wtorek, 1 lutego 2011

Komiks- brzydka siostra Kopciuszka

To trochę tak, że ten temat wziął się z powietrza i znikąd.

A trochę nie.

Tydzień temu wypełniałem jakąś kretyńską ankietę, w której miałem wskazać pięć książek, które są dla mnie ważne/kształtowały mnie jako dorosłego człowieka/określały najpełniej mój stosunek do świata/ miały dużo stron. I wypełniłem ankietę. Szybko z oczywistą listą, którą mam w głowie od wielu, wielu lat. Wypełniłem kliknąłem wysłałem i podrapałem się w głowę; na liście nie było ani jednego komiksu.

Tydzień później ukazuje się wznowienie „Mausa”( o nim więcej troszeczkę za momencik), którego wydawca uparcie komiksy nazywa książkami , w międzyczasie rozmawiam z komiksowymi przyjaciółmi o książkach właśnie i komiksach także.

Z biegiem lat to absurdalne i żenujące tak naprawdę pytanie, o to czy komiks jest sztuką, zrobiło dzikie salto mortale, upadło na wznak i powstało w innej formie już nie absurdalnej i na pewno nie żenującej.

To pytanie o to jak komiks pozycjonuje się wobec i w ramach literatury, czy komiks to książka i co z tego wynika?

Pomijam poetykę, która opisuje komiks w ramach prezentacji gatunków jako „rodzaj komunikacji literackiej”. Pomijam dlatego, że nie ma to większego znaczenia, a sama opinia teoretyków o komiksie jest jednoznaczna, ot dla przykładu prof. Kulawik w podręczniku pisze wprost o komiksie jako o „(...) smutnym fenomenie kultury(...)”.

Myśląc o tym doszedłem do jednego wniosku: komiks to upośledzone dziecko literatury, a mówiąc mniej brutalnie i mniej wprost: komiks to brzydka siostra Kopciuszka, która może i pójdzie na bal, może i zobaczy księcia, ale nie dla niej złote pantofelki i karoca z dyni.

Komiks przegrywa z książką, przegrywa wyścig o uznanie, wartość i znaczenie. Mało tego przegrywa też walkę o czytelnika.

Dzieje się tak z dwóch powodów. Pierwszy jest oczywisty, związany z cechami gatunku, bo jasne że jak każdy fan mogę się zżymać i mówić że nie, nie prawda to kłamstwo, potwarz i zamach na cześć, ale prawdą jest to co mówią nie-fani, nie-lubiący, nie- czytelnicy. Komiks w większości przypadków podaje na tacy świat przedstawiony, nie pozostawia zbyt wiele przestrzenni dla wyobraźni, w najgorszym wydaniu (czyli najpowszechniejszym) pozbawia czytelnika tego co w kontakcie z literaturą najprzyjemniejsze czyli tworzenia we własnej głowie światów, bohaterów, zdarzeń na podstawie łączenia w pewne logiczne ciągi 32 znaków alfabetu.

Oczywiście że jest to uproszczenie, oczywiście że uogólniam ,ale tylko trochę. Dlatego tak trudno, moim zdaniem wprowadzić w świat komiksu nowego czytelnika, dlatego te dwa światy odbiorców pokrywają się ze sobą w niewielkim stopniu.

Ten problem i tą „wadę” gatunkową można przeskoczyć i przezwyciężyć, wykorzystując w pełni formę i cechy gatunku.

Tylko tutaj pojawia się kolejny problem. Twórczość komiksowa.

Od lat obserwuję dwa schematy, którymi posługują się autorzy komiksów, a które mogą zapewnić im uznanie, sławę, chwałę, nagrody, bankiety i podróże służbowe.

Pierwszy to łapanie się za literackiego cycka. Czyli mniej lub bardziej wprost odnoszenie się do książki, autora, tematu, bohatera.

Pierwszy z brzegu przykład z ostatniego roku Asterios Polyp – komiks sam w sobie fenomenalny tylko co i rusza trafiam na cytat lub nawiązanie literackie, które w żaden sposób nie wzbogaca treści czy odbioru jest jedynie zabawą, stroszeniem piórek i wtykaniem do łap recenzentów argumentów „za”.

Jasne, jest to też wina piszących o komiksie bo przecież wrzuty w stylu „komiksowa Zbrodnia i Kara", czy „Hamlet w komiksie” to nie wytwór fantazji autora czy wydawcy( no z tym ostatnim to można by dyskutować). Jerzy Szyłak o tym mówił pisząc poradnik recenzenta kiedyś tam dawno, dawno, mówił o tym że takie działania nie tylko szkodzą recenzentowi ( który nie zauważył że postmodernistyczna gonitwa za cytatami zdechła w literaturze z końcem XX wieku – no prawie, no zdechła), ale przede wszystkim godzą w twórcę- odbierając mu status AUTORA , skazując na bycie tą brzydką siostrą, która ma co prawda pryszcze jest gruba nie goli się i ma popsute zęby ale jakby ją tak umalować ubrać jak królewnę to nawet można by z nią pospacerować po molo bez wstydu i zażenowania.

Świetnie podsumowuje to Mateusz na piłkarskim przykładzie.

Po drugie, jeśli tekst dotyczy rzeczywiście interesującego komiksu, ważnego komiksu taka rekomendacja trafia w czytelnika rykoszetem bo przecież nie znajdzie on w tym komiksie ani drugiej „Zbrodni i kary” ani drugiego „Hamleta”.

Tylko kto by tam czytał i słuchał Szyłaka...

Nie chcę być opatrznie zrozumiany – nie ma nic złego w łączeniu komiksu i literatury, ale sam fakt literackich odniesień nie może być wyznacznikiem wartości komiksu jako takiego.

Drugim schematem o którym wspomniałem wyżej jest autobiografizm komiksowy. Czyli tylko prawdziwa historia, tylko prawdziwe przeżycia autora w formie komiksu sprawią, że jego dzieło/dziełko wybije się na artystyczną niepodległość. O tym, że to bzdura, o tym jakie są tego powody można by pisać i pisać – może innym razem.

No dobra czyli wniosek jest taki, że wszystko źle?

Nie ma ratunku?

Jest, oczywiście że jest, problem tylko w tym że znam tylko i wyłącznie jeden przykład przełamania tej niemożności wyjścia z literackiego cienia. Przykład, który ilustruje to co jest jedynym wyjściem – ratunkiem (?) dla gatunku.

Jasne, że to „Maus”.

To komiks, który zadaje kłam tezie o ograniczaniu wyobraźni przez komiks, tej „kawo-ławowej” dosłowności. Wykraczający POZA literaturę a nie trzymający się jej kurczowo. Wyskakujący ponad pozerski autobiografizm. To komiks w czystej postaci, powinni go zalaminować i złożyć w Sèvres obok metra i kilograma.

To też niestety komiks o Zagładzie.

I dla mnie, krakowskiego rocznik 80, z obowiązkową wizytą w Oświęcimiu w klasie 8 szkoły podstawowej, klasowymi ,obowiązkowymi wypadami na „Listę Schindlera”, dorastającego w klimacie PAMIĘTAJ I CZUWAJ, z wizytami w getcie, z dodatkiem komercyjnego ” Shoah Biznes”, otoczonego cymbałami pstrykającymi fotki nagrobków na żydowskim cmentarzu w pogoni za PRAWDZIWĄ sztuką, całkowicie...

Nie do czytania i nie do przejścia.