sobota, 27 września 2008

Droga buca


Cóż poradzić.
Stare prawdy trzymają się mocno.
Im większy sukces (tzw. artystyczny) twórcy tym większe prawdopodobieństwo, iż tenże zrobi sam z siebie cymbała.

Eddie Campbell osiągnął całkiem sporo i naprawdę nie chodzi tu jedynie o From Hell.

Po genialnym Alec’u, całkiem niezłym Bachusie, poprawnej Black Diamond Detective Agency Pan Autor skręca w stronę ciężkiego onanizmu ładując się w najbardziej kuriozalny projekt komiksowy od czasu Antologii 11/11.

Najlepsze jest w tym to, że Fate of the artist nie jest stricte komiksem. Nie jest także powieścią, powieścią graficzną też nie jest, ani zbiorem pasków, ani tym bardziej omnibusem fotostory z bravogirl.

Fate of the artist jest zlepkiem tego wszystkiego, gęstą zupą nietrafionych artystycznych koncepcji, przyprawioną zdrowo, mocnym zadufaniem w sobie, cierpką bufonadą i udekorowaną liściem bucozy.

A zapowiadało się całkiem nieźle. Rysownik miał taki oto pomysł: opowiedzieć o sobie jako artyście z punktu widzenia osób trzecich i psa (sic!). Eddie Campbell znika, obraża się na rysowanie, sztukę i swoich fanów i po prostu znika. Pojawia się Pan Detektyw, poszukujący Pana Artysty. Przesłuchania kolejnych świadków „życia i twórczości” Pana Autora przetykane są tak absolutnie złymi kawałkami prozy, że do teraz na myśl o nich, a minęło dobrych parę tygodni, brak mi epitetów, jedyne na co mnie stać to jakieś takie przeciągłe pffffffffff…

Byłoby wcale nieźle gdyby na tej cholernej prozie się skończyło, ale Campbell traktuje swoją pracę bardzo „kompleksowo” zatem mamy tam komiksy tzw. zwykłe, mamy fragmenty fotostory i oczywiście kompletnie pozbawione humoru stylizowane na lata 50 XX wieku paski i cartoony. Konkluzja z lektury „artystycznej spowiedzi twórcy komiksu” są następujące:
Tak, to jest złe.
Nie, nie polecam.


Ale to nie koniec rozczarowań.

Dla tych, którzy nie wiedzą Vertigo nie jest pierwszą komiksową akcją imprintową skierowaną do dorosłego odbiorcy. W latach 80 ubiegłego stulecia Marvel wystartował z wydawnictwem Epic comics, w którym ukazały się min Elektra Assassin, Wolverine Meltdown, Moonshodow i komiksy Moebiusa. No i właśnie gdzieś tam kiedyś ktoś wpadł na „genialny” pomysł na postać pod urzekającym imieniem Terror.

Teraz tak; Terror to gośc nad którym wisi jakas monstrualnie absurdalna klątwa, która czyni go nieśmiertelnym o tyle o ile w miejsce uszkodzonych/ przegniłych/odpadających/martwych części ciała „wstawia” vel „przejmuje” kulasy, głowy, korpusy innych ludzi. Zasadniczo wsio rawno martwych bądź żywych. Serio.

Była postać i nie ma postaci.
Jakoś przez dekady nikomu do głowy nie przyszło aby wskrzeszać potwora, dosłownie i w przenośni.
Potrzeba było talentu.
Potrzeba było niebanalnej komiksowej osobowości.
Prawdziwego artysty, który ubabra się tandetną produkcją wietrząc w tym sławę i pieniądze.
Szkoda tylko że tym utalentowanym, tym z osobowością okazał się David Lapham.

I tak oto powstał Teror Inc.
Pierwsza nominacja do nagrody Sraczka Roku.