czwartek, 27 marca 2008

Zabłąkane kule

Podobno jeżeli czegoś nie ma w googlach to, to coś nie istnieje. W przypadku Stray Bullets Davida Laphama w „polskich” googlach faktycznie nic nie ma. Albo źle szukałem. Oferty sklepów komiksowych i empiku nie liczę. Aż dziw bierze że nazwisko autora wymienianego jednym tchem obok Bendisa i Brubakera nigdy jakoś w Polsce nie wypłynęło...

Najwyższy czas żeby coś się w końcu pojawiło.

Seria Laphama to rzecz zdecydowanie uwagi warta. Autor dwukrotnie zdobył Eisnera, jego komiksy znajdziecie w każdym zestawieniu „the best crime comics ever”, a jak nie znajdziecie to znaczy że zestawienie jest do bani. Ale przede wszystkim, Lapham stworzył zupełnie nowy „podgatunek” w kategorii kryminału noir. Stray Bullets operując klasycznymi gadżetami z pod znaku noir, wyprowadzają zbrodnie z ciemnych i brudnych ulic wielkiego miasta, na urocze, pełne słońca zieleni i rodzinnego klimatu przedmieścia.

W dodatku przenoszą nas w czasie do początku lat 70.

Otwierając pierwszy tom tej serii czytelnik ma wrażenie, że oto dostaje w łapy zestaw krótkich historii bez głównego bohatera, ot taka antologia króciaków jakich wiele w dodatku niezależna do bólu bo wydawcą komiksu jest sam autor...

Prawdziwa jazda i przyjemność w czytaniu zaczyna się wtedy gdy dostrzegać zaczynamy że wszystkie te krótkie opowiastki łączą się ze sobą w jedną całość, tworząc jeden, spójny i cholernie nieprzyjemny świat. Bo każda z nich zbudowana jest wedle zasady mówiącej, że prawdziwy happy end jest wtedy gdy giną wszyscy, a nie tylko pozytywni bohaterowie.

Co ciekawe Lapham nie zatrzymuje się tylko i wyłącznie na kryminale, idzie krok dalej. Wspólnym mianownikiem dla jego opowieści jest zło i przemoc jako takie, bardzo szeroko rozumiane. Jego bohaterowie od pierwszej strony, od pierwszego kadru są przegrani w jakiś sposób. Dosięga ich coś złego, czającego się za rogiem i niekoniecznie musi to być oprych z bronią gotową do strzału.

O historiach Laphama trudno pisać nie odnosząc się do konkretu, przykładu fabuły. To, co w nich najlepsze to pewien szczególny dla jego scenariuszy twist, igrający z oczekiwaniami czytelnika. Ot historia, dwóch gości stoi na rogu ulicy czekając na kogoś, ten ktoś się pojawia rozmawiają we trójkę po chwili jeden z nich wyciąga nóż i zabija dwóch pozostałych. Koniec historii? Nie u Laphama. Jakieś porachunki między przestępcami na ulicy, ktoś ginie, nic wielkiego. Ważne jest to kto całe zajście zobaczył - 10 letnia dziewczynka która przyjechała do kina zobaczyć po raz kolejny Gwiezdne Wojny. I to ona jest w tej historii najważniejsza.

To ją los capnął za kołnierz. To wyraźny przykład na to co dla autora jest najistotniejsze w opowiadaniu o zbrodni i przemocy. Nie są ważni sprawcy czy ofiary, dla niego liczy się efekt, wpływ, efekt jaki zbrodnia wywołuje.

Lapham jest niezłym rysownikiem, niezłym dla każdego wielbiciela realizmu, ale scenarzysta jest z niego dużo zdolniejszy (casus Bendisa się kłania). W Stray Bullets autor posłużył się dwoma fantastycznymi zabiegami narracyjnymi. Po pierwsze w całej serii przewija się postać Harrego, nie za bardzo wiadomo kim on jest, gangsterem? Handlarzem narkotyków? Póki co niewiadomo, bohaterowie spotykają jego „współpracowników”, rozmawiają o nim, ale jego samego nigdy nie spotykamy. Harry to symbol wszystkiego co złe, to jakieś cholerne fatum całej serii, ilekroć jego imię pojawi się chociażby w tle rozmowy, możemy być pewni, że już za chwile już za momencik stanie się coś bardzo, bardzo złego.

Po drugie Lapham rozrzucając swoje historie na przestrzenni kilku, kilkunastu lat, pozostawia wątki, bohaterów i ich los w pewnym niedopowiedzeniu. Pomiędzy opowieściami z tomu Innocence Of Nihilism a Somwhere Out West jest ponad rok różnicy ( rok w chronologii serii) to co wydarzyło się podczas tego czasu możemy zrekonstruować, opowiedzieć sobie sami czytając uważnie, wsłuchując się w głosy bohaterów. Dla mnie zabieg absolutnie fantastytczny.

Stray Bullets nie są skończoną, zamkniętą serią. Do tej pory ukazały się dwa tomy edycji tzw. „definitywnej” tom trzeci czeka na publikację, dla poznania świata Zabłąkanych kul tom pierwszy wystarczy w zupełności.

Być może ktoś z polskich wydawców wpadnie na pomysł sprowadzenia komiksów Laphama do Polski...

Kto wie.