czwartek, 10 stycznia 2008

Karuzela staroci

Jest tak.

Mam jedno ucho, ale tabletek sześć.

I trochę otępiały intelektualnie się czuje, ot po prostu chory jestem.

Zatem dzisiaj coś starego.

Bo Przekrój ponoć polecajki na 2008 i poleca Berlin Lutesa.

A przecież to nie debiut tego autora w Polsce.

I podobno Karuzela głupców mimo dobrych recenzji z jakąś mega spazmatycznym odbiorem czytelników się nie spotkał.

A szkoda.

Jak mówiłem dzisiaj starocie.


„A komiksy to się czyta czy ogląda?” To pytanie, zadane przez pewną dziennikarkę pewnemu krytykowi komiksu, z pozoru idiotyczne, odzwierciedla problem, z którym nie radzą sobie tak dziennikarze, fani-czytelnicy jak i sami twórcy. Chodzi tutaj o dylemat: czy w komiksie dominować ma tekst czy rysunek? Czy scenariusz ma być impulsem (żeby nie powiedzieć pretekstem) do tworzenia świata w obrazach, czy to właśnie słowo ma dominującą rolę, a rysunek sprowadza się do jego ilustracji? Źródeł tego dylematu szukać należy w prostym fakcie, iż mimo posiadania własnych, niezależnych środków wyrazu, w świadomości odbiorcy komiks to niedookreślone medium siedzące okrakiem na płocie oddzielającym słowo pisane od obrazu, literaturę od filmu.

Trudno powiedzieć gdzie komiksom bliżej. Tak jak literatura czy film, komiks opowiada historie; smutne, wesołe, tragiczne, wciągające mądre, głupie. To, co wyróżnia komiks to sposób kreowania opowieści. Podobnie jak w filmie, obraz w komiksie służy wielu celom; najpierwszym z nich jest snucie opowieści, prócz tego obraz powinien tworzyć nastrój, uzupełniać tekst czy wreszcie służyć jedynie zabawom graficznym. Jednak obraz komiksowy od filmowego różni sposób w jaki poznaje go odbiorca. Mówiąc pokrótce: w komiksie to czytelnik jest reżyserem i montażystą w jednej osobie. A w każdym razie być powinien. Literackość komiksu jest rzeczą oczywistą, odrębność gatunkowa już mniej. Znowu lekko dotykając tematu: w komiksie nie ma miejsca na eksperymenty językowe, a'la Dorota Masłowska. Słowo nie tworzy świata przedstawionego, jest jedynie jednym z elementów jego prezentacji. Całe to komiksowe filozofowanie sprowadza się do prostego stwierdzenia: w komiksie „czyta się” zarówno dialogi w dymkach jak i obrazy zamknięte w kadrach. O ile wybaczyć można niezdawanie sobie z tego sprawy czytelnikowi czy dziennikarzom mniej lub bardziej obytym, o tyle brak tej świadomości u twórcy jest o tyle niewybaczalne co powszechne.

Jednym z niewielu twórców, którzy potrafią utrzymać w cuglach słowo i obraz jest Jason Lutes. Jakikolwiek tekst na jego temat to tak naprawdę przegląd jego twórczości. Lutes to autor kilku zaledwie komiksów, z czego jedynie dwa to pełnometrażowe albumy. Autor ten jest bez wątpienia najbardziej europejskim twórcą spośród całej rzeszy niezależnych komiksiarzy amerykańskich. W swoich komiksach łączy on grafikę w stylu tzw. "czystej linii" z językiem bliskim wielkim epikom takim jak Hemingway, Remarque czy Böll, do których jest często przez krytykę tak amerykańską jak i europejską porównywany. To co wydaje się oczywiste – że Lutes tworzy komiksy – dla wielu oczywiste nie było i nie jest w dalszym ciągu. Najlepiej świadczy o tym fakt, iż komiksy jego autorstwa w Stanach określane i sprzedawane są pod szyldem "powieści w obrazach".

O czym pisze/rysuje Lutes?

O ludziach. Przede wszystkim o ludziach. Ich wzajemnych relacjach, uczuciach i emocjach które nimi/nami kierują. Jego debiut Karuzela głupców to opowieść o grupie postaci, których nazwać możemy zgodnie z dzisiejsza modą, wykluczonymi społecznie. Erwin, zapijaczony iluzjonista nie potrafiący poradzić sobie z samobójstwem brata, jego mentor i nauczyciel chory na alzheimera, ojciec i córka w wiecznej podróży donikąd, utrzymujący się z drobnych oszustw i kradzieży. Dodajmy do tego byłą dziewczynę magika-alkoholika, ot i mamy zestaw bohaterów wyrzuconych poza nawias tego co określamy jako normalność. Historia, którą prezentuje Lutes to słodko-gorzka mieszanka. Przeplata się tutaj dowcip z tragedią, smutek z radością. Spaja on przypadkowe postaci w jeden organizm, który stara się przeciwstawić wyobcowaniu i samotności, rozumianej szerzej niż związek między kobietą a mężczyzną. Przypadkowo spleceni ludzie uwalniają prawdziwą magię. Inną niż zwykła zręczność którą popisuje się Erwin. Ta magia powstaje w kontakcie z drugim człowiekiem, to troska o drugiego człowieka. Wszystko inne przy niej pozostaje zwykłą iluzją.

Berlin: City of Stones, kolejny jego komiks, to prawdziwa epopeja prezentująca Niemcy lat dwudziestych rozerwane pomiędzy socjalizmem a rodzącym się nazizmem. Jak w swoim debiucie, tak i tutaj Lutes skupia się na człowieku. Historyczny sztafaż jest przede wszystkim metaforą wiecznie zmieniającego się świata, w którym jednostka ma znaczenie dopiero wtedy gdy jest częścią większego organizmu. Tak jak u Remarque’a indywidualizm jest skazany na porażkę. Młoda studentka berlińskiej Akademii Sztuk Pięknych, lewicujący dziennikarz, samotna matka z trójką dzieci, to postaci próbujące odnaleźć swoje miejsce w tym opanowanym przez różne "izmy" świecie. Do tej pory ukazał się jeden z trzech albumów planowanych przez autora, trudno więc wyrokować o czym mówić będzie Lutes w kolejnych odcinakach. Podobnie jak w Karuzeli głupców autor ten skupia się na problemie braku kontaktu między ludźmi na potrzebie bliskości i, co tu dużo mówić, miłości, która pozostaje najwyższą wartością tak dzisiaj jak i w czasach Republiki Weimarskiej.

Problemy z definicją komiksu i wzajemnych relacji słowa i obrazu znikają w przypadku tworów Lutes'a. Nawiązując do wielkiej literatury, bo trudno nie doszukać się podobieństw jego fabuł do powieści Reamrque'a czy Heinricha Bölla, jego historie pozostają w pełni komiksowe. Grafika w jego pracach tworzy grunt dla opowieści. Prezentuje świat, a raczej wizualizuje go. Tekst z kolei to wypełnienie pustych zdawałoby się obrazów. Te dwa elementy w jego pracach mają równorzędną pozycję. Żaden z nich nie wychodzi przed szereg, żaden nie dominuje. Jak w soczewce skupia on na planszy rysunek i tekst w jednym, jedynym celu: opowiadaniu historii.


Tyle staroci.
O The Fall psiałem tutaj.
a tu jedna z recenzji Karuzeli autorstwa mykapyka