poniedziałek, 31 marca 2008

fak dad szit ! Chicanos Czikita!

Nie daje już nikomu szansy.

Nikomu w sensie żadnemu wydawcy.

Szansy w sensie „wydamy pierwszy tom serii ty kup a my zobaczymy czy wydamy resztę”.

Nie daje szansy, bo dość mam niedokończonych serii, jak spojrzę na półkę i widzę dwa koronne przykłady Lupusa i cholerną Kryształową Szpadę vel Diamentowy Kindżał vel Rapier z Ebonitu, czy jak to tam może się jeszcze nazywać to autentycznie trafia mnie szlag.

I pojawił się nowy wydawca Sutoris.

I nowe komiksy, na które miałem ochotę.

I nie kupiłem czekając na całość.
Teraz nabyłem i jestem więcej niż zadowolony.

Cztery tomy fenomenalnej jazdy kryminalnej z dużą dawką ironii, dowcipu i czysto rozrywkowego podejścia do komiksu. Czego chcieć więcej? Nic do łba mi nie przychodzi bo Chicanos to kawał świetnej komiksowej roboty.

Trillo i Risso nieźle się bawili pisząc/rysując tą serię, a ten klimat udziela się czytelnikowi. Spędziłem przyjemny weekend czytając o przygodach Alejandriny Jolandy Jalisco, brzydkiej, średnio rozgarniętej pani detektyw. Nie mam zamiaru tłuc w klawisz bez sensu opisując co autor chciał powiedzieć „prezentując niziny społeczne Wielkiego Jabłka” czy też o tym jak bardzo kreska Risso jest „cartoonowa”, bo od tego są inni…

Klimat tego komiksu jakoś dziwnie skojarzył mi się z serią Valerie Wilson Wesley „Tamara Hayle na tropie”, której dwa tomy wydała oficyna Noir sur Blanc. Tam też główną bohaterką jest kobieta, też detektyw, też „kolorowa”. Przy lekturze obydwu serii bawiłem się tak samo dobrze.

Konkludując: Chicanos wart jest mszy. Bo za niedużo dostaniemy całkiem sporo, a to nie zdarza się w komiksach często.

I jeszcze na koniec.

Chicanos to komiksowa rozrywka, taki komiks środka, masowy, coś jak xmeni tylko lepiej.

Jakoś tak się u nas porobiło, że to co mainstremowe, popularne, rozrywkowe słabo się sprzedaje i kasy z tego dla wydawcy raczej nie ma.

Tęgie głowy użytkowników Alei Komiksu nie raz i nie dwa dyskutowali o tej sprawie, nie raz i nie dwa pokazując że winnymi są kolejno: wydawcy, czytelnicy, polscy autorzy.

A ja mam wrażenie że chyba czuje o co w tym wszystkim chodzi…

Nie wiem a czuje, ot kobieca intuicja mi się wykształciła po lekturze Chicanos.

Komiksowe rzeczy masowe są produktami dla fanów tylko i wyłącznie bo jakby się nad tym zastanowić to przy obecnej ofercie kulturalno – rozrywkowej dlaczego przeciętny polak który ma ograniczony budżet ma decydować się na komiks rozrywkowy, oferujący chwile dobrej zabawy, kiedy ta rozrywkę dostać może w kinie, tivi, książce, grze, często lepiej i do tego być może taniej.

Z kolei komiksowa „górna półka” najczęściej opatrzona jest etykietką „musiszmieć” a jak musisz to prędzej czy później masz… Dlatego Batman zalega w księgarniach a Blankets czy Berlin wyprzedają się w miesiąc.

I biadolenie kolejnego forumowego trola niewiele tu zmieni.

czwartek, 27 marca 2008

Zabłąkane kule

Podobno jeżeli czegoś nie ma w googlach to, to coś nie istnieje. W przypadku Stray Bullets Davida Laphama w „polskich” googlach faktycznie nic nie ma. Albo źle szukałem. Oferty sklepów komiksowych i empiku nie liczę. Aż dziw bierze że nazwisko autora wymienianego jednym tchem obok Bendisa i Brubakera nigdy jakoś w Polsce nie wypłynęło...

Najwyższy czas żeby coś się w końcu pojawiło.

Seria Laphama to rzecz zdecydowanie uwagi warta. Autor dwukrotnie zdobył Eisnera, jego komiksy znajdziecie w każdym zestawieniu „the best crime comics ever”, a jak nie znajdziecie to znaczy że zestawienie jest do bani. Ale przede wszystkim, Lapham stworzył zupełnie nowy „podgatunek” w kategorii kryminału noir. Stray Bullets operując klasycznymi gadżetami z pod znaku noir, wyprowadzają zbrodnie z ciemnych i brudnych ulic wielkiego miasta, na urocze, pełne słońca zieleni i rodzinnego klimatu przedmieścia.

W dodatku przenoszą nas w czasie do początku lat 70.

Otwierając pierwszy tom tej serii czytelnik ma wrażenie, że oto dostaje w łapy zestaw krótkich historii bez głównego bohatera, ot taka antologia króciaków jakich wiele w dodatku niezależna do bólu bo wydawcą komiksu jest sam autor...

Prawdziwa jazda i przyjemność w czytaniu zaczyna się wtedy gdy dostrzegać zaczynamy że wszystkie te krótkie opowiastki łączą się ze sobą w jedną całość, tworząc jeden, spójny i cholernie nieprzyjemny świat. Bo każda z nich zbudowana jest wedle zasady mówiącej, że prawdziwy happy end jest wtedy gdy giną wszyscy, a nie tylko pozytywni bohaterowie.

Co ciekawe Lapham nie zatrzymuje się tylko i wyłącznie na kryminale, idzie krok dalej. Wspólnym mianownikiem dla jego opowieści jest zło i przemoc jako takie, bardzo szeroko rozumiane. Jego bohaterowie od pierwszej strony, od pierwszego kadru są przegrani w jakiś sposób. Dosięga ich coś złego, czającego się za rogiem i niekoniecznie musi to być oprych z bronią gotową do strzału.

O historiach Laphama trudno pisać nie odnosząc się do konkretu, przykładu fabuły. To, co w nich najlepsze to pewien szczególny dla jego scenariuszy twist, igrający z oczekiwaniami czytelnika. Ot historia, dwóch gości stoi na rogu ulicy czekając na kogoś, ten ktoś się pojawia rozmawiają we trójkę po chwili jeden z nich wyciąga nóż i zabija dwóch pozostałych. Koniec historii? Nie u Laphama. Jakieś porachunki między przestępcami na ulicy, ktoś ginie, nic wielkiego. Ważne jest to kto całe zajście zobaczył - 10 letnia dziewczynka która przyjechała do kina zobaczyć po raz kolejny Gwiezdne Wojny. I to ona jest w tej historii najważniejsza.

To ją los capnął za kołnierz. To wyraźny przykład na to co dla autora jest najistotniejsze w opowiadaniu o zbrodni i przemocy. Nie są ważni sprawcy czy ofiary, dla niego liczy się efekt, wpływ, efekt jaki zbrodnia wywołuje.

Lapham jest niezłym rysownikiem, niezłym dla każdego wielbiciela realizmu, ale scenarzysta jest z niego dużo zdolniejszy (casus Bendisa się kłania). W Stray Bullets autor posłużył się dwoma fantastycznymi zabiegami narracyjnymi. Po pierwsze w całej serii przewija się postać Harrego, nie za bardzo wiadomo kim on jest, gangsterem? Handlarzem narkotyków? Póki co niewiadomo, bohaterowie spotykają jego „współpracowników”, rozmawiają o nim, ale jego samego nigdy nie spotykamy. Harry to symbol wszystkiego co złe, to jakieś cholerne fatum całej serii, ilekroć jego imię pojawi się chociażby w tle rozmowy, możemy być pewni, że już za chwile już za momencik stanie się coś bardzo, bardzo złego.

Po drugie Lapham rozrzucając swoje historie na przestrzenni kilku, kilkunastu lat, pozostawia wątki, bohaterów i ich los w pewnym niedopowiedzeniu. Pomiędzy opowieściami z tomu Innocence Of Nihilism a Somwhere Out West jest ponad rok różnicy ( rok w chronologii serii) to co wydarzyło się podczas tego czasu możemy zrekonstruować, opowiedzieć sobie sami czytając uważnie, wsłuchując się w głosy bohaterów. Dla mnie zabieg absolutnie fantastytczny.

Stray Bullets nie są skończoną, zamkniętą serią. Do tej pory ukazały się dwa tomy edycji tzw. „definitywnej” tom trzeci czeka na publikację, dla poznania świata Zabłąkanych kul tom pierwszy wystarczy w zupełności.

Być może ktoś z polskich wydawców wpadnie na pomysł sprowadzenia komiksów Laphama do Polski...

Kto wie.

środa, 5 marca 2008

Miażdży cyce- Nightly News

Nie pisałem.

Bo czytam.

A nie potrafię obu tych czynności wykonywać symultanicznie.

Do tego oglądam.

I co pięć minut wyskakuje z fotela/łóżka/wanny z okrzykiem:

O ja jebe!

Bo:

Świat jest pełen rzeczy świetnych.

Świetnie.

Ale pośród tych rzeczy świetnych, są takie które są mniej świetne.

Ale coś w nich jest.

Coś, co z jakiegoś powodu…

Wbrew wszystkiemu…

Miażdży cyce.

I o takim czymś, z takim czymś w środku będzie dzisiaj.

Rys historyczny:

W 1996 odbyła się olimpiada, nie wiedzieć czemu w Atlancie. Podczas olimpiady radość z walki fair play, parady z flagą, hymnu, złotych krążków i obrzydliwej maskotki zakłóciły, nie popisy dietetyków wciskających w sportowców kilogramy sterydów, ale ataki bombowe. Zginęła jedna osoba, a 111 zostało rannych. Zginęło by wielu więcej, gdyby nie ochroniarz, który w porę bombę zauważył i zawiadomił policje. Tym ochraniarzem był Richard Jewell.

I zgadnijcie co?

Jewell stał się bohaterem?

Tak, na jeden dzień. Bo już dwa dni później po zamachu, media okrzyknęły go nowym una-bomberem, zbrodniarzem, faszystą i zabójcą matki Teresy.

Poważnie.

Tyle historii teraz komiks:

The Nightly News, Jonathana Hickmana to mini seria opowiadająca o tym co by było, gdyby media zachowały się podobnie wobec kogoś, kto w takiej sytuacji nie wytaczałby procesów, ale krzyknąłby : I'm mad as hell and I'm not going to take this anymore!

I zrobił to co musiał.

A tym czymś jest radykalna zmiana, ofiary w kata, zastraszonego w budzącego grozę. Tak, zemstę mam na myśli, ale zemstę nie na papierze na którym wydrukowana jest gazeta, czy na sygnale telewizyjnym, to zemsta bardzo konkretna, na tych którzy składają słowa w zdania, komentują, oskarżają, wydają wyroki. Na dziennikarzach.

Ten komiks ma genialne otwarcie, oto Nowy York i demonstracja alterglobalistów czy innych aktywistów i trójka snajperów strzelających do tłumu, po to tylko by na miejscu zjawił się ich prawdziwy cel – reporterzy.

I dalej jest już sztampowo, ktoś się mści, ktoś wygrywa, ktoś przegrywa, a za tym wszystkim stoi prawdziwe zło, które rządzi światem. Nic odkrywczego, nic specjalnego.

Co zatem miażdży cyce?

Nie są to, mimo całej mojej sympatii, świetne filmowo - cyniarskie teksty, takie jak „Luke I’m your father-vader” do powiedzenia, których trzeba mieć naprawdę jaja z brązu.

Ot chociażby mój ulubiony: „Strzelając do aktywisty nie celuj w głowę, zawsze mierz prosto w serce”.

To nie to.

Ale po kolei.

Po pierwsze grafika. Każdy fan pleców konia, ciuchci i kobiety będzie zadowolony. Bo Jonathan Hickman zadbał o realizm, ale okrasił go fenomenalnym designem, takim w którym widać że nie służy popisowi, a tylko i wyłącznie czytelnikowi.

Po drugie, Hickman zrobił coś, co przeczy wszystkiemu temu co, kiedyś o komiksie przeczytałem a teraz sprzedaje jako swoje. Zawsze wyznacznikiem tego jak odbieram dany komiks (i nie tylko) jest stopień w jakim autor wprowadza mnie w historie, na ile obrazki i tekst stają się dla mnie przeźroczyste i pozwalają mi wejść w ten wykreowany świat.

Otóż autor Nightly news zrobił coś na przekór, opowiedział historię prostą bo prostą ale przyjemną rozrywkę, którą poprzecinał własnymi komentarzami rozbijającymi całkowicie iluzję realności tego świata. Co jakiś czas czytając natykamy się na komentarz mniej więcej w tym stylu: Jeżeli interesuje cię co zdarzyło się dalej i jesteś fanem czystej rozrywki: czytaj dalej, jeżeli chciałbyś dowiedzieć się czegoś spójrz niżej.

A w tym „niżej” obszerna „faktografia”. Informacje na temat mediów, „rzetelności” dziennikarskiej min czarna lista dziennikarzy manipulujących faktami, informacje na temat ofiar mediów, skład międzynarodowego funduszu walutowego, jednym słowem podstawowe fakty na temat globalizacji i manipulacji.

Taki zestaw faktów, ale nie jest to lewacki alterglobalizm, na który skusi się rzesza siedemnastolatków i Jacek Żakowski. To po prostu fakty.

Np. jeszcze dziesieć lat temu na świecie działało 60 koncernów medialnych o globalnym znaczeniu, dziś jest ich mniej niż dziesięć, za rok będzie mniej niż pięć…

Niepokojące.