poniedziałek, 7 lipca 2008

Niepokój, przerażenie, a potem już z górki i na koniec nagrody

Muszę odpocząć od tych Eisnerów szczególnie, że na tapecie jest kategoria Best Graphic Album – New i w dodatku od wtorku wystawiam swoje fałdy na działanie greckiego słońca. Czyli tydzień z promieniami się szykuje, ale nie z promieniami z dupy. Komiksów na wakacje nie biorę.

Odpoczywając czytałem, ale na luzie, bez słów przynajmniej tych zbędnych.
Czyli o komiksach niemych dzisiaj będzie. O trzech konkretnie: jednym polskim, drugim wydanym w Polsce i trzecim z kraju sąsiedniego ale wydanym za oceanem.

Na pierwszy ogień złapałem się za Marka Turka i jego Bajabongo, które nabyłem po raz drugi po wpadce w trakcie Chwalebnej Kociej Rewolucji Żołądkowej.

Po pierwsze i najważniejsze, nie jestem "Turkofilem", poprzednie komiksy Marka najzwyczajniej w świecie mnie nudziły. Tak było w przypadku Fastnachspiel. Świetny pierwszy tom, a po nim jakieś takie zaputanie autora w samopowtarzalności i przerażający brak fabuły – o czym jeszcze tutaj będzie. Międzyczas – podobnie, choć tutaj tyle złego co dobrego przyniosła różnorodność tego zbiorku. Z Bajabongo jest zupełnie inaczej, bo tym razem Turek mnie nie nudzi.

Czyta się ten album świetnie, pomysły autora, przejścia pomiędzy kolejnymi kadrami to już klasa Professional jest. To gęsty komiks, gęsty od pomysłów, gęsty w rysunkach. Grafika Turka łatwa w odbiorze nie jest. Wybrał on konkretną konwencje, w której rysuje swoje komiksy i w ramach niej próbuje przeskoczyć swoje ograniczenia, co do tej pory wychodziło mu przyznać trzeba uczciwie z różnym skutkiem. Tutaj grubo ciosana kreska Turka jest jak właściwy człowiek na właściwym miejscu. Marek złapał pewien klimat niepokoju, którym fantastycznie operuje przez całą albumową „wycieczkę”.

Jest tylko jedna rzecz, która drażni w podobny sposób jak w innych jego komiksach. Mianowicie Turek tak mocno skupia się na przejściach pomiędzy kolejnymi scenami, że przestaje zwracać uwagę na album jako taki. W efekcie możemy Bajabongo czytać fragmentarycznie, nie ma to żadnego wpływu na odbiór całości. Jasne, to duży fun, ale ja jednak jestem „fabułożercą” i zabawy konwencją to dla mnie mało...


No dobra, Thomas Ott.
Zdecydowanie to najlepsza z Ottowych „skrobanek”. Numer to komiksowa rewelacja letniego sezonu, do której za żadne skarby nie chce wracać... Bo ta historia jest przerażająca w najmocniejszy z możliwych sposobów, przynajmniej dla mnie. Ja wierze we wszelkie możliwe „dżudżu” czary, wróżby, przepowiadanie przyszłości, wróżenie z wnętrzności czegoś co zjadło coś innego... takie tam zabobony, nie mieszczące się w szerokiej optyce religii katolickiej. To jest po prostu bardzo nęcące. Wiara w to, że wszystko jest ustalone, z góry wiadome i przy pewnej dozie wysiłku można zajrzeć za kotarę i poznać przyszłość. Opowieść Otta o szczęściu i przeznaczeniu pokazuje fatum od innej strony. Jeżeli uwierzymy, że świat, nasze życie toczy się ustalonym wcześniej torem, to jesteśmy o krok od postawienia pytania: A co będzie jeśli ten ktoś, ten „ustalacz” zmieni nagle zdanie? Nie oglądając się na nic i nikogo?
Odpowiedź znajdziemy w komiksie Otta.


Na koniec mrocznie nie będzie. Hieronymus B. Niema zabawa autora zza Odry i Nysy. Przeuroczy zestaw ciepłych opowiastek o życiu i problemach drobnego urzędnika. Niby nic wielkiego, a jakoś cieszy mnie ten komiks bardzo. Świat wali się głównemu bohaterowi na głowę, a on dalej marzy, śni i cieszy się życiem. Ładniutkie.
Za oceanem ktoś napisał, że ten album to połączenie Owly i Zamku Kafki. Nie wiem skąd ludziom biorą się tego typu porównania , cóż głupców nie sieją. Komiks Ulfa K. ma tyle wspólnego z prozą Kafki co ja ze sportem wyczynowym. Jakimkolwiek, poza brydżem i szachami.
Jedna, jedyna rzecz która mi w tym albumie nie pasuje to sam tytuł- imię bohatera. Nie rozumiem co ma on wspólnego z H. Boschem? Równie dobrze bohater mógłby nosić dumne nazwisko Helmuth Kohl, wiele dla odbioru tych historii złego by się nie stało...




Konkurs! Konkurs! Konkurs!


I już miałem się się zamknąć, ale spostrzegłem coś miłego. Liczba odwiedzin na blogu zbliża się do okrągłych 10 tyś. W związku z tym mały konkurs z zacnymi nagrodami.

Do wygrania wybrane (dwa) albumy z pośród tych, o których pisałem, nie pisałem lub napiszę w temacie nagród Eisnera.

Lub

Paczuskza z czterema (słownie czterema) albumami z hameryki, które wydają mi się ciekawe.
Żaden krap, same fajne sprawy.


Zadanie:
Proszę podać tytuł komiksu (a konkretnie: tytuł serii komiksowej), jednego z naj naj, miszczosko-miszczoskich komiksów niezależnych z USA, którego tytuł wykorzystali muzycy z kultowej do dzisiaj w niektórych kręgach kapeli jako nazwę nowego bendu. Nazwy kapeli nie podaję bo konkurs sam się rozwiąże, ale kilka podpowiedzi:

- ten kultowy zespół ma na koncie kawałek z nazwiskiem aktora w tytule;
- do inspiracji muzyką kultowego bendu przyznają się min goście z Interpolu;
- o konkursowym komiksie/serii nie ma nic (słownie nic) w polskim internecie;
- nikt tego komiksu/serii nie ma w wydawniczych planach w Polsce;
- w sieci można znaleźć przewodnik po tym komiksie/serii - czyli jak to cholerstwo czytać!


A ja od prawie trzech lat próbuje to przeczytać grzęznąc co chwila po kilku kilkunastu stronach...
Zatem
Powodzenia komiksy czekają