niedziela, 4 maja 2008

Błędy

Po lekturze Piekło, Niebo statystyczny, uśredniony i przez to nieistniejący polski fan komiksu otworzy szczękę ze zdziwienia, nałapie kilka much i stwierdzi: „Wow ciekawe nowe tegom się nie spodziewał!”.

Inny uśredniony, statystycznie niemożliwy do zaakceptowania w realu, czytelnik rozdziawi gębę, złapie weń komara i stwierdzi „Fabuły właściwie żadnej. Nudno, smętnie, nijako... czekam na drugi odcinek”

Jeszcze inny typ fana, co to widział wszystko, czytał wszystko i kupuje na amazonie, stwierdzi z grymasem koślawym, że to przecież nic nowego i że on to już zna...

I jak to z uśrednieniami bywa są one kompletnie sztuczne, wymyślone i nie występujące w naturze, np. w naturze forum komiksowego jednego czy drugiego, a jednocześnie są one wbrew logice formalnej absolutnie prawdziwe.

Piekło, Niebo to komiks o tym co się dzieje kiedy nic się nie wydarza, nic nie zmienia choć bardzo tego dziania się i tej zmiany pragniemy. I tyle. Tutaj nikt się nie mocuje ze złym co wszechświat chce zniewolić, nikt w tej historii nie dojrzewa w spazmach erotyczno- mistyczno- religijnych jak w Blankets . Bellstorf zamknął na kilkudziesięciu stronach wycinek jakiegoś świata i jakiegoś życia w tym świecie, pokazując je takim jakie ono jest czyli całkowicie, najzwyczajniej zwykłe.

I nie jest to nowy pomysł, choć dla polskiego czytelnika to pierońskie novum jest.
I jest to momentami słabe.
I nie jest to oryginalne.
Czyli statystyczny czytelnik komiksu w Polsce, chociaż nie istnieje to zawsze ma racje.

To, co najlepsze w komiksie Bellstorf to, to co nie oryginalne i wtórne. Chociaż trudno mówić o oryginalności w kreowaniu tego typu fabuł, bo sposób opowiadania w ten nijaki i nudny sposób jest do tego celu najlepszy. Oryginalny nie jest i być nie może, co pokazują komiksy o których będzie mowa za chwilę. Jeżeli stawiasz sobie za cel opowiadanie o czymś co jest prawdziwe, wszystkim znane nie możesz koloryzować udziwniać i ulepszać tego co zwykłe nudne i z pozoru niewarte wspomnienia. Christoph główny bohater tego komiksu czeka, bóg wie na co, nie wie za bardzo kim jest, co robi, co mówi myśli i czuje. I to jest fantastyczne, Bellstorf idzie tym samym tropem co Adrian Tomine i Yoshihiro Tatsumi, ale nie uprzedzajmy faktów.

Jeżeli jest tak pięknie to czemu jest tak źle ? Czyli co u Bellstorfa jest słabe? Przede wszystkim narracja. Nie wiem na ile ta fabuła nasiąknięta jest motywami autobiograficznymi, ale jeżeli jest to tym gorzej dla autora, bo zdaje się on kompletnie nie czuć tego co pisze. Jest narracyjnie jednostajny, w żaden sposób czytelnika nie prowadzi przez tą historie. Nie mówi co jest ważne, a co nie, nie akcentuje, nie stopniuje elementów tej fabuły, poza zakończeniem zdecydowanie odstającym od reszty. Do tego dochodzi grafika i narracja obrazem. Bellstorf przesadził w stylizacji. Tak się skupił na smutnym wyziewie z oblicza głównego bohatera, że zamiast dać mu duszę przyprawia mu gębę ziemniaczanego kuriozum. Zbyt ostro powiedziane? Powiem tak ja też kiedyś miałem 15 lat i w trakcie mojego nastoletniego Sturm und Drang miałem kwaśną i nieprzyjemną gębę często i gęsto, ale nie przypominałem zgniłego kartofla przez 24 godziny na dobę. Bellstorf po prostu przesadził – zdarza się.
Nawet najlepszym.

A jeśli o nich mowa to...

Adrian Tomine do niedawna absolutny mistrz krótkiej formy, w której więcej jest treści i emocji niż w niektórych powieściach graficznych. Mistrz do niedawna, bo od paru dni Tomine wskoczył w moim osobistym rankingu na inny level, ot po prostu przeczytałem Shortcomings jego debiut w dłuższej formie. Zdarzyło mi się o tym autorze pisać, ale nie zlinkuje bo się wstydzę, mało ważny, mało fajny, mało ciekawy tekst o Summer Blonde
w sieci gdzieś wisi. W każdym razie Tomine i jego Błędy.

Rzadko zdarza mi się czytać twór, którego główny bohater jest tak antypatyczny tak fatalnie koślawy i durny, że od pierwszych kilku stron marze o tym aby spotkało go za chwilę wszystko co najgorsze.

Rzadko zdarza mi się czytać twór, którego główny bohater jest tak kompleksowo stworzony tak mocno nakreślony, że wzbudza tak silne emocje u czytelnika.

Shortcomings to komiks o błędach, bardzo specyficznych. Błędach w rozumieniu i postrzeganiu siebie samego, błędach czy niedostatkach w komunikacji z drugim człowiekiem, które skazują nas na cholernie smutną bo zasłużoną samotność. A fabuła jest prosta i nieskomplikowana. Ben jest azjatą, japończykiem z pochodzenia. Ben ma dziewczynę – Miko. Ben ma kompleksy o podłożu rasistowskim, marzy mu się romans lub co najmniej miły seks z białą blondynką najlepiej nastoletnią pomponiarą. Ben jest strasznym bucem. Miko jest dziewczyną Bena, która wyjeżdża na stypendium do Nowego Jorku. Oboje żyją w absurdalnie toksycznym związku pełnym agresji i wyrzutu, to co ich łączy to strach przed odejściem, zmianą i nowym początkiem.

Od tej historii wieje na kilometr pretensjonalną bzdurą, wtorkowym wieczorem filmowym na TVN z cyklu prawdziwe historie. Bo pewnie w innych rękach ta historia taka właśnie by była.
Ale dzięki bogu nie jest. Tomine jest jak już powiedziałem mistrzem, mistrzem zamykania w kadry fragmentów rzeczywistości, świata, życia, uczuć i myśli, które pomijamy przechodząc przez nie bezwiednie i bez refleksyjnie. W Shortcomings te fragmenty składają się na dłuższą historię. Jej bohaterowie są pełni, jak to mówią z krwi i kości, tutaj żaden gest, słowo, zdarzenie nie dzieje się, nie pada przypadkowo. To autor specjalista w narracji obrazem, Tomine rysuje „płasko” kadry pozbawione są głębi, drugie planu, rysunek bardzo techniczny pozbawiony szaleństwa, całkowicie statyczny, tak jakby autor samym rysunkiem dawał nam do zrozumienie „tego się nie ogląda to się czyta”. Bo komiksy Tomine to doskonała symbioza trzech elementów, obrazu, tekstu i narracji. Język, dialog bardzo literacki daleki od skrótu, obraz oszczędny wręcz sterylny, a narracja szalona wręcz. Ot przykładowo, kluczowa dla opowieści scena rozstania na lotnisku, decydująca, determinująca wydarzenia i losy postaci, dzieje się gdzieś pomiędzy kadrami, nie widzimy jej nie mamy pojęcia co się wydarzyło, czy też czy wydarzyło się cokolwiek wartego uwagi, wraca w zakończeniu, opowiedziana bez emocji przez głównych bohaterów.

I tutaj w tym miejscu powinienem napisać o Yoshihiro Tatsumi, autorze komiksów obyczajowych, japończyku, który tego rodzaju fabuły, tego rodzaju rozwiązania narracyjne i sztuczki fabularne wprowadzał około 40 lat przed Adrianem Tomine. Mało tego dla Tomine jego komiksy to inspiracja i punkt wyjścia, niektórzy twierdzą nawet, że autor Shortcomings najzwyczajniej w świecie zżyna z Tatsumiego (pomijam już fakt, że to on jest redaktorem wydań zebranych komiksów japończyka w USA). Moim zdaniem, nie w tym rzecz. Tak Tomine jak Tatsumie i Bellstorf odnaleźli sposób na opowiadanie historii, które inspiruje dzień powszedni, a to że ich pomysły są podobne do siebie?
Cóż niezależnie czy żyjemy w Europie , stanach czy w Azji, ciągle pozostajemy myślącymi i czującymi podobnie... ludźmi.

A o Tatsumie wypada napisać coś więcej niż parę zdań w kontekście innych autorów- zatem poczekamy aż Kobiety wyjdą na światło dzienne .