niedziela, 25 maja 2008

Nagrody Eisnera cz. I

O tego rocznych nominacjach do nagród Eisnera można poczytać i na motywie drogi i na paru innych komiksowych blogach vel serwisach.

Z informacjami o samych komiksach to już gorzej.

Zatem w ramach kontroli regularności blogowania postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze o tym co ciekawego w tegorocznych nominacjach.

Nie o wszystkim oczywiście będzie, nie o każdej kategorii i każdym komiksie bo ani nie mam absolutnie wszystkiego co nominacje dostało, ani też nie o wszystkim warto strzępić jęzora.

To o czym spróbuje napisać to oczywiście najciekawsze moim subiektywnym zdaniem komiksy z poszczególnych kategorii.


Co ciekawe na blogu o kilku nominowanych komiksach już pisałem i tak:

Nightly News nominacja w kategorii Best Limited Series

Scalped - nominacja w kategorii Best New Series

Exit Wounds - nominacja w kategorii Best Graphic Album—New


Zaczynamy:


I Shall Destroy All the Civilized Planets! - Best Archival Collection/Project—Comic Books,

Whatever Happened to Fletcher Hanks? – Best Short Story


Obie kategorie razem bo to w końcu o jeden album chodzi.

W dodatku o album, który polecają zgodnym chórem Kurt Vonnegut i Robert Crumb.

Jest taki komiks Setha, It’s a good life if you don’t weaken, znany zresztą, uwielbiany przeze mnie zresztą, w którym autor poszukując prac genialnego, zapomnianego rysownika trafia na ślad jego osoby i cóż ... nie ma o czym gadać to trzeba przeczytać. W każdym razie, historia Setha jest poetycko zmyślona, ot takie piękne kłamstwo, tymczasem Paul Karasik cztery lata po premierze It’s a good life redaguje album z odkopanym bóg wie gdzie materiałem zapomnianego komiksiarza Fletchera Hanksa. Mało tego, zamiast wstępu czy posłowia album I Shall Destroy All the Civilized Planets! Kończy się krótką historią Karasika opowiadającą o spotkaniu z żyjącym krewnym Fletchera. Identycznie jak zakończenie It’s a good life tyle, że absolutnie prawdziwe... O ile Seth poszukiwał i odnalazł przegranego geniusza, artystę który zrezygnował, porzucił rysowanie i zwyczajnie się poddał, o tyle Karasik poszukiwał króla kiczu, cesarza złego smaku, komiksowego Eda Wooda.

Szukał i znalazł ślad po człowieku bez małą potworze, rujnującego życie swoje i swoich bliskich w dodatku buca i alkoholika.

Samo życie.

Komiksy Hanksa są co tu dużo mówić koszmarne, tak w treści jak i formie. Na pierwszy rzut oka to zestaw durnych i kiczowatych historyjek o jakimś tam superhirole i jego wrogach. Stardust The Super-Wizard, Fantomah (sic!) Mystery Woman of the Jungle walczą ze złem, słowem klasyka gatunku z pozoru przynajmniej. Na rzut oka drugi... niewiele się zmienia tak naprawdę. Syfiasty rysunek, debilne fabuły i kretyński dialog pozostają tyle tylko, że gdy przyjrzymy się tym komiksom bliżej, spojrzymy na datę powstania 1939-1941, komiksy Hanksa przestają pasować do konwencji superhiroł z tzw. golden age, gdzie heros jest „sędzią sprawiedliwym który za dobre nagradza a za złe karze”. Bohaterowie tych komiksów po pierwsze ze złem nie walczą jak przystało na harcerzy w rajtuzach, po drugie jedynie karzą i to nie oddaniem w ręce sprawiedliwości, ale w niesłychanie brutalny sposób torturują swoich przeciwników. To, czym większość komiksiarzy zachwyca się od czasów Strażników w komiksach istniało od lat trzydziestych tyle, że forma tego czegoś pozostawia wiele do życzenia. Jest coś jeszcze w fabułach Hanksa co zastanawia, a mianowicie w każdej z jego fabuł coś dziwnego dzieje się z rzeczywistością świata przedstawionego. Tym światem rządzi rozpad, brak pewności co jest rzeczywiste co nie... Być może wybiegam za daleko, ale komiksy Fletchera Hanksa jak nic kojarzą mi się z prozą Philipa K. Dicka.

Mało tego w końcu PKD miał sporą kolekcję pisemek i komiksów z okresu w którym pisał i rysował Hanks, ciekawe czy znajdowały się pośród nich te, w których publikował autor I Shall Destroy All the Civilized Planets?

Krótka historia Karasika podsumowująca i w pewien sposób komentująca ten album to absolutnie oscarowa czy raczej esinerowa historia. Karasik odnajduje syna Hanksa, pilota, bohatera. Dowiaduje się kim był jego ojciec, a był zwykłą świnią maltretującą fizycznie i psychicznie swoich synów i ich matkę. Flatcher Hanks był pijakiem i brutalem, dla jego syna nie ma absolutnie znaczenia co „komiksowego” ojciec pozostawił po sobie, ważne jakim był człowiekiem ot, prosty moralitet się z tego zrobił.



Best American Comics 2007 - Best Anthology

Jakiś czas temu tutaj na blogu niejaki mykupyku na moje hasło że dość mam już mody na autobiografie nakrzyczał na mnie, że bzdura, że to pitolenie, że niczego takiego jak moda takowa to nie ma.

Best American Comics 2007 to antologia pod redakcją Chrisa Ware, które osią, motywem przewodnim jest właśnie introspekcja autora, mało tego autor Jimmiego Corrigana we wstępie sugeruje że już w 2006 r widać pierwsze symptomy mody czy trendu. I co Pan na to Panie Myku?

Wracając do antologii, jakoś wiele sobie nie obiecywałem po tym wydawnictwie mając świeżo w pamięci Best American Comics 2006, pod redakcją Harveya Peakara, to taki wybór odgrzewanych kotletów był bez ładu i składu, przeznaczonych dla czytelnika nie-komiksowego. Antologia Ware’a dzięki bogu taka nie jest.

Po pierwsze jak już wspomniałem mamy tutaj motyw przewodni, komiks autobiograficzny, po drugie Ware jako redaktor nie tylko zajął się graficzną oprawą całego wydawnictwa ale przede wszystkim po prostu doborem prac. Oczywista oczywistość niby. Tyle tylko, że w tej antologii podobnie jak McSweeney's Issue 13 (moim zdaniem najlepszy zbiór i prezentacja amerykańskiego komiksu niezależnego) czuć „ducha” Chrisa Ware’a. Wiem że być może to zabrzmieć dziwnie ale komiksu tutaj zebrane wpisują się w pewien kanon graficznej i tematycznej estetyki. Czytając je ma się przedziwne wrażenie, że mamy tutaj do czynienia z prezentacją komiksów jednego autora. A przecież Ware jest tutaj „jedynie” redaktorem...

Wspaniały album dla tych którzy w komiksie niezależnym brylują i go znają, ot okazja do spojrzenia na znane skądinąd utwory z innej perspektywy, jak również dla „niezależnych laików”.