środa, 8 października 2008

Kryzysowa narzeczona w przesyłce za pobraniem

Coraz ich mniej, ale mam takie komiksy, których od dnia zakupu nie przeczytałem.

Rzadko się to zdarza ale bywa i tak, że to co leżało miesiące bądź lata na półce totalnie wywraca moją osobistą listę de fakin best of.

Tak miałem z Mail order Bride.


Mark Kalesniko był przez lata animatorem u Disney’a, pracował przy Mulan, Królu lwie i innych super produkcjach. W początku lat 90 startuje jako autor komiksów do tego uderza solidnie i między oczy najpierw krótkim S.O.S, niemym (niemalże) one shotem, a chwilę później serią Alex (zebraną w album przez Fantagraphics).

Kalesniko to wg mnie wielki pechowiec. Tak jego debiut jak i późniejsze powieści graficzne konkurować musiały z geniuszem Chrisa Ware’a i świeżością opowieści Daniela Clowes’a.

Konkurować tak o nagrody, uznanie krytyków jak i czytelników.

I z reguły przegrywał.



O ile jeszcze się taki nie urodził co podskoczyłby Ware’owi, o tyle w moim osobistym odczuciu Kalesniko przeskakuje Clowes’a o kilka poziomów.


Alex to psuedo biograficzna historia. Tytułowy bohater to rysownik, animator pracujący dla wielkiej wytwórni filmowej (brzmi znajomo?), którego wywalono na pysk, jest bez pracy w swoim rodzinnym mieście. I próbuje się odnaleźć, szuka ratunku najpierw w wódzie a w końcu w jakimś nowym początku, restarcie biografii. Brzmi to jak jakiś społeczny dramat, ciężki jak czołg Rudy 102, ale czyta się go lekko i płynnie min dzięki cartoonowej grafice którą operuje Kalesniko. Alex to przygrywka do czegoś większego to coś, komiks sprzed dobrych siedmiu lat wyskoczył z półki wpadł mi w łapy przeczytałem dwukrotnie w jeden wieczór i po dwóch tygodniach od lektury kilkunastu komiksach przeczytanych, trzyma mnie nadal za gardło i nie chce puścić.



Historia jest taka: Monty Wheeler prowadzi sklep z zabawkami i komiksami w małym kanadyjskim miasteczku Bardini (w tym fikcyjnym mieście toczy się także akcja Alexa). To klasyczny nerd – kolekcjoner, jego dom zawalony jest zabawkami figurkami, komiksami i gadżetami niby pop kulturowymi, taki jeden wielki śmietnik. Monty jest prawie 40 letnim prawiczkiem, który nie utrzymuje kontaktów z ludźmi w swoim wieku, otacza się dzieciakami i staruszkami. Żyje w świecie kolekcjonerskich katalogów, z jednego z nich wybiera sobie żonę. Ot, tak żonę za pobraniem prosto z Korei.


Monty’ego wyobrazenia czy tez fantazje na temat żony Azjatki to zlepek popkulturowych „informacji” zabarwionych rasizmem i zwykłą głupotą. Od cech czysto fizycznych zamówionej żony poczynając ( w wyobraźni bohatera każda Azjatka jest małą drobną dziewczynką w kimonie), a na cechach osobowościowych kończąc (oczywiście wg Monty’ego Koreanka to usłużna niewolnica poddana całkowicie swojemu panu, pozbawiona osobowości).


Problem w tym, że Kyung Seo, jego „narzeczona za pobraniem” to wysoka, energiczna osóbka, odrzucająca wszystko co koreańskie.


Bohater Mail order Bride to kolekcjoner, a ten zdziwaczały pomysł na życie w otoczeniu zabawek komiksów i azjatyckiego porno (sic!) łączy się z jego poczuciem niższości i chęcią jakiegoś dziwnego podbudowania swojej wartości przez zbieranie kolejnych „unikatowych” przedmiotów. Jego pomysł na małżeństwo z Koreanką jest podobny, traktuje ją jak lalkę stojącą na półce.

Mało tego on tę lalkę przebiera w tradycyjny strój ludowy i... no właśnie miałem napisać coś o uprawianiu seksu, ale sceny erotyczne w Mail order Bride nie mają nic wspólnego z seksem to obrzydliwy onanizm w wykonaniu obleśnego typa i jego dmuchanej laleczki w stroju ludowym.

Mijają miesiące ten „związek” na pozór ma się dobrze wg Monty’ego oczywiście.

Tymczasem Kyung coraz bardziej i bardziej nieszczęśliwa, trafia przypadkiem na ludzi związanych z lokalną akademią sztuk wszelakich i cóż zaczyna powoli odkrywać siebie w świecie poza sztywno zbudowanymi granicami sklepu z komiksami i łóżka Monty’ego Wheeler’a.


To, w jaki sposób osiąga ten stan wyzwolenia to jedna z najgenialniejszych niemych scen w historii komiksu. Nie znam innego przykładu (jeśli się mylę to odszczekam) opowiadania w komiksie za pomocą ... tańca. Kyung ogląda jakiś totalnie syfny pokaz tandetnego teatru tańca, ale to w jaki sposób on na nią działa, w jaki sposób momentalnie ją zmienia sprawia, że ja jako czytelnik łapie się na ten pseudoartystyczny lep.


I cóż, Koreanka szuka czegoś innego nie może znieść sklepu, zabawek, komiksów i całego tego nerdowskiego pieprzenia, odkrywa w sobie nową osobę, po to tylko żeby stwierdzić że wcale taka nie jest.


Dokładnie tak.

MOB nie ma szczęśliwego zakończenia.