piątek, 22 sierpnia 2008

Y ostatni z tomów

Koniec.

Y się skończył wiem ze nius to żaden, ale dopiero co dostałem tom dziesiąty i dopiero co przeczytałem ostatnią stronę i dopiero co zacząłem myśleć o miejscu na półce...

Tymczasem Y wyszedł był w Polsce i więcej rabanu narobił tłumacz czy raczej jego praca niż sam komiks. Pomijając tłumaczenie, Y i tak jest skazany na zagładę. Tak jak cały męski rodzaj w fabule, tak sam komiks w Polsce ma przesrane jak diabli...


Dlaczego?


Bo Y the last man to klasyczny do bólu serial, który wydawany raz w roku (daj Manzoku- boże !) nikogo nie porwie, nikogo nie wkręci. Bo niby jak? Y jest serialem doskonałym, ze wszystkimi wadami i zaletami tej formy. Czyli, mamy momenty słabsze i mocniejsze, ale całość budowana jest na dwóch żelaznych regułach: po pierwsze zmusić czytelnika do tego aby czekał z otwartą, zaślinioną gębą na kolejny odcinek, po drugie gdy dobrnie do samego końca ma mieć pewność, że dostał całą kompletną historię i pożałuje, że to już koniec.


A jak to osiągnąć w manzukowym standardzie jeden album w roku zapowiedziany 150 tysięcy razy?


Dla porządku, bo nie sądzę żeby było wielu takich co to nie wiedzą o co w Y the last man biega, będzie skrótowo, bardzo skrótowo:

Coś się stało, wszystko co męskie na ziemi umiera, przeżywa tylko jeden mężczyzna Yorick Brown i Ampresand jego małpa (pieprzyć jakiego gatunku, rzędu i rodziny). Ocalały facet zamiast solidnie zabawić się w świecie, w którym skasowano mu całą konkurencję wyrusza w drogę / na ratunek narzeczonej, która traf chciał akurat urzęduje chwilowo w Australii.


Mamy zatem tajemnicę, ale to i tak za mało jak na 10 tomów i pięć lat utrzymywania się na wydawniczym topie. Dlatego cholernie istotnym dla tej historii jest proces dojrzewania tytułowego Y.
Z odcinka na odcinek Vaghan rozwija tą postać, Yorick dorasta, zmienia się z odcinka na odcinek. Zmienia się w nim nawet to co jest jego cechą charakterystyczną, Yorick dowcipniś szafujący one-linerami, w końcówce tej historii dalej bawi, ale już bardziej ironicznie, żeby nie powiedzieć cynicznie.


I niestety wracamy do Polski i polskiej wersji czyli jednak kilka słów o tłumaczeniu. Nie, nie będę przypinkalał się do Uliszewskiego czy tłumaczy imię Y dobrze czy źle, czy korzysta z wikipedi czy nie, bo to naprawdę nie ma znaczenia w zestawieniu z czymś poważniejszym.


Vaghana lubię i cholernie podziwiam za to że tworząc komiks, jego bohaterów, pisząc scenariusze on gra swoimi postaciami, różnicuje nie tylko ich zachowanie, ale także sposób mówienia, formę wypowiedzi to cholera jest praca podwójna! Jest jednocześnie scenarzystą i reżyserem. Niby to oczywista oczywistość ale skoro tak to dlaczego jest tak w komiksach rzadka?


Jeszcze rzadszym zjawiskiem jest tłumacz, który te subtelności zauważa. Póki co, w komiksach nie spotkałem ich zbyt wielu. Przy całej mojej niechęci do Sandmana – Pani Brieter to potrafi, podobnie Wojciech Nowicki, tłumacz Postowych komiksów w tym genialnego Lupusa (przy całym jego nadętym grafomaństwie kulinarnym). Wielka szkoda, że Y spotkała „niechłodna klątwa Kreczmara”


Wracając do fabuły.

Opowieść w Y the last man osadza się na odpowiedzi na kilka pytań:

1. Skąd się wzięła cała ta Plaga?

2. Dlaczego Yorick przeżył?

3. Czy ostatni facet na ziemi odnajdzie swoją narzeczoną?

4. Co dalej do cholery ze światem po zagładzie?


Brian K. Vaughan walnął mnie w pysk zakończeniem tej historii w podobny sposób jak David Chase w zakończeniu Rodziny Soprano. Tak naprawdę autor jednoznacznie odpowiada na dwa ostatnie pytania, dwa pierwsze są... no właśnie. (uwaga! Od tego momentu zacząć się mogą delikatne spoilery, zatem ten kto sądzi że przeczyta całość po polsku w tej dziesięciolatce i zepsują mu one odbiór całości niech nie czyta!)


Świat ocalał i dał sobie radę, Yorick odnalazł Beth, ale nie skończyło się to zachodem słońca i „żyli długo i szczęśliwie”. A plaga?


Przez cała tę historię przewijają się różne teorie dotyczące tego co spotkało wszystko co męskie, mało tego że się przewijają, Vaughan z premedytacją wrzuca co jakiś czas, może nie trop- wskazówkę ale zalążek takowej. Coś jak w Lostach, ale z dużo większym szacunkiem dla odbiorcy. Autor Y wskazuje: „daj ać ja ci podpowiem, a ty pobruszaj sobie tym w głowie”. Mamy skończoną liczbę możliwości. Wszystkie znaleźć można tutaj.


I co najlepsze absolutnie każda z nich znajdzie swoje uzasadnienie w komiksie. Brian K.V. traktuje czytelnika jak partnera, przekazuje mu wymyślone teorie, mówiąc wybierz sobie którąś, skończ tę opowieść tak jak uważasz, postaw kropkę itd. Itp.


Dla mnie najciekawszą jest ta mówiąca, że po pierwszym udanym sklonowaniu człowieka ziemia wprowadza korektę i wymazuje ze swojej powierzchni ludzkość (jak kiedyś dinozaury). Szczególnie gdy dołożymy do tego otoczkę mitologii aborygenów mówiących o czasie snu (Dreamtime – tak, tak dlatego właśnie uważam Gaimana za Największego Kulturowego Złodzieja Wszechczasów).


I najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że teraz po zakończeniu tej historii mogę ściągnąć dziesięć tomów z półki, odkurzyć, zaparzyć mocnej kawy i odfrunąć na cały długi weekend, czytając o przygodach Yoricka Browna.