piątek, 29 października 2010

Achtung! Augen!


Po lekturze „W cztery oczy” pomyślałem, że nie wiem czy jestem bardziej leniem czy cymbałem.

Z Saschą Hommerem jechałem w jednym pociągu i w jednym przedziale z Warszawy do Łodzi, i cymbał jestem i trochę leń bo miałem okazje spytać go o album „W cztery oczy”. Spytać go czy to, co myślę to rzeczywiste intencje i cel autora czy tylko takie moje dorabianie.


Tylko to durne gorzkie żale bo:
Po pierwsze komiksu jeszcze wtedy nie czytałem, mało tego nie miałem go na liście zakupowej, po drugie całą drogę do Łodzi wolałem słuchać kolegów z Polski.

Bo co to, ten Niemiec? Faszysta i do tego żaden mój kolega.

Nie planowałem zakupu z prostego powodu, po lekturze opisu pomyślałem: „O, nie! Publicznie puszcze pawia jak jeszcze raz przeczytam o pierwszej miłości, dorastaniu, problemach ( w skrócie PMDiP). Generalnie mam dość komiksowych publicznych spowiedzi”.

No, ale kupiłem. Miesiąc później.
I w połowie albumu czułem jak podchodzi mi do gardła masa spadkowa komiksów i komiksideł o tym właśnie, że się kocha, że pierwszy seks i że w ogóle ( co ciekawe tych komiksów wcale tak dużo nie ma...).

Bo Hommer mnie bombarduje od samego początku dętym banałem o PMDiP i ten banał zamiast wzruszać smucić i przestraszać pozostaje banałem, który jest nijaki i w żaden sposób na mnie nie działa. Przez moment myślałem, że trzepnę tym w kąt pokoju gdańskiego mieszkania, znanego rysownika z Krakowa. Sarkałem pod nosem, że Hommer to kolejny baran, któremu się wydaje, że jego historia, całkiem fajnie opowiedziana przyznaje, jest poruszającą serca i umysły, czy też wartą w ogóle opowiadania komukolwiek.

Bohater się zakochuje, bohater coś tam pali potem coś tam łyka potem coś tam i koniec.

No i wygłasza jedno pretensjonalne zdanie o poszukiwaniu SENSU.

Skończyłem czytać i dotarło do mnie kilka rzeczy, które zmuszają do myślenia. Autor nie jest osiemnastolatkiem, któremu wydaje się, że jego życie jest na wskroś wyjątkowe, cała konstrukcja fabuły nijak nie sugeruje chociażby przez chwilę, że mamy do czynienia z gigantycznym romansem, cierpieniem i upadkiem człowieka pod dworcem centralnym. Główny bohater to przecież zwyczajny nastoletni dzieciak, raczej tępy i nierozgarnięty, robiący głupie rzeczy z głupich powodów. W dodatku Hommer co chwilę, od samego początku i konsekwentnie podkreśla te jego cudowne cechy.

Zatem pojawiają się dwa pytania: po co to robi i o co w tej historii chodzi?

Na te pytania odpowiada to co spaja tę momentami poszatkowaną historię. To postać wyimaginowanego psa, który towarzyszy bohaterowi komiksu od początku i jest tak naprawdę powodem, dla którego ta historia jest opowiadana. Ten pies dla dorosłego Saschy Hommera nie jest żadnym „narkotycznym demonem” bo nie ma tutaj żadnego zmagania się z nałogiem, to symbol zmniejszającego się z upływem lat poczucia wstydu i zażenowania, że z naprawdę głupich powodów bohater/autor robił za młodu rzeczy naprawdę głupie. Pomyłki i żenujące historie, których nie tylko wydarzyły się raz kiedyś podczas tych nastu lat ale powracały, może słabiej, ale równie durnie.

Nie siedzę w głowie autora więc nie wiem czy takie było zamierzenie i tak ta historia ma być czytana.

Jeśli tak to jest w dalszym ciągu publiczna komiksowa spowiedź, ale świeża i nowa pozbawiona mitologizujących przeszłość wstawek.

Jeśli nie jest tak i wszystko to sobie pięknie i ładnie dorobiłem, to i tak dobrze bo znaczy ni mniej ni więcej tylko o tym że Hommer zmusił mnie do myślenia.

W obu przypadkach warto przeczytać.

poniedziałek, 25 października 2010

Polski komiks roku

To polski komiks roku.

Piszę to z pełną świadomością i przekonaniem.
Świadomością, że ukazały i ukazują się komiksy popularniejsze, łatwiejsze w odbiorze. Przekonaniem, że o zbiorach pasków, „prześmiesznych” debiutach albumowych będziemy pamiętać przez może 2-3 miesiące od ich wydania. Ktoś w magisterce kolejnej wspomni ot wydano, grupa fanów na fejsbuku kliknie „lubię to!” i na tym dyskusja na temat nowego polskiego komiksu się zakończy. Bo po prawdzie nie ma o czym dyskutować.

„Sceny z życia murarza” nie dostaną nawet tego.

Bo to Szyłak.

I na tym można spokojnie skończyć. Przecież nikogo nie interesuje o czym ten album jest, co Szyłak ma do powiedzenia w tej historii i o komiksie w ogóle. Nawet gdyby kogokolwiek to interesowało musiałby po pierwsze odłożyć na bok stadną internetową niechęć, po drugie i najważniejsze musiałby ten komiks przeczytać.

Nie jestem naiwny. Zdaje sobie sprawę jak niewielu ten komiks kupi, zresztą jak może być inaczej przy 500 sztukach nakładu ale myślę, że za parę lat dla kolejnego pokolenia czytelników ten komiks będzie czymś ważnym.

„Sceny z życia murarza” mówią do czytelnika na dwóch poziomach. Na pierwszym czysto fabularnym, opowiadając historię Jana Rojka i drugim, który stanowi element nieistniejącej dyskusji na temat komiksu w ogóle i jego poetyki w szczególności.

Szyłakowi udaje się teoretyzować w fabule dzięki jednemu zabiegowi, który dla obu tych poziomów przekazu jest równie ważny.

Każda z nowel w tym albumie zawiera bezpośredni odnośnik do konkretnej książki, czy to w samym tytule, czy w bezpośrednim lub pośrednim cytacie, dodatkowo każda z nich zawiera rysunkowe nawiązanie do mniej lub bardziej znanych dzieł sztuki.

Jak to działa na tych dwóch poziomach przekazu?

Rojek jest robolem, murarzem. Robolem który czyta książki. Te książki go zmieniają, ale nie w pozytywistycznym sensie, potrzeby wybicia się na wyższy poziom życia. Rojek staje się ze zwykłego robotnika, człowiekiem świadomym. Ta świadomość prowadzi go do upadku- śmierci. Dokładnie tak jak pisze o tym Cioran w „Upadku w czas”, bo nie bez przyczyny ta książka znajduje się na liście lektur Rojka. Szyłak rozsiał na ponad 70 stronach komiksu tropy ( od obrazu Gerome’a „David i Bathsheba” po powieść Hellera „Bóg wie”) wskazujące zbieżność historii Jana Rojka z życiem i upadkiem króla Dawida.

Dla mnie ten trop interpretacyjny jest niewystarczający i nie obejmujący całości. Dużo ważniejsza wg mnie jest klamra, która spina fabułę. Rozpoczynamy i kończymy lekturę cytatem z „Hamleta” z Aktu III - sc. 1. Pierwsze skojarzenie, które nam się rodzi, wpojone od podstawówki, sugeruje że to scena decyzji. Działać czy nie działać jak w szkolnej rozprawce, którą chyba każdy z nas pisał. O tym, że nie o w ten sposób Szyłak odczytuje Szekspira mówią oba komiksy, rysowana przez Macieja Pałkę rozpoczynający album i epilog Marka Turka. W obu nie o decyzję chodzi. W obu Rojek działa natychmiastowo i instynktownie.

„Sceny z życia murarza” chwytają się innej interpretacji tego monologu. Świat to teatr, w którym każdy gra swoją rolę. Tragedią Rojka tak jak i księcia duńskiego jest to, że uświadamia sobie swoją „rolę” i w możliwy dla siebie (intelektualnie) sposób próbuje z tej roli „wypaść”. Jaki jest tego efekt, wiemy już z lektury „Szminki”.

To najlepszy ze scenariuszy Szyłaka jeśli chodzi o jego warstwę narracyjną, która jest nie tylko płynna, ale do tego stopnia zwarta, że fakt iż każdy z rysowników inaczej przedstawia głównych bohaterów nie tylko nie razi ale nie utrudnia odbioru całości.

Co mi osobiście przeszkadza to stylizacja dialogów. Z rozmów wiem, że większości (znanych mi) czytelników ten zabieg się podoba. Dla mnie jednak wszelkie stylizacje dialogów w komiksie nie mają sensu. To komiks nie literatura. Czytelnik i tak „usłyszy” jak mówią bohaterowie, tworząc ich obraz poprzez połączenie tekstu i rysunku.

Ten komiks nie jest zbiorem nowelek adaptujących literaturę. Książki funkcjonują w tym albumie jako element dodany budują sieć skojarzeń i emocji. Podobnie jak cytaty malarskie nie są jedynie popisem erudycji, ich rola nie polega na poszukiwaniu skąd ten cytat. Zresztą w przypadku odniesień do dzieł sztuki te cytaty funkcjonują bezpośrednio jedynie na linii scenarzysta – rysownik, bo przeciętny czytelnik nie ma szans na rozpoznanie wszystkich czy nawet większej ich części.

I tutaj przechodzimy do drugiego poziomu przekazu. To akurat jest proste i jasne. „Sceny z życia murarza” są praktyczną realizacja tego o czym pisze Szyłak w „Poetyce komiksu”. Wrzucając bezpośrednio i bardzo mocno w fabułę komiksu mix literatury i dzieł sztuki, scenarzysta narzuca konkretne narzędzia analizy. Tak z teorii literatury jak i teorii sztuki. I co się okazuje? Ano to, o czym pisała Anna Martuszewska w kontekście literatury popularnej, a Szyłak o poetyce komiksu - poetyka jest tylko jedna. Problem z komiksem polega na tym, że nie można mówić o nim tylko przy użyciu poetyki opisowej, konieczne jest wykorzystanie innych, nowych narzędzi.

„Sceny” to nie tylko scenarzysta ale także grupa rysowników i redaktor całości. Jeżeli uznamy ten album za antologie luźnych prac, różnych autorów to wyjdzie nam dziwny twór, w którym nie ma pozycji po prostu słabej i złej. Absolutne odkrycie i daj boże początek świetnej komiksowej kariery czyli „Upadek w czas” Leszka Wicherka, świetny Marek Rudowski, doskonała Unka Odya. Całość nadzorował Maciej Pałka, który nie tylko siedział nad głowami rysowników, ale dobrał ich doskonale do konkretnych historii. Najlepiej widać to na przykładzie komiksu Piotra Nowackiego, najbrutalniejszy dla mnie fragment tej historii narysowany jest cartoonową kreską Piotra. Ten styl pogłębia brutalność tej historii, grając z oczekiwaniami czytelnika, który spodziewa się dowcipu, zabawnej puenty bo to cartoon w końcu.

„Sceny z życia murarza” udowadniają, że komiks może być czymś więcej niż kolejną opowieścią o dupie Maryni, skierowaną do tych którzy czytać nie lubią, a jeszcze bardziej nie lubią myśleć o tym co czytają.