niedziela, 22 marca 2009

Dżentelmen Briggs

Było tak:

W 1978 Will Eisner publikuje Umowę z Bogiem i cyk mamy pierwszą w historii graphic novel, choć to zbiór nowelek jest, a nie prawdziwa powieść.

W tym samym roku Raymond Briggs publikuje książkę The Snowman, zamknięta opowieść rysunkową o chłopcu, bałwanie i zimnej zimie.

Mało tego, na koncie ma już dwie prawdziwe ( tzn długie, zamknięte fabuły ) powieści graficzne, ale to nie Briggs jest prekursorem, mało tego we wszelkich rankingach komiksowych autorów autor ten pojawia się jako twórca jednego tylko komiksu When The Wind Blows.

Dlaczego?

Ano dlatego ze Briggs, mimo sprzedanych ponad 3 milionów KOMIKSÓW na świecie wciąż i wciąż określany jest jako autor „dziecięcy” – twórca książeczek dla dzieci.

Nie zmienia tego fakt, że zarówno Gentelmen Jim jak i When The Wind Blows to jedne z najbardziej wymagających wobec czytelnika komiksów jakie czytałem.

Fabuły Briggsa są pełne aluzji podtekstów i znaczeń, które trudno wyłapać w całości juz w pierwszym czytaniu. Co najważniejsze nie są to pośmiewajki z inteligencji czytelnika jak u Gaimana w stylu: pojawia się bohater, strzela bon motem, znika, a ty czytelniku padaj na pysk i zachwycaj się maestrią podtekstu/znaczenia itd.

Autor ten ładuje znaczenie w każdą scenę, każdy dialog.

O samym Briggsie trudno coś w polskiej publicystyce komiksowej znaleźć. Jasne o When The Wind Blows pisał Szyłak, ale po

za tym jedynie Marceli Szpak tekst o Briggsie popełnił.

I tak Gentelmen Jim.

Jest sobie starszy Pan, pracownik miejskiego szaletu, który czytując prasę codzienną której nie rozumie, dziwi sie światu opanowanemu przez tych, którzy mają jakieś „levels” edukacyjne i są „eeeeexeecutive”.

Jim chce innego życia, chce zmiany. Choć to co ma teraz w pełni mu wystarcza i czyni szczęśliwym. On chce przeskoczyć pewien poziom, mimo że nie ma żad

nych „levels” edukacyjnych. I nie sama chęć zmiany jest tu tematem, a sposób dochodzenia do niej.

Marceli Szpak napisał o tym komiksie, że jest to opowieść o dochodzeniu do klasy średniej prostego robotnika. I na pierwszy rzut oka tak jest, a na drugi rzut oka... no właśnie.

Wyobraźcie sobie, że cała wasza wiedza o świecie pochodzi z telewizji, brukowej prasy i literatury. Mało tego żyjecie w iluzji prawdy serialowo - telewizyjnej.

Pytanie tylko czy aby koniecznie trzeba sobie to wyobrażać wystarczy spojrzeć na to co dzieje się ze starszymi paniami słabiej lub w ogóle nie wykształconymi i ich stosunkiem do seriali tivi... Oczywiście że wiedzą one o tym ze to nie dzieje się na prawdę, ale dlaczego o bohaterkach swoich seriali rozmawiają między sobą jak o przypadkach z życia sąsiadki z pod szóstki?

Kimś takim jest właśnie Jim.

Pragnąc zmienić swoje życie wchodzi całkowicie w iluzje świata którą rozwija przed nimi telewizja.

I tak pod wpływem westernu chce wyjechać do Teksasu i zostać kowbojem, pod wpływem przygodowych książeczek dla chłopców postanawia nabyć wierzchowca, wdziać maskę Zorro, grabić bogatych i oddawać biednym.

Ta postać jest tyleż żałosna, co przerażająco smutna.

W kulminacyjnym momencie świat iluzji Jima ściera się z tym prawdziwym śmiertelnie poważno - realnym światem. Bohater Briggsa nie ma żadnych szans, nic się nie zmienia nie ma mowy o wyrwaniu się z poziomu na którym jest, jedyną drogą jest droga w dół.

Jim przegrywa, ale iluzja pozostaje.

To, co Briggs zmajstrował w tym komiksie to nic nowego pod słońcem. Cała ta przeprawa z potrzebą zmiany swojego stanu, życia przeskoczenia tych „levels” i stania się „eeeeexecutive” to nic innego jak tematy literatury łotrzykowskiej sprzed ponad 4 wieków.

Jim to współczesny Idzie Blass, czy Pablos, pragnie tego samego co jego literaccy poprzednicy i niestety kończy podobnie.




A When The Wind Blows?

To komiks historyczny pod każdym względem. Wpadający do każdego zestawienie 100 best comics ever.

Bohaterowie ci samo co w Gentelmen Jimie, świat i czasookres podobne.

Temat tylko inny ciut. Nuklearny holocaust.

I nie jest to tutaj niestety fajny temat. To nie Mad Max czy Fallout. To opowieść o końcu świata widziana oczami totalnie nieświadomej, błogo naiwnej pary staruszków.

W ciągu paru dni świat robi bum.

Ale Briggs nie skupia się na globalnej tragedii, a na końcu mikro świata na angielskiej prowincji.

I tutaj się zamykam bo ten komiks odstrzelił mi pół głowy. Ta absolutnie nie łzawa historia ściska za gardło długo po lekturze...

Zatem kto chce ten sobie sprawdzi...

Ostatnia rzecz na koniec. W obu komiksach wzorcem dla postaci głównych bohaterów byli rodzice Briggsa. Przyznam że w pierwszej chwili maksymalnie mnie to wkurzyło, jako straszne skurwelstwo autora, przecież w obu tych historiach bohaterowie to zestawienie stereotypów na temat angielskiej working class...

W chwili drugiej dotarło do mnie co autor Gentelmena zrobił... Jasne jego rodzice to niewykształcona para naiwnych staruszków, Briggs nie zamierza tu kłamać, ale nie to co o nich mówi ale to jak mówi jest ważne.

Delikatność i czułość z jaką Briggs opowiada o swoich bohaterach/rodzicach mimo brutalnej momentami szczerości, chwyta za serce.

Nie każdy autor to potrafi.




sobota, 21 marca 2009

Za cycki złapane


Egmont startuje z nową serią XX/XXI wiek i jak to na start ma być efektownie z przytupem i najlepiej kontrowersyjnie.


I jest przytup, a raczej zadęcie. I jest kontrowersyjnie, a raczej dopraszanie się autora o uwagę. 

I zamiast efektownie jest efekciarsko.

Rakieta napakowana efektami trafia w próżnie, bo autor zapatrzony  w przykład Yoko Ono i Lenonna i ich ”bed in”  zapomniał, że od czasu tej słynnej akcji minęło trochę czasu, tak ana oko ponad 30 lat...  

Yslaire chce szokować zestawieniem seksu i wojny tak jakby nie było internetu i dostępu do pierdyliarda zdjęć z każdego konfliktu zbrojnego na ziemi i mniej lub bardziej wysmakowanego home made porno.


Ale po kolei.


Album otwiera scena z obozu koncentracyjnego w 1943. I już od pierwszych stron mam dość... Bo jakoś globalnie wnerwia mnie kupczenie motywem Holocaustu dla prostego efekciarstwa.  


Dalej jest lepiej, ale też nie specjalnie.

Motyw spotkania i romansu Chazara i muzułmańskiej terrorystki na chwilę przed zamachem jest więcej niż fajny. Tyle tylko, że efekciarstwo autora i jego absolutny brak „słuchu” do słowa, dialogu i języka jakiego używa całkowicie ten pomysł zabija( tak było w jego Sambre tak jest i teraz, no chyba ze to wina tłumaczenia nie czytam o francusku).    


No jest drętwo po prostu. 


Tak spotkanie jak i początki romansu są kompletnie pozbawione jakiejkolwiek chemii, a przecież to romans pożądanie, emocje, penetracja!!!!


Lecimy dalej z lekturą. 

Cześć druga to lekkie opamiętanie się autora - postaci może i nie mówią mniej, ale zdecydowanie rzadziej zdarza im się pieprzyć trzy po trzy.


Nie zdradzając fabuły - im bardziej autor leciał w metaforę i senne nierzeczywiste majaki tym lepiej dla komiksu.



Tylko przyznam otwarcie, że ja mimo fajnych sennych klimatów części drugiej, nie widzę sensu w powstaniu tego komiksu. Ba, nie widzę tego politycznego zaangażowania, o którym mowa w notkach promocyjnych.


Bo o czym ten komiks jest? O tym, że miłość jest lepsza niż wojna, jak pisze autor w posłowiu? Przepraszam bardzo ale kilka scenek z ruchaniem ma mnie przekonać (???), że seks jest przyjemniejszy i „lepszy” niż zrzucanie bomb na szkoły i szpitale i odcinanie głów zakładnikom?

Gratuluje pomysłu. Podobnymi odkrywczymi tezami autor wspiera tych, którzy komiks traktują jako wyprysk na zdrowej cerze literatury. 


Co jeszcze?

Kontrowersje, panie kontrowersje.

Ostatecznie zepsuła mi lekturę przemożna potrzeba kontrowersji, która Yslaire serwuje strona po stronie. Teksty o palcach w odbycie i łzach ściekających po jądrach w zestawieniu z obalaniem pomnika Saddama w Bagdadzie, być może i są kontrowersyjne ale chyba tylko dla 10 latka utrzymywanego z daleka od komputera. 


I na koniec „przepiękny” przykład na to jak wyjść na wała będąc autorem komiksu.


Otóż autor Nieba nad Brukselą wyjaśnia w posłowiu, tym spośród czytelników, którzy z powodu własnych ograniczeń nie załapali, że on szokuje i że on jest kontrowersyjny i że jest prowokacyjny.

Komiks, nie autor oczywiście.


Co dobrego w Niebie?

Obrazki, panie obrazki.

To graficznie wysmakowany i świetnie zaprojektowany album. Mucha nie siada.

Cóż, jak na początek serii absolutny niewypał.


Pozostaje czekać na Deogratias, ale o nim kiedy indziej.