poniedziałek, 23 czerwca 2008

Nagrody Eisnera cz. II - ptaki, nazisci i romantyczni norwedzy


Jason nie jest mistrzem komiksu.

W rozumieniu egmontowskiej super duper serii.

Generalnie, jakby się zastanowić, Jason nie jest mistrzem w rozumieniu mojego prywatnego the best of.

To autor z pobocza.

Ba! Z pobocza niezależności, czyli dla polskiego czytelnika Jason to autor upadły, czyż nie można upaść niżej niż w niszę w niszy?

Gdyby tak chciał rysować upadłe anioły z promieniami z dupy...

Dobra.

Pomijając pseudo ironiczne pieprzenie, Jason, a konkretnie John Arne Sæterøy to jeden z najbardziej konsekwentnych, odpornych na mody, cholernie charakterystycznych twórców komiksu. Jason na tle niezależnej sceny komiksowej świeci się jak przysłowiowe psu jajca.

I ta konsekwencja i ta charakterystyczność to te elementy, które mogą skutecznie od jego komiksów odstraszyć. Albumy Jasona zaludniły człekokształtne ptaki i inne antropomorfy, te same postaci na pierwszy rzut oka zabawne, rysowane z cartoonowym zacięciem występują w fabułach totalnie różnych, dowcipnych, poważnych, melancholijnych i cholernie śmiesznych. Można poczuć się lekko skonfundowanym.

Ta konfuzja wzrasta w momencie, w którym po raz kolejny komiks tego Norwega zaskakuje publikę w USA w wystarczającym stopniu żeby zgarnąć nominację do Eisnera.

I Killed Adolf Hitler.

Mocny tytuł.

A historia jeszcze mocniejsza. Jason opowiada o świecie, w którym zabójstwo na zlecenie jest najnormalniejszą z usług. W tym świecie równie łatwo zamówić strzał w potylice dla byłej dziewczyny, co pizze na grubym cieście z czterem dodatkami. I cóż, nasze ptakostwory jedzą, spacerują rozmawiają ze sobą, kochają się, a w przerwach strzelają do siebie. Rozkoszny cartoonowy świat prawda? W każdym razie główny bohater, jeden z usługodawców – morderców dostaje dziwne zlecenie – cofnąć się w czasie i zastrzelić Hitlera, aby świat stał się lepszy, a ludzie żyli dostatniej. Spoilerując odrobinę, podróż w czasie się udaje, Hitler nie umiera, przenosi się w przyszłość, ginie co prawda, ale w tłumie przechodniów. W każdym razie Adolf znika z kart historii, ale świat wcale lepszym się nie staje…

Jason sobie moralizuje, nie jest to może zbyt wyszukane moralizatorstwo ale zupełnie złe też nie jest. Na Eisnera to chyba za mało. Ale to nie wszystko, bo Jason wykonuje podwójne fabularne salto i z komiksowego naprawiacza świata zmienia się w romantyka opisującego miłość, która potrafi zmienić wszystko.

I to fajne jest.

I wzrusza.

I dobrze się czyta.

A czy Eisnera dostanie?

Zobaczymy