poniedziałek, 25 lutego 2008

Jak KoLeC z Konewką – Rork, czyli sowy nie są tym, czym się wydają

KLC: Po długim oczekiwaniu mamy nareszcie w rękach ostatni album z serii o Rorku. I co? Euforia czy rozczarowanie? Warto było tyle czasu przebierać niecierpliwie nogami, aż ktoś to w Polsce wyda?

KK: Kto przebierał nogami, ten przebierał... Ale zacznijmy może od początku: „Rork” obrósł u nas kultem, głównie za sprawą dwóch pierwszych części opublikowanych przez „Komiks Fantastykę”. A dlaczego? Ano, dlatego, że to dobre, stare SF w czystej postaci. Jest historia, jest tajemnica, jest fabularne mięso... Czytelnik wkręca się w zagadkę, której rozwiązania nawet nie oczekuje. Liczy się klimat. I był on we „Fragmentach”, „Przejściach”... Potem wszystko się niestety posypało... Dla mnie twórca komiksowy musi opowiadać jakąś historię, Andreas zaś traktuje scenariusz głównie jako pretekst do fajnej grafiki.

KLC: Widzisz, ja się do "Rorka" przekonałem dopiero przy "Przejściach". „Fragmenty” były dla mnie takie... zbyt fragmentaryczne właśnie. Zupełnie jak pierwsze odcinki "Funky'ego Kovala" – każdy podążał w inną stronę. A potem autor postanowił, ze zszyje te wszystkie opowiastki w jedną całość, no i niestety te szwy momentami widać. I to bardzo. Andreas to dla mnie znakomity rysownik, ale scenarzysta, niestety, bardzo przeciętny. Widać to w "Rorku", widać to w "Cromwellu Stone" i w "Koziorożcu" również. W tych komiksach jest fajny, interesujący, na wpół oniryczny klimat, ale sensu niestety nie ma za grosz.

KK: Co do tego obydwaj się zgadzamy, choć – jak mówię – mnie kolejne części coraz bardziej nudziły. I tym trudniej mi pojąć, czemu ludzie tak się tym „Rorkiem” ekscytują. Lista fanów Andreasa jest dłuższa, niż lista śmiertelnych wrogów Timofa, a to naprawdę niezły wynik... Pytam: co ludzi tak pociąga w tym komiksie? Bo przecież nie fabuła. Tam zresztą żadnej fabuły nie ma...

KLC: No, przecież mówię: rysunki przede wszystkim. Pod tym względem mało kto się z Andreasem może równać. Popatrz na niektóre obrazki: można długo siedzieć przy nich z lupą i odkrywać tysiąc nowych szczegółów. Sam się zdziwiłem, kiedy w „Cromwellu Stone” na jednym z rysunków znalazłem leżący wśród opasłych tomów egzemplarz „Watchmen”.

KK: Doceniam kunszt Andreasa, ale na razie mnie nie przekonałeś. Pamiętam, że kiedyś rozmawialiśmy o „Kingdom Come” i malarstwo Rossa też mnie nie rzuciło na kolana. Jakbym chciał pobawić się w szukanie czegoś z lupą wśród tysiąca szczegółów, to bym sobie wziął obrazki z cyklu „Wytęż wzrok”...

KLC: Oprócz tego w "Rorku" jest charakterystyczna atmosfera niedopowiedzenia, która sprawia, że czytelnik gotów jest uwierzyć, iż w tych komiksach jest Coś Więcej. Jakąś głębia, której niewprawne oko nie jest w stanie dostrzec. Jesteśmy świadkami jakiegoś fragmentu większej historii. Nikt nam niczego do końca nie wyjaśnia, skazani jesteśmy tylko na domysły i interpretacje. Sporo rzeczy musimy przyjąć po prostu na wiarę. Być może to ten urok nierozwiązanej zagadki tak przyciąga czytelników?

KK: Gigantyczna bzdura. Jaki urok, jaka zagadka? Kręcimy się wokół „Rorka” i Andreasa na paluszkach, w Internecie co i rusz ktoś pieje z zachwytu, popuszcza z nerwów w spodnie, ceny „Cromwella Stone’a” na Allegro są... jakie są. I to wszystko dlatego, że autor fajnie rysuje? I nic poza tym? Daj spokój, mówimy o komiksie, a nie o zbiorze obrazków!

KLC: Wbrew pozorom jest całkiem sporo czytelników, którym do szczęścia wystarczy tylko to, że autor fajnie rysuje. Nie każdy jest takim malkontentem, jak Konwerski, który oprócz niezłej grafiki chciałby jeszcze dostać fajny scenariusz.

KK: Nie jestem statystycznym polskim czytelnikiem i nie jestem malkontentem. Po prostu dla mnie komiks to nie tylko obrazki. Komiks to opowieść, kurde mol, a w „Rorku” jej nie widzę! Jest zgrabne połączenie motywów, które się ze sobą łączą, przenikają, ale to jedynie zabieg formalny. Z tego, że w albumie 3 na stronie 39 pojawia się postać, którą później zobaczymy w albumie 7 na stronie 52, nic tak naprawdę nie wynika.

KLC: No dobra, spójrzmy na to od innej strony. "Rork", jak sam już wspomniałeś, to jeden z tytułów wylansowanych jeszcze przez stary "Komiks-Fantastykę", kiedy to panowało u nas przekonanie, że komiks amerykański jest be, a europejski cacy. Bo za Oceanem to tylko jakieś tandetne zeszyciki z superbohaterami, a na Starym Kontynencie proszę bardzo: albumy w twardych okładkach, z finezyjną grafiką, wodotryskami i Bóg wie jeszcze czym. Rzeczywistość oczywiście zweryfikowała te poglądy - zwłaszcza kiedy sporo z tych wynoszonych pod niebiosa tytułów ukazało się w Polsce i można było na własne oczy się przekonać, ze król jest nagi.

KK: I właśnie jednym z takich przykładów jest dla mnie „Rork”. Komiks-wydmuszka: z wierzchu efektowny i kolorowy, ale treściowo kompletnie pusty. Straszne rozczarowanie – tym większe, że dwa pierwsze albumy naprawdę nie są złe. Nie wiem, co przyszło do głowy Andreasowi, by rozbudowywać tę historię. Mógł pozostać przy krótkich odcinkach i byłoby fajnie. Do „Przejść” i „Fragmentów” pewnie nieraz zajrzę, ale na resztę nie mam już ochoty.

KLC: A ja z dwojga złego wolę te dłuższe historie – oczywiście nie wszystkie, bo „Zejścia” nie jestem w stanie strawić do tej pory, ale na przykład „Gwiezdne światło” czyta się całkiem sympatycznie. Te nowelki z dwóch pierwszych tomów są dla mnie zbyt skrótowe, zbyt absurdalne. Jacyś podwodni kosmici w latającej kulce, zabójcza maszyna do pisania, jaskinia z polem grawitacyjnym... Zawsze się też zastanawiałem, po cholerę Adam Neels w finale „Przejść” wysadza statek Pharassa. Jak oni z tego błękitnego międzyświata wrócili z powrotem do siebie, skoro pozbawił ich jedynego środka komunikacji? Nieważne, doszukiwanie się sensu w "Rorku"... nie ma sensu.

KK: Tu chyba się z Tobą zgodzę. Dość już mam bredzenia o tym, jaki to znakomity i wyrafinowany komiks. Całe przesłanie „Rorka” sprowadza się do sentencji znanej z "Miasteczka Twin Peaks": "Sowy nie są tym, czym się wydają". Tylko czy trzeba było o tym rysować aż siedem albumów? Jakoś mi się nie wydaje.