czwartek, 7 lutego 2008

Dość tej maskarady Bilal!

I koniec.

Koniec z Tetra-heksa-mega- giga trylogią Bilala.

Było minęło.

Bilal skończył swoją historie.

Ja skończyłem czytać Czwórkę?.

I definitywnie skończyłem z Bilalem.

Fanem Enkiego nigdy nie byłem, trylogii Bilala, kobiet pułapek, targów nieśmiertelnych czy innych egipskich bogów z kosmosu. Bo za każdym razem kiedy brałem jego komiks do rąk, otwierałem go, zaczynałem czytać… kończyłem i w bani czyli w głowie wyświetlały mi się seryjnie napisy: Ale o co chodzi? No ładne obrazki, super fajnie tylko co z tego? Gdzie jest historia? I po kolejne komiksy Bilala sięgałem przyznaje z czystego komiksowego snobizmu bo nie wypada nie mieć, sprawdzić, przeczytać.

I przyszedł czas na Sen potwora

W mojej prywatnej top liście ten komiks stoi cholernie wysoko, ale jako samodzielne skończone dzieło, do którego nie należy dostawiać jakichkolwiek części drugich i trzecich i nie daj boże czwartych. To fenomenalna historia, Nike Hatzfeld, obdarzony genialną pamięcią poszukuje swojego prywatnego raju utraconego, cofając się we wspomnieniach do pierwszej minuty, pierwszego dnia swoich narodzin. Do szpitala w ogarniętym szaleństwem wojny Sarajewie. To opowieść o pamięci, w absolutnie każdym jej aspekcie, indywidualnym i zbiorowym. Potrzebie pamięci jako warunku sine qua non istnienia narodu, zbiorowości bo bez niej jesteśmy skazani na rozpad – jak trójka głównych bohaterów. Nike, Amir i Leyla żyją w świecie, który już nie pamięta, ani wojny w Jugosławii, ani tragedii Sarajewa, ba! nie pamięta nawet o Jugosławii jako takiej. Ten brak pamięci, to „nie pamiętanie” urywa wszelkie możliwe więzi między nimi. I Bilal oprócz fenomenalnego pomysłu fabularnego, świetnych bohaterów, wspaniałej grafiki dorzuca do pieca element, który spaja wszystko to w jedną genialną całość.

Narrację.

Równolegle zestawia aktualne wydarzenia z etapami sięgania głębiej i głębiej we wspomnienia Nicka do momentu, w którym te dwa tory czasowe przecinają się i biegną w przeciwnych kierunkach. Co najciekawsze to wszystko trzyma się kupy…

Do czasu aż w kalendarzu nie pojawił się 32 grudnia.

Ten album i jego następcy to kilkadziesiąt stron ciekawych obrazów bełkotliwie ze sobą połączonych, między nimi od czasu do czasu przemyka pojedyncza i płytka myśl, mająca sprawiać wrażenie sensu, celu i wartości.

To czym Bilal zachwycił w Śnie potwora w kolejnych tomach cyklu znika. Oto od 32 grudnia dostajemy komiks z narracją rozbitą na trzy osoby, z których absolutnie każda mówi, myśli, czuje, reaguje w ten sam cholerny sposób i trudno to wytłumaczyć jakimś specjalnym zgrywem czy zamysłem autora. W 32 grudnia są resztki resztek fabuły, takie scenariuszowe pomyje, z których powoli wyziera wielkie nic, którym ten cykl fabularnie jest. Mało tego Bilal łapie na łatwy, gęsty lep czytelnika tego mniej obrotnego, jak i tego co to analizuje, co to się zna, tego tzw speca. Łapie go na lep szybkiej interpretacji, bo komiks to sztuka, a w każdej „sztuce” jest autor, a autor zawsze chciał coś powiedzieć…

I Bilal mówi. Łączy zło i sztukę i zgrywa idiotę, który nic nie widział, niczego nie zna przed nim nie było niczego, a po nim choćby potop.

Czytałem rozsiane po sieci recenzje tego albumu, tego i następnego Spotkanie w Paryżu. W praktycznie każdym znalazłem ten cudny zachwyt nad kreacją Bilala, nad jego „nowym” podejściem, „nowym” spojrzeniem na sztukę, historię, wojnę tragedię itd. Itp.

Oszczędzę strzelania serią nazwisk bo po co? Sam lepszy nie jestem…

Taka małą dygresja – z biegiem czasu przeglądając recenzje nie tylko komiksowe szukam tych które przedstawiają dany twór w sposób zero - jedynkowy czyli podobało mi się nie podobało analiza tego co autor ma do powiedzenia średnio mnie kręci…

Wole naprawdę zamiast różnych, różniastych wywodów dowiedzieć się czy w komiksie są laski i czy mają fajne cycki, czy są potwory i jakie mają macki…

Ale kończąc bo i cykl się nam skończył, Spotkanie w Paryżu i Czwórka? To tak naprawdę jeden komiks podzielony na dwie części sztucznie rozwleczony co tylko podkreśla każdą niedoskonałość każdy brak i każdy babol strzelony przez Bilala. Oto po paru latach autor kompletnie zapomina o czym właściwie, nie tyle robi komiks, co CHCIAŁ zrobić. Zlepek obrazków można by śmiało pozamieniać miejscami podłożyć tekst z dokumentu z Animal Planet o życiu surikatki ot i mamy mniej więcej to samo… Na pytanie o czym są te dwie ostatnie części cyklu odpowiedzieć można prosto zwięźle i na temat.

Absolutnie o niczym.

Naprawdę nie potrafię sobie tego inaczej wytłumaczyć jak żądzą pieniądza i sławy..

Bo skoro Bilal chce po prostu malować obrazki to po co mu ta całą maskarada?