poniedziałek, 5 października 2009

Najlepszy z festiwali

Uwaga!
Poniżej dużo tekstu i mało obrazków!
Z perspektywy widza-uczestnika to chyba najlepszy z festiwali, gości sporo (choć niewielu widziałem), spotkań ciekawych sporo ( choć na niewielu byłem), fantastyczne miejsce na galę i imprezę ( byłem).

Świetny pomysł z rozrzuceniem ciekawych spotkań na niedziele - okazuje się że mimo syndromu „dnia powrotu” ludzie byli i się bawili.

Po latach prób i błędów MFK rzeczywiście stał się w pełni profesjonalnym absolutnie nie niszowo-fanowskim przedsięwzięciem, czasy salek potu i linoleum dawno minęły.

Spotkania: byłem na dwóch piętnastkach czyli 15 minut końca Milligana i 15 minut początku Rosińskiego. O Miliganie nic powiedzieć nie mogę za mało widziałem. Natomiast Grześ, no chciałem to zobaczyć czy PapaThorgal ma coś do powiedzenie i niestety nie ma. Po straszliwym wyznaniu, że on autor nie ma absolutnie nic do powiedzenia ( komiksowo) i jest jedynie ilustratorem i kilku złotych myślach dlaczego manga to czyste zło, po pytaniu „czy teraz kiedy armia złego Pytonga szykuje się do starcia z hordami Matadora...” odpadłem i wyszedłem.

Byłem na dwóch pełnych spotkaniach:

KaReL - i tu się trochę wkurwiłem, Karol to ciekawy gość mający poukładane, bardzo ciekawie mówiący o komiksie i swoich pracach, ale niestety spotkanie z nim przypominało „666 niezapomnianych spotkań z emefki”, kiedy to spotkanie prowadzi kolega autora wszyscy bawią się świetnie poza szaraczkiem nie wtajemniczonym w towarzyskie konfiguracje. Prowadzący gwiazduje, gość spotkania nie ma wyjścia musi strzelać jak mu kazano i w efekcie kicha. Pytania z sali uratowały spotkanie, więc nie jest źle. Aha i nie jest to strzał znikąd w kiszkę redaktora Babiela, bo że potrafi to wiem szkoda że on sam o tym zapomniał.

Panel wydawców- brawa dla Repka za POMYSŁ na spotkanie i świetną moderację. Bardzo fajnie było usłyszeć co słychać w dobie kryzysu u naszych wydawców pomimo akcji „Wabik wie lepiej”.


Niestety z przyczyn technicznych nie byłem na Surpiko - ciut nadrobiłem kilkoma kurtuazyjnymi zdaniami w uroczej włoskiej knajpce. Nie byłem na spotkaniu o „Zdradzie” ale po tym co powiedział mi Kuba „dzięki za podwózkę” Oleksak wyłania się z mroku album stanowiący połączenie komiksowego Wiedźmina z Popiełuszką o podobnym wydawniczym sukcesie.

Dobra a teraz rzut oka na to co kupiłem i przeczytałem.

Karton - najbardziej „zhajpowana” emefkowa premiera i słusznie. Po pierwsze to generalnie dobry materiał za dobrą cenę. Absolutnie fantastyczny Asu, który rozbawił mnie szczerze i do bólu poza drobnym zgrzytem, ostatnia, wymuszoną i psującą efekt stroną. Lachowicz jest jak zawsze świetny, Sztybor i Jaszczu puścili trailer serii, a wg mnie trailer świetnego komiksowego albumu, acz jako zajawka czy zabawotko-śmiesznostka to trochę za mało.
Uwagi mam w sumie dwie. Numero uno: boje się trochę czy aby autorzy nie dokonali swego rodzaju mordu założycielskiego rzucając się na serie. Numero due: za mało za krótko, zwiększyć objętość, jak brakuje kasy to poszukać sponsora, to nie są koszty nie do ugryzienia.
Jeśli miałbym zabawić się w wujka dobrą radę, którego i tak nikt nie posłucha i nie powinien, powiem tak: zwiększyć objętość, pół na pół serie i strzały w samopołudnie.

Kolektyw: Gra - duży pozytyw i zaskoczenie. Nie wszystko mi weszło nie wszystko warte jest wspomnienia jak zwykle to bywa, ale ogólne wrażenie miałem więcej niż pozytywne.
Początek raczej słaby jako fan „Firefly’a” czytałem “Recours” Roberta “Bele” Sienickiego i Łukasza Okólskiego z lekkim „łeeeee” na gębie. Miało być Whedonowo a tu właśnie scenariusz kuluje. Historyjka pretekstowa i oczywisto-przewidywalna, do tego autorom zdaje się że dowcip jest wtedy gdy ktoś powie „Chuj”. Obrazki przyjemne, jakiś potencjał to ma bloga śledzę, słowem zobaczymy. Potem coś co mnie zdziwiło czyli duet Bartosz Sztybor i Maciej Pałka i ich “Najwydestyluchniejszy”. Zdziwiłem się bo po pierwsze wyłania się z tego destyluchowego szaleńczego chaosu jakaś historia i Pałka mnie zaskoczył chyba najciekawszą „pałkową” grafą.
Trafił do mnie komiks Olgi Wróbel, za bezpretensjonalność i prostotę w ramach konwencji jaką sobie autorka wybrała. Natomiast absolutnym rozczarowaniem okazał się pimpowany short Daniela Chmielewskiego bo w temacie „Gra” jego pomysł to proty wręcz prostacki skok po bandzie, fajowo rysowana oczywista gra na „grze”.


Okej to tyle. O reszcie popisze jak mi pary starczy i wydobrzeje.

Aha jedna sprawa, po MFK wspólnie z Maciejem Pałką doszliśmy do wniosku, że trochę głupio się robi, jak ktoś kto, poprzez sztywny pal neostrady kreuje się na sieciowego jebakę, publicznie snuje się jako smutny nieśmiały chłopiec po korytarzach i stolikach łódzkiej imprezy.

Miałem nie disssować a jednak nie wyszło.

piątek, 31 lipca 2009

O Sławie

Jakiś czas temu na Motywie drogi dyskutowano o tym jaki debiut jest lepszy dla komiksiarza.
Z ISBN'em czy bez w zinie, czy u Timofa, u Timofa czy w KG, w zeszycie czy w twardo-stolcowej okładce.

W sumie to mi to lata.
Ciekawszym pytaniem jest - Kiedy komiksiarz staje się sławny?
Kiedy zapraszają go do Łodzi i nie każą płacić za wstęp?
Kiedy zapraszają go do Łodzi i zwracają za pociąąąąąk?
Kiedy zapraszają go do Łodzi i fundują hotel, dziwki i majonez?

Czy wtedy kiedy może sikać do tego samego tojtoja co Żan Żiro?
Teraz już mam odpowiedź na to pytanie.

Jest 10:50 jadę tramwajem do pracy, czytam coś, słucham czegoś i już już mam wysiadać tuż za Wisłą, na Podgórzu gdy spojrzałem w górę:

Sławnym komiksiarz jest wtedy gry o jego urodzinach dowiaduje się lwia część milionowego miasta....
Fak mi!
Wszystkiego dobrego dla Śledzia

poniedziałek, 29 czerwca 2009

zapomniane 2

To było tak:
Miałem z Mateuszem zrobić komiks o kobietach do KKK.
I zrobiliśmy to, ale jakoś tak się pojebało,że ten komiks miał lecieć w szarościach obok jakiegoś porno Gałka.

Taki przerywnik pomiędzy ruchaniem.
I się nie zgodziliśmy.
I poszło w sieć.
To przegadane jest, ale cholernie lubię ten komiks, bardziej niż którąkolwiek z historii z Blakim.
To i wrzucam.






Bogu dzięki - czyli o gównowartości rzeczy świata tego


Tak naprawdę to miałem coś napisać o „Wykiwanych”.
Komiks Alexa Robinsona przeczytałem jakieś 4 lata temu i poza przeświadczeniem, że to świetny album w sumie nic w głowie z niego nie zostało...

Co wcale nie znaczy, że to źle czy coś.

Tylko, że jak już miałem sięgać na półkę po to, to wpadł mi do łapy komiks, taki trzy lata leżakowany na dębowej półce komiks.

I się okazało że po 3 latach prawie, pamiętam doskonale nie tylko o czym to jest, ale i to dlaczego jest to aż tak dobre.

Szczerze mówiąc jestem przedstawicielem powszechnej znieczulicy społecznej i nie robią mi demonstracje, akcje i listy protestacyjne, bo wychodzę z pewnie niesłusznego założenia, że moje oburzenie przed telewizorem odniesienie ten sam zerowy skutek co jakakolwiek akcja anty lub pro.

Nie pisze listów do Amnesty I, nie demonstruje na rzecz wolnej Czeczeni, nie popieram w marszobiegu praw prześladowanych za niewiarę w Grudziądzu.

Jeżeli coś nas określa jako ludzi to ten właśnie stan egoistycznego odrętwienia z którego wychodzimy rzadko kiedy i do tego rzadko szczerze, a jeśli już to pokazowo i telewizyjnie.


Generalnie człowiek, to stworzenie boże, które ma zaprogramowane genetycznie posiadanie wszystkiego, co nie wiąże się z jedzeniem i kopulacją w głębokiej dupie.

Jeżeli dodamy do tego oczywistą oczywistość, że świat jest gówno wart to mamy fabułę, przesłanie i bohaterów komiksu Stassena pt „Deogratias”.

To o mordzie historia, proszę państwa.
O zarzynanych Tutsi.
O chłopcu który się kocha w i kocha się z.
O wyrzutach sumienia.
O gwałcie zbiorowym.
O odrąbywaniu głów maczetami.

I o tym, że gdy bohaterowie tej opowieści mordowali lub byli mordowani, świat siedział w fotelu i dłubał w nosie.


Stassen napisał i narysował coś co porusza, przez duże P. Nie dlatego, że wiemy że śmierć, że setki tysiące zabitych, że to potworność i zgroza, ale dlatego że wina jest i nie podaje się jakiemukolwiek relatywizmowi. Mało tego, wina jest i nie zatrzymuje się tylko na potworach Hutu, czy na pełnym niemocy ONZ.

Mam nadziej że ten komiks nie przepadnie gdzieś tam jako zbyt dosadny czy zbyt „polityczny” jak na wakacyjny czas.
Tak, „Deogratias” jest „polityczny”, ale do diabła przecież politycznym dramatem jest „Hamlet”.
A poza tym to fenomenalny komiks jest z czysto komiksowego punktu widzenia. Stassen operuje mistrzowsko czasem w tym albumie. Dla głównego bohatera „dzisiaj” po masakrze i „wczoraj” w jej trakcie nie dzieli jakiś interwał złożony z miesięcy czy lat. Te wydarzenia splatają się ze sobą łącząc w jakieś dziwne „teraz”.
To nie jest „Maus”, to nie jest materiał na komiks wszech czasów to po prostu świetna historia.

Szkoda tylko, że perełkę Egmont przykrywa śmieciami jak „Niebo nad Brukselą” czy „Berlin”.

czwartek, 18 czerwca 2009

Zapomniane


Cholera....
Zupełnie o tym zapomniałem a Szymon wygrzebał:

Barok z plastiku czyli Bagiński żegna się z Oscarem.

No i zaskoczenie.
Duże.

Fabuła piękna w swojej prostocie.
Komiks który jest gotowym scenariuszem - jest tam wszystko rytm, puenta, czas i przestrzeń, nawet zmieniając konwencje graficzną, nic robić z ta historią nie trzeba.
Rzecz, której profesjonalista nie spieprzy.
A jednak.

Bagińskiemu ta trudna sztuka się udała.

Kinematograf to 12 minutowy pokaz możliwości 50 osobowego zespołu ze świetną muzyką, przyzwoitą animacją, lekko tandetną i bez polotu grafiką, pozbawiony emocji, fatalnie wyreżyserowany (wyreco?), taka trochę reklamówka.

Ale o tym zaraz.

Po pokazie publiczność dzieliła się na trzy grupy: grupa pierwsza członkowie ekipy Bagińskiego, grupa druga, to ci którzy znają komiks, grupa trzecia, to ci którzy komiksu nie znali.

Pierwsza z grup nas nie interesuje, bo dla niej film zasłużył na intergalaktyczną nagrodę filmową. Druga grupa już bardziej, ale oni wiadomo mogą być stronniczy ( w zależności od tego czy lubią, bądź nie komiksy Skutnika). Trzecia z grup, jak trzeci cycek boga Shivy interesuje nas najbardziej.

Taki widz, który komiksu nie zna wyszedł skołowany.
Bo cóż zobaczył taki „casualowy” widz?
Zlepek scen mniej lub bardziej dopracowanych, nad którymi widać, że nikt nie czuwał. Bagiński stwierdza beztrosko, że to pierwszy film, przy którym nic nie robił, ja rozumiem co miał na myśli, ale to stwierdzenie po premierze nabiera innego znaczenia.

Ten film leży kompozycyjnie, to czego mi brak to łapy reżysera „opowiadacza historii” jak mówi Bagiński. Bo w całej tej historii nie ma na przykład tak podstawowej rzeczy dla filmowej czy książkowej narracji jak prezentacji czasu. Oglądając film miałem wrażenie, że akcja dzieje się na przestrzenni 24 godzin albo i mniej. Bagiński składa sceny, sekwencje dialogi ale kompletnie nie interesuje go kreowanie i sterowanie emocjami widza, on po prostu biegnie do puenty akcentując nie to co ważne dla historii ale to co fajnie pokazuje możliwości zespołu Platige Image.
Najwyraźniej to widać w zbliżeniu na wycierany szmatką talerz z piękną teksturą na porcelanie i animacja wycierania, kreowanych na kluczowy moment w filmie, tymczasem wprowadzenie postaci czy scena w szpitalu to takie pitu, pitu przerywnik pomiędzy kolejnymi popisami ekipy.

Bo to o popisy tu chodzi!
Po zakończeniu projekcji (12 minutowej) rozpoczęła się prezentacja ( 2 godzinna!), podczas, której Bagiński opowiadał jak trudną sztuką jest animacja, a jak im ( czyli PI) to świetnie wychodzi.
W efekcie potwierdza to co podejrzewaliśmy podczas projekcji samego filmu, tutaj nie chodzi o film jako taki, to nikogo nie bawi przecież, ważniejsze że możemy się pokazać!
E tam jakieś uczucia, jakaś opowieść, jakiś film, zobaczcie, ten samochodzik powstawał 67,5 roboczo - godzin na komputerach stuprocesorowych, fajne ?

To jedna z opcji, druga która powstawał w toku dyskusji i rozmów po projekcji, jest zdecydowanie ostrzejsza.

Mianowicie, jak usłyszałem po imprezie, Bagiński jest delikatnie mówiąc „grubo ciosany” i najzwyczajniej w świecie nie zrozumiał tej historii, po drugie nie wie jak poprowadzić coś w czym nikt się nie nawala pałami po łbach, a historia ma ambicje o czymś opowiedzieć.

Chciałbym żeby nie było to prawdą...

Ostatnia rzeczą jest plastyczna strona tego filmu.
I tu w sumie powinienem zamknąć pape bo od razu ktoś powie ze nie jestem obiektywny więc póki co się wesprę opiniami innych.

Po prezentacji usłyszałem coś w co w pierwszej chwili nie uwierzyłem, ktoś walnął że Bagiński rezygnując z formy „skutnikowej” pozbawił ten film wszelkiej oryginalności...

No i to cholerna racja jest...


Bo graficznie od pierwszego kadru autorzy (przede wszystkim niejaki Kuba Jabłoński) operują stylem, który określić można jako „Gdzie ja to już widziałem?”. Niby miał wyjść poważny cartoon, tylko autorzy termin „poważny” i „cartoon” rozumieją jako skrzyżowanie „Strażaka Sama” z „O czym szumią wierzby”.

Pominę milczeniem koncepty tegoż do filmu „Hardkor 44” - ciut inspirowane Falloutem i najzwyczajniej w świecie zerżnięte z Hellboya.....


Lokacje, przedmioty, cała scenografia to taki straszny śmietnik, niby z barokowym konceptem, ale cały ten barok taki z plastiku jest.

Całość jak mówiłem to reklama studia, a nie działanie artystyczne, to gdzie tu ambicje oscarowe?
Obym się mylił...

niedziela, 22 marca 2009

Dżentelmen Briggs

Było tak:

W 1978 Will Eisner publikuje Umowę z Bogiem i cyk mamy pierwszą w historii graphic novel, choć to zbiór nowelek jest, a nie prawdziwa powieść.

W tym samym roku Raymond Briggs publikuje książkę The Snowman, zamknięta opowieść rysunkową o chłopcu, bałwanie i zimnej zimie.

Mało tego, na koncie ma już dwie prawdziwe ( tzn długie, zamknięte fabuły ) powieści graficzne, ale to nie Briggs jest prekursorem, mało tego we wszelkich rankingach komiksowych autorów autor ten pojawia się jako twórca jednego tylko komiksu When The Wind Blows.

Dlaczego?

Ano dlatego ze Briggs, mimo sprzedanych ponad 3 milionów KOMIKSÓW na świecie wciąż i wciąż określany jest jako autor „dziecięcy” – twórca książeczek dla dzieci.

Nie zmienia tego fakt, że zarówno Gentelmen Jim jak i When The Wind Blows to jedne z najbardziej wymagających wobec czytelnika komiksów jakie czytałem.

Fabuły Briggsa są pełne aluzji podtekstów i znaczeń, które trudno wyłapać w całości juz w pierwszym czytaniu. Co najważniejsze nie są to pośmiewajki z inteligencji czytelnika jak u Gaimana w stylu: pojawia się bohater, strzela bon motem, znika, a ty czytelniku padaj na pysk i zachwycaj się maestrią podtekstu/znaczenia itd.

Autor ten ładuje znaczenie w każdą scenę, każdy dialog.

O samym Briggsie trudno coś w polskiej publicystyce komiksowej znaleźć. Jasne o When The Wind Blows pisał Szyłak, ale po

za tym jedynie Marceli Szpak tekst o Briggsie popełnił.

I tak Gentelmen Jim.

Jest sobie starszy Pan, pracownik miejskiego szaletu, który czytując prasę codzienną której nie rozumie, dziwi sie światu opanowanemu przez tych, którzy mają jakieś „levels” edukacyjne i są „eeeeexeecutive”.

Jim chce innego życia, chce zmiany. Choć to co ma teraz w pełni mu wystarcza i czyni szczęśliwym. On chce przeskoczyć pewien poziom, mimo że nie ma żad

nych „levels” edukacyjnych. I nie sama chęć zmiany jest tu tematem, a sposób dochodzenia do niej.

Marceli Szpak napisał o tym komiksie, że jest to opowieść o dochodzeniu do klasy średniej prostego robotnika. I na pierwszy rzut oka tak jest, a na drugi rzut oka... no właśnie.

Wyobraźcie sobie, że cała wasza wiedza o świecie pochodzi z telewizji, brukowej prasy i literatury. Mało tego żyjecie w iluzji prawdy serialowo - telewizyjnej.

Pytanie tylko czy aby koniecznie trzeba sobie to wyobrażać wystarczy spojrzeć na to co dzieje się ze starszymi paniami słabiej lub w ogóle nie wykształconymi i ich stosunkiem do seriali tivi... Oczywiście że wiedzą one o tym ze to nie dzieje się na prawdę, ale dlaczego o bohaterkach swoich seriali rozmawiają między sobą jak o przypadkach z życia sąsiadki z pod szóstki?

Kimś takim jest właśnie Jim.

Pragnąc zmienić swoje życie wchodzi całkowicie w iluzje świata którą rozwija przed nimi telewizja.

I tak pod wpływem westernu chce wyjechać do Teksasu i zostać kowbojem, pod wpływem przygodowych książeczek dla chłopców postanawia nabyć wierzchowca, wdziać maskę Zorro, grabić bogatych i oddawać biednym.

Ta postać jest tyleż żałosna, co przerażająco smutna.

W kulminacyjnym momencie świat iluzji Jima ściera się z tym prawdziwym śmiertelnie poważno - realnym światem. Bohater Briggsa nie ma żadnych szans, nic się nie zmienia nie ma mowy o wyrwaniu się z poziomu na którym jest, jedyną drogą jest droga w dół.

Jim przegrywa, ale iluzja pozostaje.

To, co Briggs zmajstrował w tym komiksie to nic nowego pod słońcem. Cała ta przeprawa z potrzebą zmiany swojego stanu, życia przeskoczenia tych „levels” i stania się „eeeeexecutive” to nic innego jak tematy literatury łotrzykowskiej sprzed ponad 4 wieków.

Jim to współczesny Idzie Blass, czy Pablos, pragnie tego samego co jego literaccy poprzednicy i niestety kończy podobnie.




A When The Wind Blows?

To komiks historyczny pod każdym względem. Wpadający do każdego zestawienie 100 best comics ever.

Bohaterowie ci samo co w Gentelmen Jimie, świat i czasookres podobne.

Temat tylko inny ciut. Nuklearny holocaust.

I nie jest to tutaj niestety fajny temat. To nie Mad Max czy Fallout. To opowieść o końcu świata widziana oczami totalnie nieświadomej, błogo naiwnej pary staruszków.

W ciągu paru dni świat robi bum.

Ale Briggs nie skupia się na globalnej tragedii, a na końcu mikro świata na angielskiej prowincji.

I tutaj się zamykam bo ten komiks odstrzelił mi pół głowy. Ta absolutnie nie łzawa historia ściska za gardło długo po lekturze...

Zatem kto chce ten sobie sprawdzi...

Ostatnia rzecz na koniec. W obu komiksach wzorcem dla postaci głównych bohaterów byli rodzice Briggsa. Przyznam że w pierwszej chwili maksymalnie mnie to wkurzyło, jako straszne skurwelstwo autora, przecież w obu tych historiach bohaterowie to zestawienie stereotypów na temat angielskiej working class...

W chwili drugiej dotarło do mnie co autor Gentelmena zrobił... Jasne jego rodzice to niewykształcona para naiwnych staruszków, Briggs nie zamierza tu kłamać, ale nie to co o nich mówi ale to jak mówi jest ważne.

Delikatność i czułość z jaką Briggs opowiada o swoich bohaterach/rodzicach mimo brutalnej momentami szczerości, chwyta za serce.

Nie każdy autor to potrafi.




sobota, 21 marca 2009

Za cycki złapane


Egmont startuje z nową serią XX/XXI wiek i jak to na start ma być efektownie z przytupem i najlepiej kontrowersyjnie.


I jest przytup, a raczej zadęcie. I jest kontrowersyjnie, a raczej dopraszanie się autora o uwagę. 

I zamiast efektownie jest efekciarsko.

Rakieta napakowana efektami trafia w próżnie, bo autor zapatrzony  w przykład Yoko Ono i Lenonna i ich ”bed in”  zapomniał, że od czasu tej słynnej akcji minęło trochę czasu, tak ana oko ponad 30 lat...  

Yslaire chce szokować zestawieniem seksu i wojny tak jakby nie było internetu i dostępu do pierdyliarda zdjęć z każdego konfliktu zbrojnego na ziemi i mniej lub bardziej wysmakowanego home made porno.


Ale po kolei.


Album otwiera scena z obozu koncentracyjnego w 1943. I już od pierwszych stron mam dość... Bo jakoś globalnie wnerwia mnie kupczenie motywem Holocaustu dla prostego efekciarstwa.  


Dalej jest lepiej, ale też nie specjalnie.

Motyw spotkania i romansu Chazara i muzułmańskiej terrorystki na chwilę przed zamachem jest więcej niż fajny. Tyle tylko, że efekciarstwo autora i jego absolutny brak „słuchu” do słowa, dialogu i języka jakiego używa całkowicie ten pomysł zabija( tak było w jego Sambre tak jest i teraz, no chyba ze to wina tłumaczenia nie czytam o francusku).    


No jest drętwo po prostu. 


Tak spotkanie jak i początki romansu są kompletnie pozbawione jakiejkolwiek chemii, a przecież to romans pożądanie, emocje, penetracja!!!!


Lecimy dalej z lekturą. 

Cześć druga to lekkie opamiętanie się autora - postaci może i nie mówią mniej, ale zdecydowanie rzadziej zdarza im się pieprzyć trzy po trzy.


Nie zdradzając fabuły - im bardziej autor leciał w metaforę i senne nierzeczywiste majaki tym lepiej dla komiksu.



Tylko przyznam otwarcie, że ja mimo fajnych sennych klimatów części drugiej, nie widzę sensu w powstaniu tego komiksu. Ba, nie widzę tego politycznego zaangażowania, o którym mowa w notkach promocyjnych.


Bo o czym ten komiks jest? O tym, że miłość jest lepsza niż wojna, jak pisze autor w posłowiu? Przepraszam bardzo ale kilka scenek z ruchaniem ma mnie przekonać (???), że seks jest przyjemniejszy i „lepszy” niż zrzucanie bomb na szkoły i szpitale i odcinanie głów zakładnikom?

Gratuluje pomysłu. Podobnymi odkrywczymi tezami autor wspiera tych, którzy komiks traktują jako wyprysk na zdrowej cerze literatury. 


Co jeszcze?

Kontrowersje, panie kontrowersje.

Ostatecznie zepsuła mi lekturę przemożna potrzeba kontrowersji, która Yslaire serwuje strona po stronie. Teksty o palcach w odbycie i łzach ściekających po jądrach w zestawieniu z obalaniem pomnika Saddama w Bagdadzie, być może i są kontrowersyjne ale chyba tylko dla 10 latka utrzymywanego z daleka od komputera. 


I na koniec „przepiękny” przykład na to jak wyjść na wała będąc autorem komiksu.


Otóż autor Nieba nad Brukselą wyjaśnia w posłowiu, tym spośród czytelników, którzy z powodu własnych ograniczeń nie załapali, że on szokuje i że on jest kontrowersyjny i że jest prowokacyjny.

Komiks, nie autor oczywiście.


Co dobrego w Niebie?

Obrazki, panie obrazki.

To graficznie wysmakowany i świetnie zaprojektowany album. Mucha nie siada.

Cóż, jak na początek serii absolutny niewypał.


Pozostaje czekać na Deogratias, ale o nim kiedy indziej.