wtorek, 29 stycznia 2008

Rany wylotowe

Dawno zapowiadany komiks roku zza oceanu.

Ale najpierw anegdotka go tycząca.
Leże w wannie czytam Komiks Roku.
Skończyłem czytać, rzuciłem nim o podłogę z głośnym JEB!
Aga: (krzyczy) Co to było? Co się stało?
Ja: Nic, komiks rzuciłem..
Aga( z nadzieją w głosie): Ostatecznie, nieodwołalnie i na zawsze?


Wracając do temu, kilka słów wyjaśnienia.

Po pierwsze to był dobry rok – patrząc na listę opublikowanych tytułów, rozwój wydawnictw itd. Itp. Co ciekawe w pierwszej chwili gdy o tym myślałem wpadło mi do głowy kretyńskie stwierdzenie eee rok był do dupy… czegoś brakowało. Bo faktycznie, to nie był rok jednego tytułu, jednego autora, co burzyć może obraz całości. W wyborze tego co wg mnie najlepsze zza oceanu kierowałem się (oprócz własnego gustu, przyjemności z lektury etc.) dwoma kryteriami wykluczającymi:

Po pierwsze to musi być zamknięta całość – żadne tam seriale czy coś…

Z tego powodu z walki odpadł Essex County Vol. 1: Tales From The Farm.

Nie wiem czy wydawca, czy autor wpadł na taki pomysł serwowania świetnych komiksów pod szyldem serii.. szczególnie, że wydanie jest mizerne i „przegrywa” półkową rywalizację z publikacjami D&Q czy Fantagraphics… Co nie zmienia faktu, że komiks Jeffa Lemire to rzecz absolutnie fantastyczna… ale jednak seria. Więcej o tym albumie tutaj i tutaj

Po drugie myśląc o komiksie absolutnie „the best” dorzuciłem kryterium „łatwości w obsłudze”. Krótko mówiąc ma to być komiks, który nie wymaga od czytelnika znajomości komiksowego medium. I w tym momencie wyleciał z walki o miano najlepszego album, komiks Hornschemeiera The Three Paradoxes jako zbyt trudny dla nieobytego czytelnika.


Dobrze a teraz co uznałem za „naj” w ubiegłym roku:


Exit Wounds
Rutu Modan

Modan nie jest debiutantką. To ona między innymi stoi za grupą komiksiarzy z Izraela - Actus Tragicus. Poza Exit Wounds przeczytałem i mam, tylko jeden jej komiks- właśnie z antologii Actusa i mówiąc szczerze, żadna rewelacja. Z Exit Wounds rzecz ma się zupełnie inaczej. O czym to jest? Koby Franco jest kierowcą taksówki w Tel Awiwie. I Tyle. Żaden z niego materiał na komiksowego bohatera. Pewnego dnia dostaje telefon od nieznanego, żołnierza który twierdzi, że ojciec Kobyego zginął w ataku terrorystycznym na stacje kolejową i ma na to dowody, a może tylko przeczucie? Problem w tym, że główny bohater tej historii, nie rozmawiał z ojcem od kilku dobrych lat i wcale nie ma na to ochoty, a dzwoniący żołnierz to kobieta związana/zakochana w jego ojcu. Tak rozpoczyna się ta historia. Podążamy wspólnie z Kobym i Nuni śladami człowieka, który opuścił bez słowa ich oboje. Teraz uwaga, w tym momencie dla wielu potencjalnych czytelników historia ta pachnie śmiertelną nudą, koleś szuka ojca – ot kolejna sentymentalna bzdura! Nie wiem na ile Rutu Modan konstruując tę historię myślał o tym, ale poszukiwanie śladów, poszukiwanie potwierdzenie śmierci ojca/kochanka, jest wciągającą, szkatułkową opowieścią o lekko sensacyjnym charakterze, gdzie nic nie jest tym czym się wydaje (przez moment myślałem nawet, że rozwiązaniem zagadki zniknięcia ojca będzie jakiś szpiegowski motyw …).

Modan opowiada fantastycznie, udaje się jej nie tylko wciągnąć czytelnika w tę opowieść, ale także pozwala mu rzeczywiście poczuć to, co gra w duszach bohaterów. Udało jej się złapać i zamknąć w kadrach olbrzymią dawkę emocji. Od momentu, w którym Nuni i Koby poznają się, pomiędzy nimi iskrzy i to mocno. Iskrzy w komiksie gdzie rysunek jest płaski jak decha, a kolor oszczędny. Exit Wounds to komiks naprawdę wyjątkowy z innego jeszcze powodu. To Izrael jest, a motywem przewodnim jest tutaj zamach bombowy.

I tak. Autorka unika jakichkolwiek „politycznie” zaangażowanych wypowiedzi, sugestii itd. itp. Dla bohaterów Exit Wounds wojna, zamach bombowy, terroryści to rzeczy tak normalne jak dla nas wypadek na zakopiance… Dzięki temu komiks ten nabiera innego znaczenia, to taki wrzut w inny świat, w dodatku ten którego próżno szukać w wieczornych wiadomościach.

I można by tak długo.

Że naj.

Że the best.

Mam nadzieje, że Exit Wounds zobaczymy w wersji polskiej. Podobno KG przymierza się do tego tytułu. Byłoby nieźle.

poniedziałek, 21 stycznia 2008

Staruchy

Minął tydzień, bez blogowej aktywności.

A to śmierć dla bloga…

Chyba.

W każdym razie po urlopie z trąbką w tle, pieprzony Babilon zeżarł mnie zupełnie, zeżarł przeżuł i porzucił.

Dobra, tyle miękkich wzruszeń.

Dzisiaj będzie o staruszkach, komiksowych staruszkach.

Julie Doucet rocznik 1965 i John Porcellino rocznik 1968. Przykład dwójki dinozaurów komiksu niezależnego w USA. Dwójka autorów ze stażem ponad dwudziestoletnim w komiksach, kiedyś publikująca minikomiksy kserowane, rozsyłane pocztą, teraz zebrane w piękne hardcovery (King Cat Clasix – Porcellino) sprzedawane w dużych księgarniach, recenzowane przez poważne media. I wyjaśniając – dwójki tej nie łączy graficzna estetyka, czy forma wypowiedzi, która by uzasadniała ich porównywanie bo Porcellino i Doucet to autorzy tak różna od siebie jak, przerzucając na nasze podwórko, Koza i Skutnik. To moje połączenie ma charakter nie porównawczy a jedynie takie prezentacyjne hocki klocki.

I nie wpadłbym na to gdyby nie fakt, że komiksy Porcellino pojawiają się w My New York Diary. Zatem od niego zacznijmy

To jest mega hardcore w kategorii dziennik – pamiętnik. Doucet nie cacka się sama z sobą, to brudna historia, pełna syfu, karaluchów, taniego piwa, „lekkich” dragów i ciężkich komiksów. Historia Julie rozpoczyna się w Montrealu, autorka kończy szkołę średnią, przymierza się do studiowania sztuk pięknych i… przeżywa swój pierwszy raz. Trafia na artystyczny wydział, który zamiast gwiazdki z nieba okazuje się nudnym, beznadziejnym zgrupowaniem sierot, odrzutów i kompletnych popaprańców bo na sztuki piękne nie obowiązują egzaminy… Po tym wstępie, lądujemy w ciągu kilku dni – kilku kadrów w Nowym Yorku w małym obskurnym mieszkaniu z debilem facetem, bez perspektyw na cokolwiek poza piciem piwa, telewizją, kwasem i komiksami. Ciekawostka, Doucet nie szafuje feministycznymi komunałami, ba! nie ma z nimi nic wspólnego, ale w moim małym męskim rozumku komiks Julie to jedna z najbardziej feministycznych pozycji jakie stoją na mojej półce z komiksami. Mocna kobieta z niej jest. Komiksy tez mocne robi, to nie cyrtolenie się z sobą samą, w przypadku autorki My New York Diary to przede wszystkim bezkompromisowe prezentowanie swojego życia w tym najbardziej intymnym aspekcie. Jej epilepsja jej seksualność, poronienie to wszystko Doucet podaje czytelnikowi jak na tacy… hmmm brutalnej tacy.

Porcellino to inna para kaloszy.

Perfect Example to zupełnie inna para kaloszy. Tam gdzie Doucet jest ciężka i brutalna tam Porcellino jest delikatny i refleksyjny. Sama historia w Perfect Example to pamiętnik ze szczególnego dla młodych ludzi w USA okresu, przymusowych wakacji pomiędzy ukończeniem szkoły średniej, a rozpoczęciem studiów. Tak na marginesie, nie wiem co w tym czasie jest tak atrakcyjnego i magicznego, że co i rusz natykam się na komiksy czy filmy o tym etapie dorastania… w każdym razie Porcellino to klasyczny nastolatek, wyalienowany, nieszczęśliwy nie radzący sobie z przeskokiem pomiędzy życiem w szkole a tym czymś dorosłym co czai się za horyzontem. Autor Perfect Example momentami leci w banał, ale to szczery banał jest i wzrusza i kręci echh piękne to.

I Porcellino i Doucet to już klasycy alternatywy i nie boje się powiedzieć klasycy komiksu amerykańskiego. Czy ich zobaczymy w Polsce? Szczerze mówiąc nie sądzę, prymitywizm rysunkowy autora Perfect Example i brutalność przekazu My New Yourk Diary to misja samobójcza dla każdego wydawcy w Polsce. Nawet dla Kultury Gniewu.



***************************************************************

A teraz coś mniej poważnego.

Czyli Fak dad szit! bo jednak coś się w tym komiksowym świecie rusza.

turu vel Marek Turek na swoim blogu ujawnił co kryje sie pod czerepem polskiego komiskologa - szczerze polecam.

Na Belowradars.com pojawiło się kilka zestawień z których wiele wynika między innymi to że Bartoszowi Sztyborowi brakowało w 2007 roku spektakularnej śmierci jakiegoś komiksiarza...

Tak, Maciej Pałka rysuje grę dla PastelGames

Ale to nie jedyny komiksiarz, który aktualnie pracuje nad grą.

Poniżej niejaki Kurt.

Z niejakiego Produktu

i niejaka nasza wspólna gra.

niedziela, 13 stycznia 2008

Fak dad szit! Czyli wolna sobota

Okej, sobota to wczoraj była, ale że zamiast sobotniego ględzenia poleciała rozmówka z Kolcem to dzisiaj będzie non-komiksowo, a może nie do końca?

Bardzo lubię kryminały, a to co od kryminałów lubię bardziej to dobre kryminały, a od dobrych kryminałów… no dobra.

Zodiak. Nie byliśmy w kinie, jakoś przegapiliśmy nie wiadomo czemu… ale dzięki bogu za DVD. I co? Przez 2 godziny i 40 minut siedzieliśmy zaczarowani na kanapie ze wzrokiem wbitym w ekran poznając historie seryjnego mordercy o pseudonimie Zodiak. Coś niesamowitego, bo historia Zodiaka, jest absolutnie prawdziwa, a do tego film jest zbudowany w większości na „gadających głowach” wciąga, ba wsysa wręcz, choć nikt tu nikogo nie ściga samochodowo w efekciarskim stylu, nikt nie rzuca ciężarówką do helikoptera… Przestrzeń kilku lat, mieszające się tropy brak podejrzanego i czwórka gości obsesyjnie poszukujących odpowiedzi na pytanie kim jest Zodiak?

To prawdziwe dochodzenie jest i nikt tutaj nie wkłada białego fartucha, wrzuca dwóch włosów do dziwnej maszynki, a ta podaje mu nazwisko zabójcy. Bo prawdziwe kryminalne zagadki to nie CSI Miami, Niu Jork, Las Vegas czy Kędzierzyn koźle. Wspaniałe kino, Co ciekawe Fincher podobno zabiera się za Torso Bendisa…

A skoro o Bendisie wspominamy to będzie komiksowo.

Zawsze uważałem, że Czytanie komiksów z w zeszytach jest dla miękkich faj. Takich co to podniecają się limitowaną edycją zeszytu New Avengers, z okładką świecącą w ciemnościach, z metalizującym meszkiem na logo Marvela z resztkami napletka Jima Lee w komplecie…

No tak, tylko sam miękką fają jestem i czytam jedną, jedyną serie w zeszytach.

No Powers, Powers

Generalnie od paru odcinków jakoś tak wszystko się rozłaziło ewidentnie Pan Bendis rozpoczął bieg po kasę, robiąc kolejne seriale dla Marvela, zapominając o swoim najlepszym dziele… Było źle od co najmniej 10 numerów… brak pomysłów… brak dobrej historii dreptanie w miejscu…

To wszystko się skończyło ot jestem na świeżo po lekturze zeszytów 25 do 27 zmieniła się nie tylko objętość i forma wydania (40 stron większy format, sztywna okładka), Bendiga wraca do korzeni w końcu Powers to kryminalna seria i mamy kryminał i nieźle się zaczyna ot ktoś morduje nastolatki póki co miejska kostnica ma już na składzie 42 ciała… Zaczyna się nieźle. Bendis potrafi świetnie żonglować konwencją crime-superhero co udowadniał nie raz. Czekam na więcej.

Bo jak nie czekać na komiks w którym pada taki txt:

„(…) with great power comes… great amounts of shit you have to deal with (…)”

A na koniec zapowiedź.

Para – komiksowa.

Oto rysownik komiksowy robi grę… i nie jest to Mateusz S.

Kto to? Póki co tajemnica.

Fragment poniżej.

sobota, 12 stycznia 2008

Jak KoLeC z Konewką – „Pierwsza brygada: Warszawski pacjent”

Dawno temu w odległej galaktyce wspólnie niejakim Krzysztofem "Kolcem" Lipką - Chudzikiem, rozmawialiśmy sobie publicznie o komiksach w magazynie KZ.

I pomyślałem, że może warto by było do tego wrócić.

I wróciliśmy...



KK: Pogadajmy o jednym z najbardziej oklaskiwanych komiksów ostatnich tygodni. Z tego, co wiem, nie podzielasz powszechnego entuzjazmu na jego temat. Dla mnie „Pierwsza brygada” jest okej, ale bez orgiastycznych spazmów, że „komiks roku”, że siamto i owamto... Dobre – ale nie bardzo dobre.

KLC: Widzisz, ja na ten tytuł czekałem, jak na mało który. Bardzo podobały mi się „Nowe Przygody Stasia i Nel” publikowane w sieci, jak również pierwsze kilka stron „Warszawskiego pacjenta” wypuszczone w charakterze zajawki. Spodziewałem się zwartej, ciekawej opowieści, łączącej erudycję z rozrywką. A dostałem... coś mocno poniżej oczekiwań. Pora się zastanowić, co poszło nie tak?

KK: No właśnie, co poszło nie tak według Ciebie? Mówisz o zwartej, ciekawej opowieści.
„Pierwsza brygada” to dopiero początek, o zwartości na razie trudno mówić... Mamy za sobą dopiero pierwszy album.

KLC: Trafiłeś w samo sedno, używając słowa „początek”. Bo „Warszawski pacjent” to właśnie jeden wielki wstęp do prologu uwertury. Przez 44 strony akcja zawiązuje się, zawiązuje i nie potrafi się zawiązać. Bohaterowie coś mówią, coś robią, ktoś do nich strzela, ale nie układa się to w żadną przekonującą całość. W dodatku album kończy się w połowie sceny, jakby nagle twórcy doszli do wniosku: „Dobra, miejsca nam już brakuje”. Doceniam efektowne kadry, zwłaszcza ten na całą rozkładówkę, ale jeśli nie idzie z nimi w parze równie efektowna treść, to już nie jest dobrze. Po lekturze miałem wrażenie, jakbym przeczytał nie album komiksowy, ale cieniutki (zarówno w sensie objętości, jak i zawartości) zeszycik.

KK: No dobra, ale oczekiwałeś więcej od czterdziestu paru stron? To przecież przygodówka! Tutaj chodzi o zawiązanie akcji, przykucie czytelnika do fotela, żeby czekał na kolejny album z drżącymi kolanami...

KLC: Karol, a wyobraź sobie, że masz kogoś zachęcić do przeczytania „Warszawskiego pacjenta”. Czy potrafiłbyś opowiedzieć, O CZYM to właściwie jest?... Poza tym hasło „przygodówka” nie stanowi usprawiedliwienia. Przygodówki też trzeba umieć robić, by scenariusze trzymały się kupy i każdy odcinek miał przemyślaną kompozycję z odpowiednio wprowadzoną kulminacją i zakończeniem otwartym na dalszy ciąg. Tutaj tego nie ma. Akcja się rwie, wydarzenia biegną jedno po drugim bez większego ładu... i nagle koniec. Jakoś nie poczułem się przykuty do fotela. I nie kupuję wyjaśnień w rodzaju: „poczekaj na następny album”, bo to nie „Lód” Dukaja, gdzie autor sobie może pozwolić na swobodne wzloty ducha, tutaj trzeba zamknąć fabułę w przewidzianej objętości. A poza tym, kto nam zagwarantuje, że następna część w ogóle się ukaże? Widziałeś może kontynuację „Ursynowskiej Specgrupy od Rozwałki” albo nowego „Żbika”?

KK: Ja się z tobą zgadzam w wielu punktach, ale żeby móc powiedzieć: „Eee, panowie, toż to kupa jest”, muszę mieć coś więcej, niż tylko ten pierwszy album... Mnie martwi coś innego: mówisz, że spodziewałeś się erudycyjnej rozrywki... No i owszem, rozrywkę widzę, tylko tej erudycji mi brakuje. Bo co my mamy: Piłsudskiego? Plus Stasia, plus Wokulskiego? Fajno, ale to są postacie, o które najłatwiej i najprościej sięgnąć. To nie jest erudycja, to jest język polski z liceum plus forum WRAK-a, gdzie swego czasu przerzucano się pomysłami wykorzystania tych właśnie postaci. Dla mnie to o wiele za mało, jak na komiks roku. Ostatnio czytałem „Black Dossier” i tam poziom trudności był o wiele wyższy. Dopiero po tygodniu od lektury załapałem, kim są pewne dwie postacie z tego albumu. Dużo mnie to czasu i trudu kosztowało – i co tu dużo mówić, satysfakcji – jak w końcu wpadłem na to, nie używając ani fansite’ów „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów”, ani Wikipedii. Spodziewałem się po „Pierwszej brygadzie” czegoś podobnego, ale niestety...

KLC: Jest jeszcze Korczyński z „Nad Niemnem”... Ale problem polega na tym, że atrakcyjnych i rozpoznawalnych bohaterów, którzy pasowaliby do konwencji „Pierwszej brygady”, jest w polskiej literaturze jak na lekarstwo. Dlatego właśnie autorzy musieli posiłkować się postaciami historycznymi, czyli przede wszystkim Józefem Piłsudskim. I to jest, uważam, największa słabość tego komiksu. Bo w efekcie wychodzi taki ni pies, ni wydra – ani to steampunk z prawdziwego zdarzenia, ani historia alternatywna, ani zabawa wątkami literackimi w stylu Moore'a... Ja już pomijam taki drobiazg, że historia opowiadana jest od środka – „Warszawski pacjent” stanowi rozwinięcie wątków pokazanych w „Nowych przygodach Stasia i Nel”. Czytelnik, który nie zna tego internetowego komiksu i nie jest wprowadzony w konwencję, dostanie oczopląsu po pierwszych kilku stronach. Piłsudski i latające machiny? Staś z „W pustyni i w puszczy”? (a gdzie Nel???) Kali z dreadami? O co w tym wszystkim chodzi??? Brakuje mi przemyślanej koncepcji tego albumu - tym większa szkoda, że w internetowej wersji wszystko trzymało się jakoś kupy.

KK: Po pierwsze: jaki brak postaci literackich pasujących do konwencji? A czy Moore nie udowodnił w „Lidze...”, że właśnie w tym tkwi cały witz? Oprócz postaci absolutnie kanonicznych można wykorzystać te, które do kanonu nie należą. Przecież masz do wyboru cały pozytywizm plus Młodą Polskę. To mało? Tylko autorzy (mówię to, przeglądając wywiad w „Esensji”) mają to generalnie w trąbie... I chodzi im o coś innego, czyli komiks mainstreamowy, przygodowy. Co dla mnie jest lekką niekonsekwencją. Jeśli powiedziało się A, czyli „hej, chłopaki, zróbmy komiks a 'la ‘Liga Niezwykłych Dżentelmenów’, tylko w wersji polskiej”, to powinno być i B, czyli dopracowanie tego. A co do rozpoczynania historii od środka, to trudno to nazwać błędem... Widziałeś Ty kiedy „Gwiezdne wojny”?

KLC: No dobrze, tylko kogo z tego pozytywizmu i Młodej Polski można wrzucić do komiksu przygodowego? Anielkę? Janka Muzykanta? A może Chochoła z „Wesela”? Kogoś na kształt mitycznego superherosa mamy w „Nietocie” Micińskiego, może w tę stronę warto by pójść?... A co do rozpoczynania historii od środka, to Ty mnie tu nie wal po oczach „Gwiezdnymi wojnami”, bo dobrze wiesz, o co mi chodzi. Ale żeby zachować analogię, to powiem tak. Publikować „Warszawskiego pacjenta” bez „Nowych przygód Stasia i Nel” to tak, jakby wypuścić na ekrany „Imperium kontratakuje” bez „Nowej nadziei”.

KK: Wiesz co, autorzy twierdzą, że to komiks nie dla erudytów, tylko coś „just for fun”. Ja tam nie będę mówił, w którą stronę ma iść autor, bez przesady. Mam w rękach komiks i o nim mówimy. To, że jest to mało spójna historia, to fakt, ale na razie to tylko część pierwsza... Choć z drugiej strony dość już mam dobrze rokujących części pierwszych... Ja nie do końca rozumiem to wielkie halo, które ma miejsce wokół „Pierwszej brygady”. Nie mogę jakoś dojść do ładu z tym grupowym spuszczaniem się na ten komiks. Z Piłsudskim czy bez, „Warszawski pacjent” to na razie świetny... trailer, zapakowany nie wiedzieć czemu w twardą oprawę.

KLC: Chyba znowu trafiłeś w samo centro. Czytając „Warszawskiego pacjenta”, odniosłem wrażenie, że to bardziej zapowiedź, zajawka, szkic, niż samodzielne, samowystarczalne dzieło. Być może pocięcie na odcinki zaszkodziło tej historii - bo autorzy chyba zaplanowali sobie całkiem sporą sagę, która rozwija się powoli i wszystkich wątków nie da się upchnąć w pierwszym albumie - ale w takim razie lepiej może byłoby zdecydować się na zrobienie grubaśnej graficznej powieści i machnąć wszystko w jednym tomie?... Nieważne, gdybać sobie możemy jeszcze długo i bezproduktywnie. Co mnie natomiast uderza, to - jak sam zauważyłeś - owo wielkie halo wokół tego komiksu. To bardzo podobna sytuacja do tej z innego podwórka: kiedy na ekrany wchodzi jakiś polski paw w rodzaju „Świadka koronnego” czy innej pseudoromantycznej komedii, przed kinami od razu ustawiają się kolejki. Okazuje się, że wbrew ponurym wizjom zglobalizowanego McŚwiata ludzie chcą oglądać i czytać nie tylko Hollywood i superbohaterów, ale przede wszystkim coś swojskiego, co jest jednocześnie atrakcyjne i łatwe w odbiorze. Dlatego jeśli na ekranach pojawia się polski film odstający od formuły „nieudacznik użala się nad swoim zmarnowanym życiem” albo w księgarniach ukaże się komiks inny, niż „czarno-białe bazgrołki udające alternatywę”, to wszyscy od razu się nad tym spuszczają, bo wydaje się to faktycznie o niebo lepsze od standardu. Tyle że nadal jest to podejście w stylu: „Jak na garbatego, to trzyma się całkiem prosto”.

KK: A ja mam nadal nadzieję, że to tylko niezbyt udany początek i dalej będzie lepiej. I że jeśli ukaże się druga część i następne, to będziemy mogli powiedzieć sobie, że „Pierwsza brygada” to jednak całkiem fajny komiks jest.

KLC: I tego nam obydwu życzę!

czwartek, 10 stycznia 2008

Karuzela staroci

Jest tak.

Mam jedno ucho, ale tabletek sześć.

I trochę otępiały intelektualnie się czuje, ot po prostu chory jestem.

Zatem dzisiaj coś starego.

Bo Przekrój ponoć polecajki na 2008 i poleca Berlin Lutesa.

A przecież to nie debiut tego autora w Polsce.

I podobno Karuzela głupców mimo dobrych recenzji z jakąś mega spazmatycznym odbiorem czytelników się nie spotkał.

A szkoda.

Jak mówiłem dzisiaj starocie.


„A komiksy to się czyta czy ogląda?” To pytanie, zadane przez pewną dziennikarkę pewnemu krytykowi komiksu, z pozoru idiotyczne, odzwierciedla problem, z którym nie radzą sobie tak dziennikarze, fani-czytelnicy jak i sami twórcy. Chodzi tutaj o dylemat: czy w komiksie dominować ma tekst czy rysunek? Czy scenariusz ma być impulsem (żeby nie powiedzieć pretekstem) do tworzenia świata w obrazach, czy to właśnie słowo ma dominującą rolę, a rysunek sprowadza się do jego ilustracji? Źródeł tego dylematu szukać należy w prostym fakcie, iż mimo posiadania własnych, niezależnych środków wyrazu, w świadomości odbiorcy komiks to niedookreślone medium siedzące okrakiem na płocie oddzielającym słowo pisane od obrazu, literaturę od filmu.

Trudno powiedzieć gdzie komiksom bliżej. Tak jak literatura czy film, komiks opowiada historie; smutne, wesołe, tragiczne, wciągające mądre, głupie. To, co wyróżnia komiks to sposób kreowania opowieści. Podobnie jak w filmie, obraz w komiksie służy wielu celom; najpierwszym z nich jest snucie opowieści, prócz tego obraz powinien tworzyć nastrój, uzupełniać tekst czy wreszcie służyć jedynie zabawom graficznym. Jednak obraz komiksowy od filmowego różni sposób w jaki poznaje go odbiorca. Mówiąc pokrótce: w komiksie to czytelnik jest reżyserem i montażystą w jednej osobie. A w każdym razie być powinien. Literackość komiksu jest rzeczą oczywistą, odrębność gatunkowa już mniej. Znowu lekko dotykając tematu: w komiksie nie ma miejsca na eksperymenty językowe, a'la Dorota Masłowska. Słowo nie tworzy świata przedstawionego, jest jedynie jednym z elementów jego prezentacji. Całe to komiksowe filozofowanie sprowadza się do prostego stwierdzenia: w komiksie „czyta się” zarówno dialogi w dymkach jak i obrazy zamknięte w kadrach. O ile wybaczyć można niezdawanie sobie z tego sprawy czytelnikowi czy dziennikarzom mniej lub bardziej obytym, o tyle brak tej świadomości u twórcy jest o tyle niewybaczalne co powszechne.

Jednym z niewielu twórców, którzy potrafią utrzymać w cuglach słowo i obraz jest Jason Lutes. Jakikolwiek tekst na jego temat to tak naprawdę przegląd jego twórczości. Lutes to autor kilku zaledwie komiksów, z czego jedynie dwa to pełnometrażowe albumy. Autor ten jest bez wątpienia najbardziej europejskim twórcą spośród całej rzeszy niezależnych komiksiarzy amerykańskich. W swoich komiksach łączy on grafikę w stylu tzw. "czystej linii" z językiem bliskim wielkim epikom takim jak Hemingway, Remarque czy Böll, do których jest często przez krytykę tak amerykańską jak i europejską porównywany. To co wydaje się oczywiste – że Lutes tworzy komiksy – dla wielu oczywiste nie było i nie jest w dalszym ciągu. Najlepiej świadczy o tym fakt, iż komiksy jego autorstwa w Stanach określane i sprzedawane są pod szyldem "powieści w obrazach".

O czym pisze/rysuje Lutes?

O ludziach. Przede wszystkim o ludziach. Ich wzajemnych relacjach, uczuciach i emocjach które nimi/nami kierują. Jego debiut Karuzela głupców to opowieść o grupie postaci, których nazwać możemy zgodnie z dzisiejsza modą, wykluczonymi społecznie. Erwin, zapijaczony iluzjonista nie potrafiący poradzić sobie z samobójstwem brata, jego mentor i nauczyciel chory na alzheimera, ojciec i córka w wiecznej podróży donikąd, utrzymujący się z drobnych oszustw i kradzieży. Dodajmy do tego byłą dziewczynę magika-alkoholika, ot i mamy zestaw bohaterów wyrzuconych poza nawias tego co określamy jako normalność. Historia, którą prezentuje Lutes to słodko-gorzka mieszanka. Przeplata się tutaj dowcip z tragedią, smutek z radością. Spaja on przypadkowe postaci w jeden organizm, który stara się przeciwstawić wyobcowaniu i samotności, rozumianej szerzej niż związek między kobietą a mężczyzną. Przypadkowo spleceni ludzie uwalniają prawdziwą magię. Inną niż zwykła zręczność którą popisuje się Erwin. Ta magia powstaje w kontakcie z drugim człowiekiem, to troska o drugiego człowieka. Wszystko inne przy niej pozostaje zwykłą iluzją.

Berlin: City of Stones, kolejny jego komiks, to prawdziwa epopeja prezentująca Niemcy lat dwudziestych rozerwane pomiędzy socjalizmem a rodzącym się nazizmem. Jak w swoim debiucie, tak i tutaj Lutes skupia się na człowieku. Historyczny sztafaż jest przede wszystkim metaforą wiecznie zmieniającego się świata, w którym jednostka ma znaczenie dopiero wtedy gdy jest częścią większego organizmu. Tak jak u Remarque’a indywidualizm jest skazany na porażkę. Młoda studentka berlińskiej Akademii Sztuk Pięknych, lewicujący dziennikarz, samotna matka z trójką dzieci, to postaci próbujące odnaleźć swoje miejsce w tym opanowanym przez różne "izmy" świecie. Do tej pory ukazał się jeden z trzech albumów planowanych przez autora, trudno więc wyrokować o czym mówić będzie Lutes w kolejnych odcinakach. Podobnie jak w Karuzeli głupców autor ten skupia się na problemie braku kontaktu między ludźmi na potrzebie bliskości i, co tu dużo mówić, miłości, która pozostaje najwyższą wartością tak dzisiaj jak i w czasach Republiki Weimarskiej.

Problemy z definicją komiksu i wzajemnych relacji słowa i obrazu znikają w przypadku tworów Lutes'a. Nawiązując do wielkiej literatury, bo trudno nie doszukać się podobieństw jego fabuł do powieści Reamrque'a czy Heinricha Bölla, jego historie pozostają w pełni komiksowe. Grafika w jego pracach tworzy grunt dla opowieści. Prezentuje świat, a raczej wizualizuje go. Tekst z kolei to wypełnienie pustych zdawałoby się obrazów. Te dwa elementy w jego pracach mają równorzędną pozycję. Żaden z nich nie wychodzi przed szereg, żaden nie dominuje. Jak w soczewce skupia on na planszy rysunek i tekst w jednym, jedynym celu: opowiadaniu historii.


Tyle staroci.
O The Fall psiałem tutaj.
a tu jedna z recenzji Karuzeli autorstwa mykapyka

środa, 9 stycznia 2008

Trąbka i Czarne Dossier

Trąbka.

A dokładnie zapalenie trąbki słuchowej.
I to boli.
Wylądowałem w domu z bolącymi uszami i utratą (częściową i chwilową) słuchu. Wszelkie dowcipasy na temat „chorej trąbki” proszę sobie darować… od wczoraj słyszałem już chyba wszystkie możliwe….

Tyle tłumaczenia się dlaczego nic nie piszę.

A teraz o komiksach:

The League of Extraordinary Gentlemen: Black Dossier

W pierwszej chwili tuż po przeczytaniu tego albumu stwierdziłem, że nie bierze mnie to, nie podoba mi się i generalnie nowa Liga jest do dupy… Ba! zdążyłem nawet rozesłać maile, że przeczytałem i że mi się nie podoba. Przeczytałem dzisiaj drugi raz.

Cóż, potwierdza się fakt, że ja się nie znam…

A w każdym razie powinienem najpierw pomyśleć a potem kłapać dziobem…

Mógłbym napisać, że Black Dossier jest świetnym komiksem, ale nie byłaby to do końca prawda, bo nowy twór Moore’a nie jest li tylko komiksem. Wyjaśniając: to nie kolejny przykład na przełamywanie formy, czy też zabawy medium komiskowym, nie o to chodzi. Alan Moore w Black Dossier atakuje czytelnika nie jako autor jakiś tam opowieści obrazkowych, ale jako kreator, stwórca kompletnego, absolutnie przemyślanego świata. To mistrzowski popis kreacji. Dla niego komiksy to tylko sposób komunikacji, bardzo podstawowy i nie jedyny, ta książka / komiks skrywa w sobie całe gigantyczne uniwersum, którego poznanie wymaga po pierwsze czasu, po drugie wiedzy. Inaczej niż poprzednie części Ligi, nowy album nie jest wciągającą sensacyjno - steampunkową opowieścią uzupełniona dodatkami, ale zbiorem tychże dodatków przerywanych i uzupełnianych komiksową historią. Co najciekawsze, Moore w fenomenalny sposób ułatwia wejście w ten świat, za każdym razem kiedy bohaterowi komiksu otwierają Black Dossier, akcja zostaje przerwana a my- czytelnicy poznajemy wspólnie z Miną i Allanem jego zawartość. Tak prosty zabieg sprawia że dodatki przestają być dodatkami, ale stają się integralną częścią opowieści. A sama akcja?

To już nie jest przełom wieków, akcja przenosi się do roku 1958 r. po upadku rządów Wielkiego Brata w Anglii (tutaj przyznam jednej rzeczy nie rozumiem – dlaczego 1958 skoro „1984” premierę miał w 1948 ?). Mina Harker i Allan Quatermain, poszukują tytułowego Black Dossier, opisującego historię już nie istniejącej Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. Ściga ich troje tajnych agentów upadłego reżimu. Oczywiście absolutnie każda z postaci ma swój literacko/filmowo/telewizyjny odpowiednik. Przyznam wyłapałem może z 10% tych ukrytych znaczeń i odnośników. Choć akurat w części komiksowej jest to zdecydowanie łatwiejsze niż w części „dodatków”. Dodajmy do tego fakt, iż język Moore’a do najłatwiejszych nie należy…

Jest trudno.

Ale warto.


Chciałbym przeczytać Black Dossier w wersji polskiej, ale pomijając koszty produkcji takiego albumu, zastanawiam się czy miałby ta publikacja sens. Poprzednia Liga ukazała się w Polsce bez podstawowych dodatków, teraz bez nich bardzo trudno będzie zrozumieć Black Dossier. Chociaż czy problemy z odbiorem komiksu przez czytelnika mają dla takiego Egmontu jakieś znaczenie? Przecież From Hell miało się w Polsce ukazać bez upendixów ….

sobota, 5 stycznia 2008

Fak dad szit! Czyli wolna sobota

No właśnie mamy sobotę, a w sobotę to się robi rzeczy inne niż zwykle.
Sprząta się, zakupy robi i generalnie człowiek odcina się od tzw. codzienności.
Niektórzy nawet się myją.


I mamy sobotę.
I zamiast o komiksach będzie o czymś innym.
Bo mam już wybrany komiks roku z ameryki i wiem o czym pisać będę.
Bo czasami człowiek musi sobie ( i innym) udowodnić, że nie jest ograniczonym cymbałem, co to tylko historyjki z dymkiem czyta i ogląda.


Karmel. Wczoraj widzieliśmy. Rewelacyjne kino. Historia kilku kobiet mieszkających
w Bejrucie, których życie kręci się wokół salonu piękności. Jedna romansuje z żonatym, drugą przeraża starość, trzecia ukrywa swoją odmienna orientację… W tym filmie jest wszystko, taki mix radości, doskonałego humoru, z nutą melancholii i zadumy. Podobno to film kobiecy, dla kobiet, choć wg mnie to bardziej film o kobietach, a odbiorcą może być każdy, Fak de target! Bo to obyczaj, o życiu, o życiu proszę Pana.

Nic nie poradzę mnie takie historie wzruszają i poruszają. Kamil Ś na blogu stwierdza, że kobietom z Karmelu blisko do bohaterek Seksu w wielkim mieście i tu doszukuje się globalizacji… Tak jakby to twórcy serialu zza wielkiej wody wymyślili, wykreowali i powołali do życia kobiety, które czuja, czegoś chcą, o czymś marzą zakochują się i odkochują na przemian. Szczególnie że mówimy o serialu (skądinąd przyjemnym) gdzie plastikowe lalki, rozwodzą się nad plastikowym życiem, pełnym plastikowych problemów. Żeby nie było, w życiu nie wpadłbym na to żeby te dwa twory ze sobą porównywać...


Konstelacje David Mitchell
Wydawnictwo Literackie 2007

Po oglądaniu będzie czytanie. Jedna z trzech książek roku wg mnie oczywiście. Zdecydowanie najpierwsza. O drugiej pisałem o tutaj.

Z Mitchellem jest problem. Od kilku lat ten jeden z najciekawszych pisarzy brytyjskich próbuje swoich sił na polskim rynku i … kończy marnie. Każda z jego powieści do tej pory wydanych w Polsce kończyła w składzie tanich książek pomimo doskonałych recenzji itd. itp.

O Mitchell’u mówi się że to połączenie Haruki Murakamiego, Umberto Eco i Philipa K. Dicka’a, porównanie trafione, bo autor ten to specjalista od szkatułkowych powieści osadzonych w klimacie kultury i religii wschodu, podlane delikatnym sosem fantastyki.

Tyle porównań teraz Konstelacje, uznane przez The New York Times za jedną z ważniejszych powieści w 2006 r., tyle tylko, że to powieść zupełnie inna niż te, za które Mitchell był i jest ceniony. Ot zamiast magii i mistyki, twardy realizm, zamiast gorącego dalekiego wschodu, zimna i brutalna Wielka Brytania w okresie szalejącego Thatcheryzmu i wojny o Falklandy. To opowieść o dorastaniu, małego jąkały, który przeżywa jednocześnie wojnę (Falklandy), rozwód rodziców, przemoc w szkole i oczywiście pierwszą miłość. Pierwsze i oczywiste skojarzenie to pamiętniki Adriana Moll’a w wersji serio. Dla mnie to książkowa – brytyjska wersja Cudownych lat, czy muszę dodawać więcej?

To tyle.

Na sobotni koniec jeszcze jedna rzecz.

Serwis Jay is Games nominował obie części Covert Front w plebiscycie na grę roku w kategorii point & click.

apdejt: Oczywiście (nie) zachęcam do oddania głosy na CF!







Nieźle co?

środa, 2 stycznia 2008

Komiksy na plażę

Wczoraj zaczął się nowy rok.
Wczoraj leczyliśmy kaca.
Wczoraj spaliśmy pół dnia.
Wczoraj było zimno i brzydko.
Wczoraj szukaliśmy fajnego miejsca na wakacje.


I tak sobie pomyślałem, że najlepszym pomysłem na wakacje byłyby Hawaje.
I tak sobie pomyślałem, czy mam jakiś hawajski, typowo zimowy komiks?

Ano mam, oprócz Barefoot Serpent taką serię w trendzie zebraną, od niedawna dwutrejdową.

Hawaiian Dick bo o nim mowa to seria sztampowa jak diabli – przynajmniej tak mi się wydawało czytając opisy pierwszego trejda. Bo co my tu mamy? Mamy rok 1953, były policjant ląduje w małej dziurze, w dupie świata jako prywatny detektyw. Jednym słowem klasyka noir. Ileż razy można? Tyle tylko, że za samo noir nominacji do Eisnera się nie zdobywa. Hawaiian Dick jest o szczególnym czarnym kryminałem, bo nie dość, że zamiast mrocznego miasta ekhm… mamy Hawaje, to jeszcze kryminalny wsad, zagadka, zbrodnia itd. Itp. wzbogacona jest oryginalną wyspiarską magią, duchami i mitami. Czyli z wielkomiejskiego brudu i ciemności lądujemy w magicznym świecie pełnym słońca, zielonych palm, kolorowych koszul i drinków. Komiks Moore’a i Griffina to jeden z najciekawszych debiutów spółek autorskich w USA w 2003 roku.

To nie jest żaden tam, przełomowy komiks. Scenariusz B. Clay Moore’a nie stawia na głowie czarnego kryminału jako gatunku. To, co w nim najfajniejsze to bezpretensjonalność, rozrywkowość w czystym wydaniu. Co najciekawsze, przynajmniej dla mnie to, to że w odróżnieniu od wielu innych kryminalnych historii tak komiksowych czy filmowych, nie ma się czytając ten komiks wrażenia, że wszystko to, cały ten kryminalny sztafaż jest zmyślony, sztuczny czy kretyńsko udziwniony. Bo czytając te „kryminalne zagadki Hawai” uwierzyłem, że takie sprawy mogły by mieć miejsce na tych wyspach w latach 50 ubiegłego wieku.

Obie historie do tej pory opublikowane sprawiają masę frajdy czytelnikowi, a czyż nie o to w tym całym biznesie chodzi?

Wspaniały komiks na styczniowe wakacje.