poniedziałek, 29 czerwca 2009

zapomniane 2

To było tak:
Miałem z Mateuszem zrobić komiks o kobietach do KKK.
I zrobiliśmy to, ale jakoś tak się pojebało,że ten komiks miał lecieć w szarościach obok jakiegoś porno Gałka.

Taki przerywnik pomiędzy ruchaniem.
I się nie zgodziliśmy.
I poszło w sieć.
To przegadane jest, ale cholernie lubię ten komiks, bardziej niż którąkolwiek z historii z Blakim.
To i wrzucam.






Bogu dzięki - czyli o gównowartości rzeczy świata tego


Tak naprawdę to miałem coś napisać o „Wykiwanych”.
Komiks Alexa Robinsona przeczytałem jakieś 4 lata temu i poza przeświadczeniem, że to świetny album w sumie nic w głowie z niego nie zostało...

Co wcale nie znaczy, że to źle czy coś.

Tylko, że jak już miałem sięgać na półkę po to, to wpadł mi do łapy komiks, taki trzy lata leżakowany na dębowej półce komiks.

I się okazało że po 3 latach prawie, pamiętam doskonale nie tylko o czym to jest, ale i to dlaczego jest to aż tak dobre.

Szczerze mówiąc jestem przedstawicielem powszechnej znieczulicy społecznej i nie robią mi demonstracje, akcje i listy protestacyjne, bo wychodzę z pewnie niesłusznego założenia, że moje oburzenie przed telewizorem odniesienie ten sam zerowy skutek co jakakolwiek akcja anty lub pro.

Nie pisze listów do Amnesty I, nie demonstruje na rzecz wolnej Czeczeni, nie popieram w marszobiegu praw prześladowanych za niewiarę w Grudziądzu.

Jeżeli coś nas określa jako ludzi to ten właśnie stan egoistycznego odrętwienia z którego wychodzimy rzadko kiedy i do tego rzadko szczerze, a jeśli już to pokazowo i telewizyjnie.


Generalnie człowiek, to stworzenie boże, które ma zaprogramowane genetycznie posiadanie wszystkiego, co nie wiąże się z jedzeniem i kopulacją w głębokiej dupie.

Jeżeli dodamy do tego oczywistą oczywistość, że świat jest gówno wart to mamy fabułę, przesłanie i bohaterów komiksu Stassena pt „Deogratias”.

To o mordzie historia, proszę państwa.
O zarzynanych Tutsi.
O chłopcu który się kocha w i kocha się z.
O wyrzutach sumienia.
O gwałcie zbiorowym.
O odrąbywaniu głów maczetami.

I o tym, że gdy bohaterowie tej opowieści mordowali lub byli mordowani, świat siedział w fotelu i dłubał w nosie.


Stassen napisał i narysował coś co porusza, przez duże P. Nie dlatego, że wiemy że śmierć, że setki tysiące zabitych, że to potworność i zgroza, ale dlatego że wina jest i nie podaje się jakiemukolwiek relatywizmowi. Mało tego, wina jest i nie zatrzymuje się tylko na potworach Hutu, czy na pełnym niemocy ONZ.

Mam nadziej że ten komiks nie przepadnie gdzieś tam jako zbyt dosadny czy zbyt „polityczny” jak na wakacyjny czas.
Tak, „Deogratias” jest „polityczny”, ale do diabła przecież politycznym dramatem jest „Hamlet”.
A poza tym to fenomenalny komiks jest z czysto komiksowego punktu widzenia. Stassen operuje mistrzowsko czasem w tym albumie. Dla głównego bohatera „dzisiaj” po masakrze i „wczoraj” w jej trakcie nie dzieli jakiś interwał złożony z miesięcy czy lat. Te wydarzenia splatają się ze sobą łącząc w jakieś dziwne „teraz”.
To nie jest „Maus”, to nie jest materiał na komiks wszech czasów to po prostu świetna historia.

Szkoda tylko, że perełkę Egmont przykrywa śmieciami jak „Niebo nad Brukselą” czy „Berlin”.

czwartek, 18 czerwca 2009

Zapomniane


Cholera....
Zupełnie o tym zapomniałem a Szymon wygrzebał:

Barok z plastiku czyli Bagiński żegna się z Oscarem.

No i zaskoczenie.
Duże.

Fabuła piękna w swojej prostocie.
Komiks który jest gotowym scenariuszem - jest tam wszystko rytm, puenta, czas i przestrzeń, nawet zmieniając konwencje graficzną, nic robić z ta historią nie trzeba.
Rzecz, której profesjonalista nie spieprzy.
A jednak.

Bagińskiemu ta trudna sztuka się udała.

Kinematograf to 12 minutowy pokaz możliwości 50 osobowego zespołu ze świetną muzyką, przyzwoitą animacją, lekko tandetną i bez polotu grafiką, pozbawiony emocji, fatalnie wyreżyserowany (wyreco?), taka trochę reklamówka.

Ale o tym zaraz.

Po pokazie publiczność dzieliła się na trzy grupy: grupa pierwsza członkowie ekipy Bagińskiego, grupa druga, to ci którzy znają komiks, grupa trzecia, to ci którzy komiksu nie znali.

Pierwsza z grup nas nie interesuje, bo dla niej film zasłużył na intergalaktyczną nagrodę filmową. Druga grupa już bardziej, ale oni wiadomo mogą być stronniczy ( w zależności od tego czy lubią, bądź nie komiksy Skutnika). Trzecia z grup, jak trzeci cycek boga Shivy interesuje nas najbardziej.

Taki widz, który komiksu nie zna wyszedł skołowany.
Bo cóż zobaczył taki „casualowy” widz?
Zlepek scen mniej lub bardziej dopracowanych, nad którymi widać, że nikt nie czuwał. Bagiński stwierdza beztrosko, że to pierwszy film, przy którym nic nie robił, ja rozumiem co miał na myśli, ale to stwierdzenie po premierze nabiera innego znaczenia.

Ten film leży kompozycyjnie, to czego mi brak to łapy reżysera „opowiadacza historii” jak mówi Bagiński. Bo w całej tej historii nie ma na przykład tak podstawowej rzeczy dla filmowej czy książkowej narracji jak prezentacji czasu. Oglądając film miałem wrażenie, że akcja dzieje się na przestrzenni 24 godzin albo i mniej. Bagiński składa sceny, sekwencje dialogi ale kompletnie nie interesuje go kreowanie i sterowanie emocjami widza, on po prostu biegnie do puenty akcentując nie to co ważne dla historii ale to co fajnie pokazuje możliwości zespołu Platige Image.
Najwyraźniej to widać w zbliżeniu na wycierany szmatką talerz z piękną teksturą na porcelanie i animacja wycierania, kreowanych na kluczowy moment w filmie, tymczasem wprowadzenie postaci czy scena w szpitalu to takie pitu, pitu przerywnik pomiędzy kolejnymi popisami ekipy.

Bo to o popisy tu chodzi!
Po zakończeniu projekcji (12 minutowej) rozpoczęła się prezentacja ( 2 godzinna!), podczas, której Bagiński opowiadał jak trudną sztuką jest animacja, a jak im ( czyli PI) to świetnie wychodzi.
W efekcie potwierdza to co podejrzewaliśmy podczas projekcji samego filmu, tutaj nie chodzi o film jako taki, to nikogo nie bawi przecież, ważniejsze że możemy się pokazać!
E tam jakieś uczucia, jakaś opowieść, jakiś film, zobaczcie, ten samochodzik powstawał 67,5 roboczo - godzin na komputerach stuprocesorowych, fajne ?

To jedna z opcji, druga która powstawał w toku dyskusji i rozmów po projekcji, jest zdecydowanie ostrzejsza.

Mianowicie, jak usłyszałem po imprezie, Bagiński jest delikatnie mówiąc „grubo ciosany” i najzwyczajniej w świecie nie zrozumiał tej historii, po drugie nie wie jak poprowadzić coś w czym nikt się nie nawala pałami po łbach, a historia ma ambicje o czymś opowiedzieć.

Chciałbym żeby nie było to prawdą...

Ostatnia rzeczą jest plastyczna strona tego filmu.
I tu w sumie powinienem zamknąć pape bo od razu ktoś powie ze nie jestem obiektywny więc póki co się wesprę opiniami innych.

Po prezentacji usłyszałem coś w co w pierwszej chwili nie uwierzyłem, ktoś walnął że Bagiński rezygnując z formy „skutnikowej” pozbawił ten film wszelkiej oryginalności...

No i to cholerna racja jest...


Bo graficznie od pierwszego kadru autorzy (przede wszystkim niejaki Kuba Jabłoński) operują stylem, który określić można jako „Gdzie ja to już widziałem?”. Niby miał wyjść poważny cartoon, tylko autorzy termin „poważny” i „cartoon” rozumieją jako skrzyżowanie „Strażaka Sama” z „O czym szumią wierzby”.

Pominę milczeniem koncepty tegoż do filmu „Hardkor 44” - ciut inspirowane Falloutem i najzwyczajniej w świecie zerżnięte z Hellboya.....


Lokacje, przedmioty, cała scenografia to taki straszny śmietnik, niby z barokowym konceptem, ale cały ten barok taki z plastiku jest.

Całość jak mówiłem to reklama studia, a nie działanie artystyczne, to gdzie tu ambicje oscarowe?
Obym się mylił...