wtorek, 19 sierpnia 2008

Batman: lanie po ryju i kryminalne zagadki Gotham



Nie chciałem wyjść na Il uzurpatore i wstrzymałem się lekko z tym tekstem nie chcąc wchodzić w drogę Motywowi nomen omen drogi.

Bo u mnie o raz jeden jedyny, a tam cały tydzień o Batmanie.


W każdym razie, jasno i czysto stawiając sprawy – jestem fanem tej postaci, tych komiksów, tego świata.

Nie jakimś ultrasem, który skupuje zeszyty, wie kto powiedział co w 703 zeszycie, ja po prostu ta postać lubię, na nim ( w wersji Tm semic) się wychowałem. Jeżeli istnieje w piekle oddział zamknięty dla fanów komiksu gdzie mały diabełek w stroju Supermana wciska w tyłki kolejnych fanów komiksu piłki lekarskie wielkości globusa Daily Planet, to dla trzech tytułów z Batmanem w roli głównej zniósłbym tę karę godnie.


Problem w tym, że sentyment do postaci nie przekłada się jakoś na uznanie w moich oczach komiksów z nietoperzem, przynajmniej w przeciągu ostatnich 4-5 latach. Dziwne to bo redaktorzy z DC Comics zdają się działać tak jakby w komiksowym światku nic się nie wydarzyło i nie zmieniło od 2000 roku.

Generalnie w komiksach o nietoperzu jest nędza, może chodzi o proste targetowanie i marketing?

Jeżeli tak by było, to skąd nagłe ruchy, całkiem udane w stylu... no właśnie przechodzimy do meritum, czyli właśnie o tych edytorskich ruchawkach dzisiaj będzie.



Batman Year 100 - Paul Pope

Pope nie jest komiksowym pistoletem, strzelającym albumami rok w rok. Kolejny album jego autorstwa to wydarzenie z gatunku tych naprawdę wielkich. O co chodzi?

Pope wysyła postać Batman w przyszłość, sto lat od komiksowego „teraz”, uwalniając go z więzów jakiegoś tam continuum, całego tego edytorskiego badziewia, pierdyliarda ton zeszytów, miliona powieści graficznych. Wysyła w przyszłość i restartuje.

O ile restart wyszedł mu doskonale, o tyle cała ta przyszłość, to Gotham za sto lat poza łatającymi taksówkami rodem z Łowcy Androidów niczym się nie różni od Gotham teraz.

I dobrze.

Paul Pope to zadeklarowany fan wszelkiej maści SF i szczerze mówiąc gdy czytałem o tym projekcie myślałem, że ot Pope poprowadzi Bruca Wayna w świat pseudonaukowych technogadżetów, których i tak pełno w komiksach na co dzień.

Autor Hevy Liquid robi coś dokładnie przeciwnego, rozgrywa i tworzy tą postać bez wsparcia superdupereli budując ją na dwóch przedmiotach: butach wysokich, sznurowanych, wojskowych, butach do kopania i sztucznych zębach. Nic więcej o nim wiedzieć nie musimy.

W podobny sposób bracia Cohen zdefiniowali postać Chigurha w To nie jest kraj dla starych ludzi.

Tam wystarczył „pistolet” do uboju bydła, aby widz przysiadł w fotelu w lekkim przestrachu u Popa tą rolę pełnią buty i sztuczne zęby. Co ciekawe te dwa elementy w jakiś sposób determinują to co w komiksie widzimy. Batman w Year 100 to dziwny typ, przebierający się w jakiś dziwny kostium, którego motywów nie znamy, kompletny świr. To co mnie zawsze drażniło w tym całym „uczłowieczaniu” superbohaterów to dziwne podejście scenarzystów, którzy wrzucają herosa w wir walki każą latać mu po dachach wielkiego miasta, szpanować znajomością kungfu – jujistsu –karate taichi- sushi, po czym „zapominają”, że ich bohater mógł przy okazji złapać lekką zadyszkę...

U Pope’a Batman częściej dyszy, stęka i jęczy ze zmęczenia niż mówi, sceny walki to nie pokazy umiejętności kung fu Pandy, a zwyczajna młócka, lanie po ryjach, brutalne i bez klasy.


I to wszystko wyszło rewelacyjnie.

Na tyle rewelacyjne, że Pope zgarnął w 2007 dwa Eisnery za ten album – w kategorii Best Limited Series i Best Writer/Artist.




Gotham Central - Ed Brubaker Greg Rucka, Michael Lark.


I cóż, smutek. Najlepsza seria komiksowa DC ostatnich 10 lat. Najciekawszy artystyczny team od czasów początków Sale’a i Loeba. Głaskaną przez absolutnie wszystkich krytyków od tych ultra internetowo - fanowskich po dziennikarzy z tzw. dorosłych mediów.

I cóż, po 40 zeszytach seria pada z powodu niskiej sprzedaży.

Dla mnie ta seria to wisienka na torcie całego Batman – świata. Tam jest to czego w Batmanie brakuje mi najbardziej – kryminału. Wielki Mroczny rycerz, wielki detektyw rozwiązywanie spraw , prowadzenie śledztwa z reguły sprowadza do pobicia i wymuszeń ewentualnie wykorzystania jakiegoś hiperdiwajsu ze swojego arsenału. Gotham Central pokazuje tą drugą stronę medalu, czyli pracę u podstaw. To policyjna klasyka, małe biureczka partnerzy, problemy, źli ludzie na ulicach. To nie mogło się nie udać, a jednak.


Być może Rucka i Brubaker przegięli przysłowiową pałę opisując historię coming out’u Renne Montoy, może po prostu fani komiksów o Batmanie jeszcze nie byli gotowi na taki skok w „ komiksową dorosłość”. Trudno, ważne że dzięki ich pracy powstała moim zdaniem najlepsza w historii obyczajowa historia z udziałem trykociarzy.

Gotham Brubakera i Rucki to po prostu Nowy York, ten niu jork z serialu Nowojorscy gliniarze, brudny, zły, skorumpowany słowem miejska dżungla, masakrująca to co dobre prawe i sprawiedliwe. A gdzie w tym wszystkim Batman?

No i to jest najlepsze Batman w Gotham central występuje na drugim planie, ale w przedziwnym kontekście. Jasne ratuje miasto, jasne walczy ze złem, ale dla gości z GCPD to ten sam gatunek świra co Joker czy Dwie Twarze. I tyle. Dwa skoki w bok od nijakości komiksów z Batmanem w roli głównej.
Szkoda że na przestrzeni prawie pięciu lat uzbierało się ich tylko tyle...