sobota, 12 stycznia 2008

Jak KoLeC z Konewką – „Pierwsza brygada: Warszawski pacjent”

Dawno temu w odległej galaktyce wspólnie niejakim Krzysztofem "Kolcem" Lipką - Chudzikiem, rozmawialiśmy sobie publicznie o komiksach w magazynie KZ.

I pomyślałem, że może warto by było do tego wrócić.

I wróciliśmy...



KK: Pogadajmy o jednym z najbardziej oklaskiwanych komiksów ostatnich tygodni. Z tego, co wiem, nie podzielasz powszechnego entuzjazmu na jego temat. Dla mnie „Pierwsza brygada” jest okej, ale bez orgiastycznych spazmów, że „komiks roku”, że siamto i owamto... Dobre – ale nie bardzo dobre.

KLC: Widzisz, ja na ten tytuł czekałem, jak na mało który. Bardzo podobały mi się „Nowe Przygody Stasia i Nel” publikowane w sieci, jak również pierwsze kilka stron „Warszawskiego pacjenta” wypuszczone w charakterze zajawki. Spodziewałem się zwartej, ciekawej opowieści, łączącej erudycję z rozrywką. A dostałem... coś mocno poniżej oczekiwań. Pora się zastanowić, co poszło nie tak?

KK: No właśnie, co poszło nie tak według Ciebie? Mówisz o zwartej, ciekawej opowieści.
„Pierwsza brygada” to dopiero początek, o zwartości na razie trudno mówić... Mamy za sobą dopiero pierwszy album.

KLC: Trafiłeś w samo sedno, używając słowa „początek”. Bo „Warszawski pacjent” to właśnie jeden wielki wstęp do prologu uwertury. Przez 44 strony akcja zawiązuje się, zawiązuje i nie potrafi się zawiązać. Bohaterowie coś mówią, coś robią, ktoś do nich strzela, ale nie układa się to w żadną przekonującą całość. W dodatku album kończy się w połowie sceny, jakby nagle twórcy doszli do wniosku: „Dobra, miejsca nam już brakuje”. Doceniam efektowne kadry, zwłaszcza ten na całą rozkładówkę, ale jeśli nie idzie z nimi w parze równie efektowna treść, to już nie jest dobrze. Po lekturze miałem wrażenie, jakbym przeczytał nie album komiksowy, ale cieniutki (zarówno w sensie objętości, jak i zawartości) zeszycik.

KK: No dobra, ale oczekiwałeś więcej od czterdziestu paru stron? To przecież przygodówka! Tutaj chodzi o zawiązanie akcji, przykucie czytelnika do fotela, żeby czekał na kolejny album z drżącymi kolanami...

KLC: Karol, a wyobraź sobie, że masz kogoś zachęcić do przeczytania „Warszawskiego pacjenta”. Czy potrafiłbyś opowiedzieć, O CZYM to właściwie jest?... Poza tym hasło „przygodówka” nie stanowi usprawiedliwienia. Przygodówki też trzeba umieć robić, by scenariusze trzymały się kupy i każdy odcinek miał przemyślaną kompozycję z odpowiednio wprowadzoną kulminacją i zakończeniem otwartym na dalszy ciąg. Tutaj tego nie ma. Akcja się rwie, wydarzenia biegną jedno po drugim bez większego ładu... i nagle koniec. Jakoś nie poczułem się przykuty do fotela. I nie kupuję wyjaśnień w rodzaju: „poczekaj na następny album”, bo to nie „Lód” Dukaja, gdzie autor sobie może pozwolić na swobodne wzloty ducha, tutaj trzeba zamknąć fabułę w przewidzianej objętości. A poza tym, kto nam zagwarantuje, że następna część w ogóle się ukaże? Widziałeś może kontynuację „Ursynowskiej Specgrupy od Rozwałki” albo nowego „Żbika”?

KK: Ja się z tobą zgadzam w wielu punktach, ale żeby móc powiedzieć: „Eee, panowie, toż to kupa jest”, muszę mieć coś więcej, niż tylko ten pierwszy album... Mnie martwi coś innego: mówisz, że spodziewałeś się erudycyjnej rozrywki... No i owszem, rozrywkę widzę, tylko tej erudycji mi brakuje. Bo co my mamy: Piłsudskiego? Plus Stasia, plus Wokulskiego? Fajno, ale to są postacie, o które najłatwiej i najprościej sięgnąć. To nie jest erudycja, to jest język polski z liceum plus forum WRAK-a, gdzie swego czasu przerzucano się pomysłami wykorzystania tych właśnie postaci. Dla mnie to o wiele za mało, jak na komiks roku. Ostatnio czytałem „Black Dossier” i tam poziom trudności był o wiele wyższy. Dopiero po tygodniu od lektury załapałem, kim są pewne dwie postacie z tego albumu. Dużo mnie to czasu i trudu kosztowało – i co tu dużo mówić, satysfakcji – jak w końcu wpadłem na to, nie używając ani fansite’ów „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów”, ani Wikipedii. Spodziewałem się po „Pierwszej brygadzie” czegoś podobnego, ale niestety...

KLC: Jest jeszcze Korczyński z „Nad Niemnem”... Ale problem polega na tym, że atrakcyjnych i rozpoznawalnych bohaterów, którzy pasowaliby do konwencji „Pierwszej brygady”, jest w polskiej literaturze jak na lekarstwo. Dlatego właśnie autorzy musieli posiłkować się postaciami historycznymi, czyli przede wszystkim Józefem Piłsudskim. I to jest, uważam, największa słabość tego komiksu. Bo w efekcie wychodzi taki ni pies, ni wydra – ani to steampunk z prawdziwego zdarzenia, ani historia alternatywna, ani zabawa wątkami literackimi w stylu Moore'a... Ja już pomijam taki drobiazg, że historia opowiadana jest od środka – „Warszawski pacjent” stanowi rozwinięcie wątków pokazanych w „Nowych przygodach Stasia i Nel”. Czytelnik, który nie zna tego internetowego komiksu i nie jest wprowadzony w konwencję, dostanie oczopląsu po pierwszych kilku stronach. Piłsudski i latające machiny? Staś z „W pustyni i w puszczy”? (a gdzie Nel???) Kali z dreadami? O co w tym wszystkim chodzi??? Brakuje mi przemyślanej koncepcji tego albumu - tym większa szkoda, że w internetowej wersji wszystko trzymało się jakoś kupy.

KK: Po pierwsze: jaki brak postaci literackich pasujących do konwencji? A czy Moore nie udowodnił w „Lidze...”, że właśnie w tym tkwi cały witz? Oprócz postaci absolutnie kanonicznych można wykorzystać te, które do kanonu nie należą. Przecież masz do wyboru cały pozytywizm plus Młodą Polskę. To mało? Tylko autorzy (mówię to, przeglądając wywiad w „Esensji”) mają to generalnie w trąbie... I chodzi im o coś innego, czyli komiks mainstreamowy, przygodowy. Co dla mnie jest lekką niekonsekwencją. Jeśli powiedziało się A, czyli „hej, chłopaki, zróbmy komiks a 'la ‘Liga Niezwykłych Dżentelmenów’, tylko w wersji polskiej”, to powinno być i B, czyli dopracowanie tego. A co do rozpoczynania historii od środka, to trudno to nazwać błędem... Widziałeś Ty kiedy „Gwiezdne wojny”?

KLC: No dobrze, tylko kogo z tego pozytywizmu i Młodej Polski można wrzucić do komiksu przygodowego? Anielkę? Janka Muzykanta? A może Chochoła z „Wesela”? Kogoś na kształt mitycznego superherosa mamy w „Nietocie” Micińskiego, może w tę stronę warto by pójść?... A co do rozpoczynania historii od środka, to Ty mnie tu nie wal po oczach „Gwiezdnymi wojnami”, bo dobrze wiesz, o co mi chodzi. Ale żeby zachować analogię, to powiem tak. Publikować „Warszawskiego pacjenta” bez „Nowych przygód Stasia i Nel” to tak, jakby wypuścić na ekrany „Imperium kontratakuje” bez „Nowej nadziei”.

KK: Wiesz co, autorzy twierdzą, że to komiks nie dla erudytów, tylko coś „just for fun”. Ja tam nie będę mówił, w którą stronę ma iść autor, bez przesady. Mam w rękach komiks i o nim mówimy. To, że jest to mało spójna historia, to fakt, ale na razie to tylko część pierwsza... Choć z drugiej strony dość już mam dobrze rokujących części pierwszych... Ja nie do końca rozumiem to wielkie halo, które ma miejsce wokół „Pierwszej brygady”. Nie mogę jakoś dojść do ładu z tym grupowym spuszczaniem się na ten komiks. Z Piłsudskim czy bez, „Warszawski pacjent” to na razie świetny... trailer, zapakowany nie wiedzieć czemu w twardą oprawę.

KLC: Chyba znowu trafiłeś w samo centro. Czytając „Warszawskiego pacjenta”, odniosłem wrażenie, że to bardziej zapowiedź, zajawka, szkic, niż samodzielne, samowystarczalne dzieło. Być może pocięcie na odcinki zaszkodziło tej historii - bo autorzy chyba zaplanowali sobie całkiem sporą sagę, która rozwija się powoli i wszystkich wątków nie da się upchnąć w pierwszym albumie - ale w takim razie lepiej może byłoby zdecydować się na zrobienie grubaśnej graficznej powieści i machnąć wszystko w jednym tomie?... Nieważne, gdybać sobie możemy jeszcze długo i bezproduktywnie. Co mnie natomiast uderza, to - jak sam zauważyłeś - owo wielkie halo wokół tego komiksu. To bardzo podobna sytuacja do tej z innego podwórka: kiedy na ekrany wchodzi jakiś polski paw w rodzaju „Świadka koronnego” czy innej pseudoromantycznej komedii, przed kinami od razu ustawiają się kolejki. Okazuje się, że wbrew ponurym wizjom zglobalizowanego McŚwiata ludzie chcą oglądać i czytać nie tylko Hollywood i superbohaterów, ale przede wszystkim coś swojskiego, co jest jednocześnie atrakcyjne i łatwe w odbiorze. Dlatego jeśli na ekranach pojawia się polski film odstający od formuły „nieudacznik użala się nad swoim zmarnowanym życiem” albo w księgarniach ukaże się komiks inny, niż „czarno-białe bazgrołki udające alternatywę”, to wszyscy od razu się nad tym spuszczają, bo wydaje się to faktycznie o niebo lepsze od standardu. Tyle że nadal jest to podejście w stylu: „Jak na garbatego, to trzyma się całkiem prosto”.

KK: A ja mam nadal nadzieję, że to tylko niezbyt udany początek i dalej będzie lepiej. I że jeśli ukaże się druga część i następne, to będziemy mogli powiedzieć sobie, że „Pierwsza brygada” to jednak całkiem fajny komiks jest.

KLC: I tego nam obydwu życzę!