sobota, 5 lipca 2008

Za szybko spisane

Minął czerwiec czyli połowa roku, a tu już komiksowe rozczarowanie roku.

Czytając tom drugi Na szybko spisane myślałem, że to nie może być prawda, to nie może być robota autora komiksu roku! Przez moment pomyślałem, że być może Śledziu „korzystał z bratniej pomocy” jakiegoś scenarzysty łamagi, jakiegoś Łukasza Bułki z Nowego Dźwiernika, który „sprawdza się w komiksie”, bo matko boska częstochowska, jak to możliwe aby dwie części jednej całości, stworzone jedną ręką, jednego autora były tak przerażająco różne i tak wściekle nierówne?

O projekcie Śledzia nie miałem okazji napisać czegoś więcej do tej pory ot, jakoś tak wyszło.

Pierwszy tom tej trylogii to nie tylko olbrzymie zaskoczenie, to kopniak w jądra chirurga przeprowadzającego operacji mózgu czytelnika komiksu. Bo Śledziu wprowadził zupełnie nową jakość w zatęchły polski światek komiksowy.

NSS deklasuje absolutnie każdy komiksowy twór ostatnich lat( w tym oczywiście twory moje własne). To, co uważam za największe śledziowe osiągnięcie to narracja, jej język i sposób w jaki jest prowadzona (czy raczej była patrząc na tom drugi).

Po pierwsze mamy tutaj do czynienia z offową narracją, na której polec najłatwiej, łatwo znudzić czytelnika bezbarwnością, brakiem osobistego sznytu, jednostajnością. Śledziowi udaje się przeskoczyć te pułapki. Narracja w NSS ma swój specyficzny rytm, który nie pozwala czytelnikowi biec od kadru do kadru, od strony do strony. Śledziński łapie czytelnika za uzdę i opowiada, sterując jego emocjami na każdej stronie. Udało mu się sprawić, że tę historię nie tylko poznajemy ale możemy ją rzeczywiście przeżyć. Ta opowieść fenomenalnie balansuje pomiędzy smutkiem, a żartem, melancholią, a zwykłą radością.

Po drugie śledziowy bohater, snując wspomnienia ze swojego dzieciństwa z dystansu iluś tam lat, pokazuje jak zmieniał się on, jak zmieniał się świat w którym żył. To absolutne mistrzostwo, przywodzące na myśl Cudowne Lata i wspomnienia Kevina Arnolda.

I szkoda.

Wielka szkoda.

Wielka szkoda, że niewiele z tego ostało się w części drugiej.

NSS 1990-2000 rozpoczyna się obiecująco, w tym samym stylu i klimacie co część pierwsza.

Śledziu trzyma się wypracowanego wcześniej rytmu, opisując świat, który od 89 roku staje się „jakiś bardziej kolorowy”. Tej pary autorowi starczyło na pierwszych sześć stron, po których wszystko trafia szlag. Ginie gdzieś rytm części pierwszej, język jakim autor opowiada jest drażniąco sztuczny. Do tego Śledziu nie może się zdecydować w jaki sposób opowiadać tę historię, czy przyjąć nadal pozycje starszego/dorosłego "Ja" głównego bohatera, który stwierdza „dorosłym” głosem, że jego młodszy brat (...) „nie podzielał jego wrażenia, twierdził że....”(...), czy też trzymać się wersji jedenastolatka, infantylizując język narratora (...) „teraz nie można się było dostać nawet do piaskownicy bo się zapadało po kostki w ziemi”(..). Czepiam się? Pewnie można by było tak powiedzieć gdyby nie drobny fakt, że obie formy występują na jednej stronie (sic!) wybijając czytelnika z rytmu. I tak niestety jest już do końca albumu.

Zdziwiłem się troszkę, że autor okres dorastania, nastoletnich lat i początków dorosłości zbija w tej samej objętości co okres dzieciństwa. Cóż ufałem Śledziowi i tutaj też się na tym zaufaniu przejechałem. Autor poleciał szybko do przodu jak by go gonili, zaczyna milutko i spokojnie od opowieści o pierwszym „drapaniu w pindola” po czym leci z góry na złamanie karku i bach! Jesteśmy na studiach. Przez to wariackie tempo ginie gdzieś po drodze to, co przed chwilą chwaliłem w NSS 1908-1990. Bohater śledziowy stanął w miejscu, przestał się zmieniać, rozwijać. W scenie pierwszego seksu miałem dziwne wrażenie, że to jakaś wstrętna pedofilia, bo to przecież ten sam jedenastolatek z pierwszych pięciu stron, który przed chwilą cieszył się z kupionego w kiosku batona!

Bohater NSS to mój rówieśnik, ale żyjący w innym nie do końca znanym mi świecie. I to mnie cholernie kręci, takie porównanie moich i Śledzia wspomnień z tego czasu. Pierwszy komputer to dla mnie lata liceum, wcześniej atarynki czy amigi to była jakaś tam sfera marzeń, mająca mało wspólnego z rzeczywistością i na ten wątek bardzo liczyłem w tomie drugim. I znowu Śledziu mnie zawiódł. Ok, rozumiem że opowieść o amigowej demoscenie to jakiś ważny dla autora wątek, ale czy wart aż dziesięciu stron komiksu? Do tego dziesięciu morderczo nudnych stron...

Śledziński w Na szybko spisane 1980 - 1990 postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko.

I nie dał rady.