko-angielskie” nie są na szczęście pamiętniczkiem komiksowym. Wawryniuk uniknęła tej pułapki opowiadając o swoich przeżyciach z dystansem. Chłodno relacjonuje sprawy, których nie doświadczyła osobiście, a jedynie była ich świadkiem i co najważniejsze w żadnym wypadku nie ocenia. Ten dystans buduje też stylizacja „Rozmówek”. Odważna, podkreślająca gorycz obserwacji autorki. Wyjątkowy jak na debiut sposób prowadzenia narracji, który pozostaje spójny pomimo epizodycznego charakteru poszczególnych rozdziałów.

Jaki z tego wszystkiego morał? Czy komiks ma przejść od teraz w tryb „pełnego zaangażowania”? Opowiadać o tym, co widzimy lub widzieliśmy za oknem? Oczywiście, że nie. Nie ma nic złego w bajaniu i opowiadaniu historii dla czystej przyjemności opowiadania. Reakcje na komiks Agaty Wawryniuk pokazują tylko, że to zaangażowanie może procentować –media głównego nurtu zauważyły i doceniły młodą autorkę.