niedziela, 29 czerwca 2008

Nagrody Eisnera cz. III - mały brzydki komiks i jego piękny pusty brat

Dzisiaj dwie kategorie:

Best Publication for Teens

Best Reality-Based Work

I dwa komiksy:

Laika - Nicka Abadzisa

White Rapids - Pascala Blanchet

Przy okazji dyskusji o Na szybko spisane Śledzia dotarło do mnie, że wspomnienia to śliska sprawa… Do niedawna wydawało mi się, że to co pamiętam ze swojego dzieciństwa to rzeczy oczywiste i w dużym stopniu wspólne, tak pokoleniowo wspólne. Tylko to pokolenie jest dość szczególne, a widać to świetnie na przykładzie Łajki. Kiedy w 86 roku trafiłem do osiedlowej podstawówki jedną z pierwszych rzeczy, których kazano mi się wyuczyć na pamięci był durny wierszyk o bohaterskim psie w kosmosie. I teraz jajo, kiedy spytałem Agnieszkę o Łajkę i o wierszyk i w ogóle, okazało się że oczywiście zna historie (mniej więcej) psa w kosmosie. Ale wierszyki? Nauka w szkole? No właśnie, a dzielą nas tylko dwa lata różnicy. Dla mnie historia tego psa ma tez pewien sentymentalny wydźwięk, od znaczków z Łajką w Sputniku II zaczęła się moja kolekcja znaczków- pamięta ktoś w ogóle, że dziesięciolatkowie kiedyś nie mieli konsol, komputerów, netu? (tak wiem, że brzmi to jak dąsy starego pierdoły)

Nick Abadzis podszedł do tej historii bardzo rzetelnie, w kwestii faktów trzyma się zapisów archiwalnych, trochę nudzi i jest językowo sztywny, momentami infantylny, ale należy pamiętać że ten komiks adresowany jest do młodszych nastolatków. Łajka, a dokładnie Kudriawka (Kędziorek) była bezdomnym kundlem wystrzelonym na orbitę okołoziemską 3 listopada 1957 roku na pokładzie Sputnika II. Oficjalnym celem tej „naukowej’ operacji było zdobycie informacji potrzebnych do wysłania na orbitę człowieka. Wartość naukowa tej akcji była żadna, jak przyznali po latach Rosjanie. Propaganda radziecka podawała, że łajka została uśpiona po 10 dniach lotu. Prawda oczywiście była inna, psisko zdychało w męczarniach przez kilka godzin, w pierwszej fazie lotu. I to wszystko w tym komiksie jest. Bezsens, propaganda, okrucieństwo i bezwzględność radzieckiego państwa totalnego.


Tam, gdzie Abadzis fabularyzuje czyt. zmyśla wypada gorzej. Opowieści o przygodach Łajki na ulicach Moskwy to najsłabszy fabularnie moment komiksu, ckliwy i cukierkowy. Należy jak mówiłem pamiętać o tym do kogo jest ten komiks adresowany. Bo ta ckliwość i cukierkowość maja swój cel. Autor Łajki opowiada przecież o tym czym był ZSRR i opowiada o tym młodszemu czytelnikowi młodemu, dla którego śmierć i cierpienie milionów ludzi będzie, zgodnie ze słowami Stalina, jedynie statystyką. A historia drobnej psiny, która umiera w cierpieniach tysiące kilometrów nad ziemią na życzenie wodza, będzie dramatem i to z gatunku tych wielkich.

To, do czego przyczepić się można i moim zdaniem trzeba, to forma graficzna tego albumu. Fakt, iż Abadzis celuje w czytelnika małoletniego nie usprawiedliwia ordynarnej i obiektywnej brzydoty jego rysunków. Przerażająco brzydki ten komiks jest, takie połączenie czystej linii z nieudolnym realizmem. Makabra.


Rzutem na taśmę przechodzimy do White Rapids, konkurenta Łajki w kategorii Reality-Based Work. Ten album to klasyczna druga strona medalu. Historia o mieście White Rapids powołanym do życia w 1928 do obsługi elektrowni wodnej i to… tyle. Opowieści tam praktycznie żadnej nie ma, ani to zabawne ani smutne ani tak naprawdę ciekawe.

Zresztą Blanchet moim zdaniem miał problem z tą historią, jak tu złożyć album 150 stronnicowy z fabuły która zmieścić można na stronach 15? Pascal Blanche poszedł na łatwiznę, zrezygnował z klasycznego podziału strony na kadry i cóż… strzelał jeden lub dwa kadry na całą stronę i uciułał te 156 strony.


Moje kręcenie nosem pewnie byłyby większe gdyby nie to że grafika autora White Rapids jest absolutnie fantastyczna. To mix Art Deco i prasowej ilustracji lat pięćdziesiątych, coś niesamowitego.

Jednym słowem White Rapids, komiks Pascala Blancheta odpada absolutnie, natomiast White Rapids, fabularyzowany art book Pascala Blancheta to rzecz zdecydowanie warta polecenia.

Ani Łajka ani tym bardziej White Rapids nie są drugim Louisem Rielem, a innych komiksów w tej kategorii nie czytałem, zatem zamykam się i niczego w kwestii nagrody Eisnera nie obstawiam.

Powyższa notkę sponsoruje Łukasz B z motywu drogi.

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Nagrody Eisnera cz. II - ptaki, nazisci i romantyczni norwedzy


Jason nie jest mistrzem komiksu.

W rozumieniu egmontowskiej super duper serii.

Generalnie, jakby się zastanowić, Jason nie jest mistrzem w rozumieniu mojego prywatnego the best of.

To autor z pobocza.

Ba! Z pobocza niezależności, czyli dla polskiego czytelnika Jason to autor upadły, czyż nie można upaść niżej niż w niszę w niszy?

Gdyby tak chciał rysować upadłe anioły z promieniami z dupy...

Dobra.

Pomijając pseudo ironiczne pieprzenie, Jason, a konkretnie John Arne Sæterøy to jeden z najbardziej konsekwentnych, odpornych na mody, cholernie charakterystycznych twórców komiksu. Jason na tle niezależnej sceny komiksowej świeci się jak przysłowiowe psu jajca.

I ta konsekwencja i ta charakterystyczność to te elementy, które mogą skutecznie od jego komiksów odstraszyć. Albumy Jasona zaludniły człekokształtne ptaki i inne antropomorfy, te same postaci na pierwszy rzut oka zabawne, rysowane z cartoonowym zacięciem występują w fabułach totalnie różnych, dowcipnych, poważnych, melancholijnych i cholernie śmiesznych. Można poczuć się lekko skonfundowanym.

Ta konfuzja wzrasta w momencie, w którym po raz kolejny komiks tego Norwega zaskakuje publikę w USA w wystarczającym stopniu żeby zgarnąć nominację do Eisnera.

I Killed Adolf Hitler.

Mocny tytuł.

A historia jeszcze mocniejsza. Jason opowiada o świecie, w którym zabójstwo na zlecenie jest najnormalniejszą z usług. W tym świecie równie łatwo zamówić strzał w potylice dla byłej dziewczyny, co pizze na grubym cieście z czterem dodatkami. I cóż, nasze ptakostwory jedzą, spacerują rozmawiają ze sobą, kochają się, a w przerwach strzelają do siebie. Rozkoszny cartoonowy świat prawda? W każdym razie główny bohater, jeden z usługodawców – morderców dostaje dziwne zlecenie – cofnąć się w czasie i zastrzelić Hitlera, aby świat stał się lepszy, a ludzie żyli dostatniej. Spoilerując odrobinę, podróż w czasie się udaje, Hitler nie umiera, przenosi się w przyszłość, ginie co prawda, ale w tłumie przechodniów. W każdym razie Adolf znika z kart historii, ale świat wcale lepszym się nie staje…

Jason sobie moralizuje, nie jest to może zbyt wyszukane moralizatorstwo ale zupełnie złe też nie jest. Na Eisnera to chyba za mało. Ale to nie wszystko, bo Jason wykonuje podwójne fabularne salto i z komiksowego naprawiacza świata zmienia się w romantyka opisującego miłość, która potrafi zmienić wszystko.

I to fajne jest.

I wzrusza.

I dobrze się czyta.

A czy Eisnera dostanie?

Zobaczymy