środa, 8 października 2008

Kryzysowa narzeczona w przesyłce za pobraniem

Coraz ich mniej, ale mam takie komiksy, których od dnia zakupu nie przeczytałem.

Rzadko się to zdarza ale bywa i tak, że to co leżało miesiące bądź lata na półce totalnie wywraca moją osobistą listę de fakin best of.

Tak miałem z Mail order Bride.


Mark Kalesniko był przez lata animatorem u Disney’a, pracował przy Mulan, Królu lwie i innych super produkcjach. W początku lat 90 startuje jako autor komiksów do tego uderza solidnie i między oczy najpierw krótkim S.O.S, niemym (niemalże) one shotem, a chwilę później serią Alex (zebraną w album przez Fantagraphics).

Kalesniko to wg mnie wielki pechowiec. Tak jego debiut jak i późniejsze powieści graficzne konkurować musiały z geniuszem Chrisa Ware’a i świeżością opowieści Daniela Clowes’a.

Konkurować tak o nagrody, uznanie krytyków jak i czytelników.

I z reguły przegrywał.



O ile jeszcze się taki nie urodził co podskoczyłby Ware’owi, o tyle w moim osobistym odczuciu Kalesniko przeskakuje Clowes’a o kilka poziomów.


Alex to psuedo biograficzna historia. Tytułowy bohater to rysownik, animator pracujący dla wielkiej wytwórni filmowej (brzmi znajomo?), którego wywalono na pysk, jest bez pracy w swoim rodzinnym mieście. I próbuje się odnaleźć, szuka ratunku najpierw w wódzie a w końcu w jakimś nowym początku, restarcie biografii. Brzmi to jak jakiś społeczny dramat, ciężki jak czołg Rudy 102, ale czyta się go lekko i płynnie min dzięki cartoonowej grafice którą operuje Kalesniko. Alex to przygrywka do czegoś większego to coś, komiks sprzed dobrych siedmiu lat wyskoczył z półki wpadł mi w łapy przeczytałem dwukrotnie w jeden wieczór i po dwóch tygodniach od lektury kilkunastu komiksach przeczytanych, trzyma mnie nadal za gardło i nie chce puścić.



Historia jest taka: Monty Wheeler prowadzi sklep z zabawkami i komiksami w małym kanadyjskim miasteczku Bardini (w tym fikcyjnym mieście toczy się także akcja Alexa). To klasyczny nerd – kolekcjoner, jego dom zawalony jest zabawkami figurkami, komiksami i gadżetami niby pop kulturowymi, taki jeden wielki śmietnik. Monty jest prawie 40 letnim prawiczkiem, który nie utrzymuje kontaktów z ludźmi w swoim wieku, otacza się dzieciakami i staruszkami. Żyje w świecie kolekcjonerskich katalogów, z jednego z nich wybiera sobie żonę. Ot, tak żonę za pobraniem prosto z Korei.


Monty’ego wyobrazenia czy tez fantazje na temat żony Azjatki to zlepek popkulturowych „informacji” zabarwionych rasizmem i zwykłą głupotą. Od cech czysto fizycznych zamówionej żony poczynając ( w wyobraźni bohatera każda Azjatka jest małą drobną dziewczynką w kimonie), a na cechach osobowościowych kończąc (oczywiście wg Monty’ego Koreanka to usłużna niewolnica poddana całkowicie swojemu panu, pozbawiona osobowości).


Problem w tym, że Kyung Seo, jego „narzeczona za pobraniem” to wysoka, energiczna osóbka, odrzucająca wszystko co koreańskie.


Bohater Mail order Bride to kolekcjoner, a ten zdziwaczały pomysł na życie w otoczeniu zabawek komiksów i azjatyckiego porno (sic!) łączy się z jego poczuciem niższości i chęcią jakiegoś dziwnego podbudowania swojej wartości przez zbieranie kolejnych „unikatowych” przedmiotów. Jego pomysł na małżeństwo z Koreanką jest podobny, traktuje ją jak lalkę stojącą na półce.

Mało tego on tę lalkę przebiera w tradycyjny strój ludowy i... no właśnie miałem napisać coś o uprawianiu seksu, ale sceny erotyczne w Mail order Bride nie mają nic wspólnego z seksem to obrzydliwy onanizm w wykonaniu obleśnego typa i jego dmuchanej laleczki w stroju ludowym.

Mijają miesiące ten „związek” na pozór ma się dobrze wg Monty’ego oczywiście.

Tymczasem Kyung coraz bardziej i bardziej nieszczęśliwa, trafia przypadkiem na ludzi związanych z lokalną akademią sztuk wszelakich i cóż zaczyna powoli odkrywać siebie w świecie poza sztywno zbudowanymi granicami sklepu z komiksami i łóżka Monty’ego Wheeler’a.


To, w jaki sposób osiąga ten stan wyzwolenia to jedna z najgenialniejszych niemych scen w historii komiksu. Nie znam innego przykładu (jeśli się mylę to odszczekam) opowiadania w komiksie za pomocą ... tańca. Kyung ogląda jakiś totalnie syfny pokaz tandetnego teatru tańca, ale to w jaki sposób on na nią działa, w jaki sposób momentalnie ją zmienia sprawia, że ja jako czytelnik łapie się na ten pseudoartystyczny lep.


I cóż, Koreanka szuka czegoś innego nie może znieść sklepu, zabawek, komiksów i całego tego nerdowskiego pieprzenia, odkrywa w sobie nową osobę, po to tylko żeby stwierdzić że wcale taka nie jest.


Dokładnie tak.

MOB nie ma szczęśliwego zakończenia.


poniedziałek, 6 października 2008

HARD - pierwsza videorecenzja


Jest tak.
Na pierwszej płycie Sarcofago wydanej w 1987 roku (oczywiście czarnej płycie, czarnej jak ich dusze), chłopcy o długich włosach i złym spojrzeniu popełnili w tytułach utworów kilka literówek/błędów/ artystycznych projekcji ...

Jedna z nich pasuje jak ulał do tego co poniżej.

w tym jedna z najpiękniejszych czyli: Ready to Facky

zatem
ar ju redy tu faki?

sobota, 27 września 2008

Droga buca


Cóż poradzić.
Stare prawdy trzymają się mocno.
Im większy sukces (tzw. artystyczny) twórcy tym większe prawdopodobieństwo, iż tenże zrobi sam z siebie cymbała.

Eddie Campbell osiągnął całkiem sporo i naprawdę nie chodzi tu jedynie o From Hell.

Po genialnym Alec’u, całkiem niezłym Bachusie, poprawnej Black Diamond Detective Agency Pan Autor skręca w stronę ciężkiego onanizmu ładując się w najbardziej kuriozalny projekt komiksowy od czasu Antologii 11/11.

Najlepsze jest w tym to, że Fate of the artist nie jest stricte komiksem. Nie jest także powieścią, powieścią graficzną też nie jest, ani zbiorem pasków, ani tym bardziej omnibusem fotostory z bravogirl.

Fate of the artist jest zlepkiem tego wszystkiego, gęstą zupą nietrafionych artystycznych koncepcji, przyprawioną zdrowo, mocnym zadufaniem w sobie, cierpką bufonadą i udekorowaną liściem bucozy.

A zapowiadało się całkiem nieźle. Rysownik miał taki oto pomysł: opowiedzieć o sobie jako artyście z punktu widzenia osób trzecich i psa (sic!). Eddie Campbell znika, obraża się na rysowanie, sztukę i swoich fanów i po prostu znika. Pojawia się Pan Detektyw, poszukujący Pana Artysty. Przesłuchania kolejnych świadków „życia i twórczości” Pana Autora przetykane są tak absolutnie złymi kawałkami prozy, że do teraz na myśl o nich, a minęło dobrych parę tygodni, brak mi epitetów, jedyne na co mnie stać to jakieś takie przeciągłe pffffffffff…

Byłoby wcale nieźle gdyby na tej cholernej prozie się skończyło, ale Campbell traktuje swoją pracę bardzo „kompleksowo” zatem mamy tam komiksy tzw. zwykłe, mamy fragmenty fotostory i oczywiście kompletnie pozbawione humoru stylizowane na lata 50 XX wieku paski i cartoony. Konkluzja z lektury „artystycznej spowiedzi twórcy komiksu” są następujące:
Tak, to jest złe.
Nie, nie polecam.


Ale to nie koniec rozczarowań.

Dla tych, którzy nie wiedzą Vertigo nie jest pierwszą komiksową akcją imprintową skierowaną do dorosłego odbiorcy. W latach 80 ubiegłego stulecia Marvel wystartował z wydawnictwem Epic comics, w którym ukazały się min Elektra Assassin, Wolverine Meltdown, Moonshodow i komiksy Moebiusa. No i właśnie gdzieś tam kiedyś ktoś wpadł na „genialny” pomysł na postać pod urzekającym imieniem Terror.

Teraz tak; Terror to gośc nad którym wisi jakas monstrualnie absurdalna klątwa, która czyni go nieśmiertelnym o tyle o ile w miejsce uszkodzonych/ przegniłych/odpadających/martwych części ciała „wstawia” vel „przejmuje” kulasy, głowy, korpusy innych ludzi. Zasadniczo wsio rawno martwych bądź żywych. Serio.

Była postać i nie ma postaci.
Jakoś przez dekady nikomu do głowy nie przyszło aby wskrzeszać potwora, dosłownie i w przenośni.
Potrzeba było talentu.
Potrzeba było niebanalnej komiksowej osobowości.
Prawdziwego artysty, który ubabra się tandetną produkcją wietrząc w tym sławę i pieniądze.
Szkoda tylko że tym utalentowanym, tym z osobowością okazał się David Lapham.

I tak oto powstał Teror Inc.
Pierwsza nominacja do nagrody Sraczka Roku.

piątek, 22 sierpnia 2008

Y ostatni z tomów

Koniec.

Y się skończył wiem ze nius to żaden, ale dopiero co dostałem tom dziesiąty i dopiero co przeczytałem ostatnią stronę i dopiero co zacząłem myśleć o miejscu na półce...

Tymczasem Y wyszedł był w Polsce i więcej rabanu narobił tłumacz czy raczej jego praca niż sam komiks. Pomijając tłumaczenie, Y i tak jest skazany na zagładę. Tak jak cały męski rodzaj w fabule, tak sam komiks w Polsce ma przesrane jak diabli...


Dlaczego?


Bo Y the last man to klasyczny do bólu serial, który wydawany raz w roku (daj Manzoku- boże !) nikogo nie porwie, nikogo nie wkręci. Bo niby jak? Y jest serialem doskonałym, ze wszystkimi wadami i zaletami tej formy. Czyli, mamy momenty słabsze i mocniejsze, ale całość budowana jest na dwóch żelaznych regułach: po pierwsze zmusić czytelnika do tego aby czekał z otwartą, zaślinioną gębą na kolejny odcinek, po drugie gdy dobrnie do samego końca ma mieć pewność, że dostał całą kompletną historię i pożałuje, że to już koniec.


A jak to osiągnąć w manzukowym standardzie jeden album w roku zapowiedziany 150 tysięcy razy?


Dla porządku, bo nie sądzę żeby było wielu takich co to nie wiedzą o co w Y the last man biega, będzie skrótowo, bardzo skrótowo:

Coś się stało, wszystko co męskie na ziemi umiera, przeżywa tylko jeden mężczyzna Yorick Brown i Ampresand jego małpa (pieprzyć jakiego gatunku, rzędu i rodziny). Ocalały facet zamiast solidnie zabawić się w świecie, w którym skasowano mu całą konkurencję wyrusza w drogę / na ratunek narzeczonej, która traf chciał akurat urzęduje chwilowo w Australii.


Mamy zatem tajemnicę, ale to i tak za mało jak na 10 tomów i pięć lat utrzymywania się na wydawniczym topie. Dlatego cholernie istotnym dla tej historii jest proces dojrzewania tytułowego Y.
Z odcinka na odcinek Vaghan rozwija tą postać, Yorick dorasta, zmienia się z odcinka na odcinek. Zmienia się w nim nawet to co jest jego cechą charakterystyczną, Yorick dowcipniś szafujący one-linerami, w końcówce tej historii dalej bawi, ale już bardziej ironicznie, żeby nie powiedzieć cynicznie.


I niestety wracamy do Polski i polskiej wersji czyli jednak kilka słów o tłumaczeniu. Nie, nie będę przypinkalał się do Uliszewskiego czy tłumaczy imię Y dobrze czy źle, czy korzysta z wikipedi czy nie, bo to naprawdę nie ma znaczenia w zestawieniu z czymś poważniejszym.


Vaghana lubię i cholernie podziwiam za to że tworząc komiks, jego bohaterów, pisząc scenariusze on gra swoimi postaciami, różnicuje nie tylko ich zachowanie, ale także sposób mówienia, formę wypowiedzi to cholera jest praca podwójna! Jest jednocześnie scenarzystą i reżyserem. Niby to oczywista oczywistość ale skoro tak to dlaczego jest tak w komiksach rzadka?


Jeszcze rzadszym zjawiskiem jest tłumacz, który te subtelności zauważa. Póki co, w komiksach nie spotkałem ich zbyt wielu. Przy całej mojej niechęci do Sandmana – Pani Brieter to potrafi, podobnie Wojciech Nowicki, tłumacz Postowych komiksów w tym genialnego Lupusa (przy całym jego nadętym grafomaństwie kulinarnym). Wielka szkoda, że Y spotkała „niechłodna klątwa Kreczmara”


Wracając do fabuły.

Opowieść w Y the last man osadza się na odpowiedzi na kilka pytań:

1. Skąd się wzięła cała ta Plaga?

2. Dlaczego Yorick przeżył?

3. Czy ostatni facet na ziemi odnajdzie swoją narzeczoną?

4. Co dalej do cholery ze światem po zagładzie?


Brian K. Vaughan walnął mnie w pysk zakończeniem tej historii w podobny sposób jak David Chase w zakończeniu Rodziny Soprano. Tak naprawdę autor jednoznacznie odpowiada na dwa ostatnie pytania, dwa pierwsze są... no właśnie. (uwaga! Od tego momentu zacząć się mogą delikatne spoilery, zatem ten kto sądzi że przeczyta całość po polsku w tej dziesięciolatce i zepsują mu one odbiór całości niech nie czyta!)


Świat ocalał i dał sobie radę, Yorick odnalazł Beth, ale nie skończyło się to zachodem słońca i „żyli długo i szczęśliwie”. A plaga?


Przez cała tę historię przewijają się różne teorie dotyczące tego co spotkało wszystko co męskie, mało tego że się przewijają, Vaughan z premedytacją wrzuca co jakiś czas, może nie trop- wskazówkę ale zalążek takowej. Coś jak w Lostach, ale z dużo większym szacunkiem dla odbiorcy. Autor Y wskazuje: „daj ać ja ci podpowiem, a ty pobruszaj sobie tym w głowie”. Mamy skończoną liczbę możliwości. Wszystkie znaleźć można tutaj.


I co najlepsze absolutnie każda z nich znajdzie swoje uzasadnienie w komiksie. Brian K.V. traktuje czytelnika jak partnera, przekazuje mu wymyślone teorie, mówiąc wybierz sobie którąś, skończ tę opowieść tak jak uważasz, postaw kropkę itd. Itp.


Dla mnie najciekawszą jest ta mówiąca, że po pierwszym udanym sklonowaniu człowieka ziemia wprowadza korektę i wymazuje ze swojej powierzchni ludzkość (jak kiedyś dinozaury). Szczególnie gdy dołożymy do tego otoczkę mitologii aborygenów mówiących o czasie snu (Dreamtime – tak, tak dlatego właśnie uważam Gaimana za Największego Kulturowego Złodzieja Wszechczasów).


I najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że teraz po zakończeniu tej historii mogę ściągnąć dziesięć tomów z półki, odkurzyć, zaparzyć mocnej kawy i odfrunąć na cały długi weekend, czytając o przygodach Yoricka Browna.


wtorek, 19 sierpnia 2008

Batman: lanie po ryju i kryminalne zagadki Gotham



Nie chciałem wyjść na Il uzurpatore i wstrzymałem się lekko z tym tekstem nie chcąc wchodzić w drogę Motywowi nomen omen drogi.

Bo u mnie o raz jeden jedyny, a tam cały tydzień o Batmanie.


W każdym razie, jasno i czysto stawiając sprawy – jestem fanem tej postaci, tych komiksów, tego świata.

Nie jakimś ultrasem, który skupuje zeszyty, wie kto powiedział co w 703 zeszycie, ja po prostu ta postać lubię, na nim ( w wersji Tm semic) się wychowałem. Jeżeli istnieje w piekle oddział zamknięty dla fanów komiksu gdzie mały diabełek w stroju Supermana wciska w tyłki kolejnych fanów komiksu piłki lekarskie wielkości globusa Daily Planet, to dla trzech tytułów z Batmanem w roli głównej zniósłbym tę karę godnie.


Problem w tym, że sentyment do postaci nie przekłada się jakoś na uznanie w moich oczach komiksów z nietoperzem, przynajmniej w przeciągu ostatnich 4-5 latach. Dziwne to bo redaktorzy z DC Comics zdają się działać tak jakby w komiksowym światku nic się nie wydarzyło i nie zmieniło od 2000 roku.

Generalnie w komiksach o nietoperzu jest nędza, może chodzi o proste targetowanie i marketing?

Jeżeli tak by było, to skąd nagłe ruchy, całkiem udane w stylu... no właśnie przechodzimy do meritum, czyli właśnie o tych edytorskich ruchawkach dzisiaj będzie.



Batman Year 100 - Paul Pope

Pope nie jest komiksowym pistoletem, strzelającym albumami rok w rok. Kolejny album jego autorstwa to wydarzenie z gatunku tych naprawdę wielkich. O co chodzi?

Pope wysyła postać Batman w przyszłość, sto lat od komiksowego „teraz”, uwalniając go z więzów jakiegoś tam continuum, całego tego edytorskiego badziewia, pierdyliarda ton zeszytów, miliona powieści graficznych. Wysyła w przyszłość i restartuje.

O ile restart wyszedł mu doskonale, o tyle cała ta przyszłość, to Gotham za sto lat poza łatającymi taksówkami rodem z Łowcy Androidów niczym się nie różni od Gotham teraz.

I dobrze.

Paul Pope to zadeklarowany fan wszelkiej maści SF i szczerze mówiąc gdy czytałem o tym projekcie myślałem, że ot Pope poprowadzi Bruca Wayna w świat pseudonaukowych technogadżetów, których i tak pełno w komiksach na co dzień.

Autor Hevy Liquid robi coś dokładnie przeciwnego, rozgrywa i tworzy tą postać bez wsparcia superdupereli budując ją na dwóch przedmiotach: butach wysokich, sznurowanych, wojskowych, butach do kopania i sztucznych zębach. Nic więcej o nim wiedzieć nie musimy.

W podobny sposób bracia Cohen zdefiniowali postać Chigurha w To nie jest kraj dla starych ludzi.

Tam wystarczył „pistolet” do uboju bydła, aby widz przysiadł w fotelu w lekkim przestrachu u Popa tą rolę pełnią buty i sztuczne zęby. Co ciekawe te dwa elementy w jakiś sposób determinują to co w komiksie widzimy. Batman w Year 100 to dziwny typ, przebierający się w jakiś dziwny kostium, którego motywów nie znamy, kompletny świr. To co mnie zawsze drażniło w tym całym „uczłowieczaniu” superbohaterów to dziwne podejście scenarzystów, którzy wrzucają herosa w wir walki każą latać mu po dachach wielkiego miasta, szpanować znajomością kungfu – jujistsu –karate taichi- sushi, po czym „zapominają”, że ich bohater mógł przy okazji złapać lekką zadyszkę...

U Pope’a Batman częściej dyszy, stęka i jęczy ze zmęczenia niż mówi, sceny walki to nie pokazy umiejętności kung fu Pandy, a zwyczajna młócka, lanie po ryjach, brutalne i bez klasy.


I to wszystko wyszło rewelacyjnie.

Na tyle rewelacyjne, że Pope zgarnął w 2007 dwa Eisnery za ten album – w kategorii Best Limited Series i Best Writer/Artist.




Gotham Central - Ed Brubaker Greg Rucka, Michael Lark.


I cóż, smutek. Najlepsza seria komiksowa DC ostatnich 10 lat. Najciekawszy artystyczny team od czasów początków Sale’a i Loeba. Głaskaną przez absolutnie wszystkich krytyków od tych ultra internetowo - fanowskich po dziennikarzy z tzw. dorosłych mediów.

I cóż, po 40 zeszytach seria pada z powodu niskiej sprzedaży.

Dla mnie ta seria to wisienka na torcie całego Batman – świata. Tam jest to czego w Batmanie brakuje mi najbardziej – kryminału. Wielki Mroczny rycerz, wielki detektyw rozwiązywanie spraw , prowadzenie śledztwa z reguły sprowadza do pobicia i wymuszeń ewentualnie wykorzystania jakiegoś hiperdiwajsu ze swojego arsenału. Gotham Central pokazuje tą drugą stronę medalu, czyli pracę u podstaw. To policyjna klasyka, małe biureczka partnerzy, problemy, źli ludzie na ulicach. To nie mogło się nie udać, a jednak.


Być może Rucka i Brubaker przegięli przysłowiową pałę opisując historię coming out’u Renne Montoy, może po prostu fani komiksów o Batmanie jeszcze nie byli gotowi na taki skok w „ komiksową dorosłość”. Trudno, ważne że dzięki ich pracy powstała moim zdaniem najlepsza w historii obyczajowa historia z udziałem trykociarzy.

Gotham Brubakera i Rucki to po prostu Nowy York, ten niu jork z serialu Nowojorscy gliniarze, brudny, zły, skorumpowany słowem miejska dżungla, masakrująca to co dobre prawe i sprawiedliwe. A gdzie w tym wszystkim Batman?

No i to jest najlepsze Batman w Gotham central występuje na drugim planie, ale w przedziwnym kontekście. Jasne ratuje miasto, jasne walczy ze złem, ale dla gości z GCPD to ten sam gatunek świra co Joker czy Dwie Twarze. I tyle. Dwa skoki w bok od nijakości komiksów z Batmanem w roli głównej.
Szkoda że na przestrzeni prawie pięciu lat uzbierało się ich tylko tyle...




poniedziałek, 7 lipca 2008

Niepokój, przerażenie, a potem już z górki i na koniec nagrody

Muszę odpocząć od tych Eisnerów szczególnie, że na tapecie jest kategoria Best Graphic Album – New i w dodatku od wtorku wystawiam swoje fałdy na działanie greckiego słońca. Czyli tydzień z promieniami się szykuje, ale nie z promieniami z dupy. Komiksów na wakacje nie biorę.

Odpoczywając czytałem, ale na luzie, bez słów przynajmniej tych zbędnych.
Czyli o komiksach niemych dzisiaj będzie. O trzech konkretnie: jednym polskim, drugim wydanym w Polsce i trzecim z kraju sąsiedniego ale wydanym za oceanem.

Na pierwszy ogień złapałem się za Marka Turka i jego Bajabongo, które nabyłem po raz drugi po wpadce w trakcie Chwalebnej Kociej Rewolucji Żołądkowej.

Po pierwsze i najważniejsze, nie jestem "Turkofilem", poprzednie komiksy Marka najzwyczajniej w świecie mnie nudziły. Tak było w przypadku Fastnachspiel. Świetny pierwszy tom, a po nim jakieś takie zaputanie autora w samopowtarzalności i przerażający brak fabuły – o czym jeszcze tutaj będzie. Międzyczas – podobnie, choć tutaj tyle złego co dobrego przyniosła różnorodność tego zbiorku. Z Bajabongo jest zupełnie inaczej, bo tym razem Turek mnie nie nudzi.

Czyta się ten album świetnie, pomysły autora, przejścia pomiędzy kolejnymi kadrami to już klasa Professional jest. To gęsty komiks, gęsty od pomysłów, gęsty w rysunkach. Grafika Turka łatwa w odbiorze nie jest. Wybrał on konkretną konwencje, w której rysuje swoje komiksy i w ramach niej próbuje przeskoczyć swoje ograniczenia, co do tej pory wychodziło mu przyznać trzeba uczciwie z różnym skutkiem. Tutaj grubo ciosana kreska Turka jest jak właściwy człowiek na właściwym miejscu. Marek złapał pewien klimat niepokoju, którym fantastycznie operuje przez całą albumową „wycieczkę”.

Jest tylko jedna rzecz, która drażni w podobny sposób jak w innych jego komiksach. Mianowicie Turek tak mocno skupia się na przejściach pomiędzy kolejnymi scenami, że przestaje zwracać uwagę na album jako taki. W efekcie możemy Bajabongo czytać fragmentarycznie, nie ma to żadnego wpływu na odbiór całości. Jasne, to duży fun, ale ja jednak jestem „fabułożercą” i zabawy konwencją to dla mnie mało...


No dobra, Thomas Ott.
Zdecydowanie to najlepsza z Ottowych „skrobanek”. Numer to komiksowa rewelacja letniego sezonu, do której za żadne skarby nie chce wracać... Bo ta historia jest przerażająca w najmocniejszy z możliwych sposobów, przynajmniej dla mnie. Ja wierze we wszelkie możliwe „dżudżu” czary, wróżby, przepowiadanie przyszłości, wróżenie z wnętrzności czegoś co zjadło coś innego... takie tam zabobony, nie mieszczące się w szerokiej optyce religii katolickiej. To jest po prostu bardzo nęcące. Wiara w to, że wszystko jest ustalone, z góry wiadome i przy pewnej dozie wysiłku można zajrzeć za kotarę i poznać przyszłość. Opowieść Otta o szczęściu i przeznaczeniu pokazuje fatum od innej strony. Jeżeli uwierzymy, że świat, nasze życie toczy się ustalonym wcześniej torem, to jesteśmy o krok od postawienia pytania: A co będzie jeśli ten ktoś, ten „ustalacz” zmieni nagle zdanie? Nie oglądając się na nic i nikogo?
Odpowiedź znajdziemy w komiksie Otta.


Na koniec mrocznie nie będzie. Hieronymus B. Niema zabawa autora zza Odry i Nysy. Przeuroczy zestaw ciepłych opowiastek o życiu i problemach drobnego urzędnika. Niby nic wielkiego, a jakoś cieszy mnie ten komiks bardzo. Świat wali się głównemu bohaterowi na głowę, a on dalej marzy, śni i cieszy się życiem. Ładniutkie.
Za oceanem ktoś napisał, że ten album to połączenie Owly i Zamku Kafki. Nie wiem skąd ludziom biorą się tego typu porównania , cóż głupców nie sieją. Komiks Ulfa K. ma tyle wspólnego z prozą Kafki co ja ze sportem wyczynowym. Jakimkolwiek, poza brydżem i szachami.
Jedna, jedyna rzecz która mi w tym albumie nie pasuje to sam tytuł- imię bohatera. Nie rozumiem co ma on wspólnego z H. Boschem? Równie dobrze bohater mógłby nosić dumne nazwisko Helmuth Kohl, wiele dla odbioru tych historii złego by się nie stało...




Konkurs! Konkurs! Konkurs!


I już miałem się się zamknąć, ale spostrzegłem coś miłego. Liczba odwiedzin na blogu zbliża się do okrągłych 10 tyś. W związku z tym mały konkurs z zacnymi nagrodami.

Do wygrania wybrane (dwa) albumy z pośród tych, o których pisałem, nie pisałem lub napiszę w temacie nagród Eisnera.

Lub

Paczuskza z czterema (słownie czterema) albumami z hameryki, które wydają mi się ciekawe.
Żaden krap, same fajne sprawy.


Zadanie:
Proszę podać tytuł komiksu (a konkretnie: tytuł serii komiksowej), jednego z naj naj, miszczosko-miszczoskich komiksów niezależnych z USA, którego tytuł wykorzystali muzycy z kultowej do dzisiaj w niektórych kręgach kapeli jako nazwę nowego bendu. Nazwy kapeli nie podaję bo konkurs sam się rozwiąże, ale kilka podpowiedzi:

- ten kultowy zespół ma na koncie kawałek z nazwiskiem aktora w tytule;
- do inspiracji muzyką kultowego bendu przyznają się min goście z Interpolu;
- o konkursowym komiksie/serii nie ma nic (słownie nic) w polskim internecie;
- nikt tego komiksu/serii nie ma w wydawniczych planach w Polsce;
- w sieci można znaleźć przewodnik po tym komiksie/serii - czyli jak to cholerstwo czytać!


A ja od prawie trzech lat próbuje to przeczytać grzęznąc co chwila po kilku kilkunastu stronach...
Zatem
Powodzenia komiksy czekają

sobota, 5 lipca 2008

Za szybko spisane

Minął czerwiec czyli połowa roku, a tu już komiksowe rozczarowanie roku.

Czytając tom drugi Na szybko spisane myślałem, że to nie może być prawda, to nie może być robota autora komiksu roku! Przez moment pomyślałem, że być może Śledziu „korzystał z bratniej pomocy” jakiegoś scenarzysty łamagi, jakiegoś Łukasza Bułki z Nowego Dźwiernika, który „sprawdza się w komiksie”, bo matko boska częstochowska, jak to możliwe aby dwie części jednej całości, stworzone jedną ręką, jednego autora były tak przerażająco różne i tak wściekle nierówne?

O projekcie Śledzia nie miałem okazji napisać czegoś więcej do tej pory ot, jakoś tak wyszło.

Pierwszy tom tej trylogii to nie tylko olbrzymie zaskoczenie, to kopniak w jądra chirurga przeprowadzającego operacji mózgu czytelnika komiksu. Bo Śledziu wprowadził zupełnie nową jakość w zatęchły polski światek komiksowy.

NSS deklasuje absolutnie każdy komiksowy twór ostatnich lat( w tym oczywiście twory moje własne). To, co uważam za największe śledziowe osiągnięcie to narracja, jej język i sposób w jaki jest prowadzona (czy raczej była patrząc na tom drugi).

Po pierwsze mamy tutaj do czynienia z offową narracją, na której polec najłatwiej, łatwo znudzić czytelnika bezbarwnością, brakiem osobistego sznytu, jednostajnością. Śledziowi udaje się przeskoczyć te pułapki. Narracja w NSS ma swój specyficzny rytm, który nie pozwala czytelnikowi biec od kadru do kadru, od strony do strony. Śledziński łapie czytelnika za uzdę i opowiada, sterując jego emocjami na każdej stronie. Udało mu się sprawić, że tę historię nie tylko poznajemy ale możemy ją rzeczywiście przeżyć. Ta opowieść fenomenalnie balansuje pomiędzy smutkiem, a żartem, melancholią, a zwykłą radością.

Po drugie śledziowy bohater, snując wspomnienia ze swojego dzieciństwa z dystansu iluś tam lat, pokazuje jak zmieniał się on, jak zmieniał się świat w którym żył. To absolutne mistrzostwo, przywodzące na myśl Cudowne Lata i wspomnienia Kevina Arnolda.

I szkoda.

Wielka szkoda.

Wielka szkoda, że niewiele z tego ostało się w części drugiej.

NSS 1990-2000 rozpoczyna się obiecująco, w tym samym stylu i klimacie co część pierwsza.

Śledziu trzyma się wypracowanego wcześniej rytmu, opisując świat, który od 89 roku staje się „jakiś bardziej kolorowy”. Tej pary autorowi starczyło na pierwszych sześć stron, po których wszystko trafia szlag. Ginie gdzieś rytm części pierwszej, język jakim autor opowiada jest drażniąco sztuczny. Do tego Śledziu nie może się zdecydować w jaki sposób opowiadać tę historię, czy przyjąć nadal pozycje starszego/dorosłego "Ja" głównego bohatera, który stwierdza „dorosłym” głosem, że jego młodszy brat (...) „nie podzielał jego wrażenia, twierdził że....”(...), czy też trzymać się wersji jedenastolatka, infantylizując język narratora (...) „teraz nie można się było dostać nawet do piaskownicy bo się zapadało po kostki w ziemi”(..). Czepiam się? Pewnie można by było tak powiedzieć gdyby nie drobny fakt, że obie formy występują na jednej stronie (sic!) wybijając czytelnika z rytmu. I tak niestety jest już do końca albumu.

Zdziwiłem się troszkę, że autor okres dorastania, nastoletnich lat i początków dorosłości zbija w tej samej objętości co okres dzieciństwa. Cóż ufałem Śledziowi i tutaj też się na tym zaufaniu przejechałem. Autor poleciał szybko do przodu jak by go gonili, zaczyna milutko i spokojnie od opowieści o pierwszym „drapaniu w pindola” po czym leci z góry na złamanie karku i bach! Jesteśmy na studiach. Przez to wariackie tempo ginie gdzieś po drodze to, co przed chwilą chwaliłem w NSS 1908-1990. Bohater śledziowy stanął w miejscu, przestał się zmieniać, rozwijać. W scenie pierwszego seksu miałem dziwne wrażenie, że to jakaś wstrętna pedofilia, bo to przecież ten sam jedenastolatek z pierwszych pięciu stron, który przed chwilą cieszył się z kupionego w kiosku batona!

Bohater NSS to mój rówieśnik, ale żyjący w innym nie do końca znanym mi świecie. I to mnie cholernie kręci, takie porównanie moich i Śledzia wspomnień z tego czasu. Pierwszy komputer to dla mnie lata liceum, wcześniej atarynki czy amigi to była jakaś tam sfera marzeń, mająca mało wspólnego z rzeczywistością i na ten wątek bardzo liczyłem w tomie drugim. I znowu Śledziu mnie zawiódł. Ok, rozumiem że opowieść o amigowej demoscenie to jakiś ważny dla autora wątek, ale czy wart aż dziesięciu stron komiksu? Do tego dziesięciu morderczo nudnych stron...

Śledziński w Na szybko spisane 1980 - 1990 postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko.

I nie dał rady.



niedziela, 29 czerwca 2008

Nagrody Eisnera cz. III - mały brzydki komiks i jego piękny pusty brat

Dzisiaj dwie kategorie:

Best Publication for Teens

Best Reality-Based Work

I dwa komiksy:

Laika - Nicka Abadzisa

White Rapids - Pascala Blanchet

Przy okazji dyskusji o Na szybko spisane Śledzia dotarło do mnie, że wspomnienia to śliska sprawa… Do niedawna wydawało mi się, że to co pamiętam ze swojego dzieciństwa to rzeczy oczywiste i w dużym stopniu wspólne, tak pokoleniowo wspólne. Tylko to pokolenie jest dość szczególne, a widać to świetnie na przykładzie Łajki. Kiedy w 86 roku trafiłem do osiedlowej podstawówki jedną z pierwszych rzeczy, których kazano mi się wyuczyć na pamięci był durny wierszyk o bohaterskim psie w kosmosie. I teraz jajo, kiedy spytałem Agnieszkę o Łajkę i o wierszyk i w ogóle, okazało się że oczywiście zna historie (mniej więcej) psa w kosmosie. Ale wierszyki? Nauka w szkole? No właśnie, a dzielą nas tylko dwa lata różnicy. Dla mnie historia tego psa ma tez pewien sentymentalny wydźwięk, od znaczków z Łajką w Sputniku II zaczęła się moja kolekcja znaczków- pamięta ktoś w ogóle, że dziesięciolatkowie kiedyś nie mieli konsol, komputerów, netu? (tak wiem, że brzmi to jak dąsy starego pierdoły)

Nick Abadzis podszedł do tej historii bardzo rzetelnie, w kwestii faktów trzyma się zapisów archiwalnych, trochę nudzi i jest językowo sztywny, momentami infantylny, ale należy pamiętać że ten komiks adresowany jest do młodszych nastolatków. Łajka, a dokładnie Kudriawka (Kędziorek) była bezdomnym kundlem wystrzelonym na orbitę okołoziemską 3 listopada 1957 roku na pokładzie Sputnika II. Oficjalnym celem tej „naukowej’ operacji było zdobycie informacji potrzebnych do wysłania na orbitę człowieka. Wartość naukowa tej akcji była żadna, jak przyznali po latach Rosjanie. Propaganda radziecka podawała, że łajka została uśpiona po 10 dniach lotu. Prawda oczywiście była inna, psisko zdychało w męczarniach przez kilka godzin, w pierwszej fazie lotu. I to wszystko w tym komiksie jest. Bezsens, propaganda, okrucieństwo i bezwzględność radzieckiego państwa totalnego.


Tam, gdzie Abadzis fabularyzuje czyt. zmyśla wypada gorzej. Opowieści o przygodach Łajki na ulicach Moskwy to najsłabszy fabularnie moment komiksu, ckliwy i cukierkowy. Należy jak mówiłem pamiętać o tym do kogo jest ten komiks adresowany. Bo ta ckliwość i cukierkowość maja swój cel. Autor Łajki opowiada przecież o tym czym był ZSRR i opowiada o tym młodszemu czytelnikowi młodemu, dla którego śmierć i cierpienie milionów ludzi będzie, zgodnie ze słowami Stalina, jedynie statystyką. A historia drobnej psiny, która umiera w cierpieniach tysiące kilometrów nad ziemią na życzenie wodza, będzie dramatem i to z gatunku tych wielkich.

To, do czego przyczepić się można i moim zdaniem trzeba, to forma graficzna tego albumu. Fakt, iż Abadzis celuje w czytelnika małoletniego nie usprawiedliwia ordynarnej i obiektywnej brzydoty jego rysunków. Przerażająco brzydki ten komiks jest, takie połączenie czystej linii z nieudolnym realizmem. Makabra.


Rzutem na taśmę przechodzimy do White Rapids, konkurenta Łajki w kategorii Reality-Based Work. Ten album to klasyczna druga strona medalu. Historia o mieście White Rapids powołanym do życia w 1928 do obsługi elektrowni wodnej i to… tyle. Opowieści tam praktycznie żadnej nie ma, ani to zabawne ani smutne ani tak naprawdę ciekawe.

Zresztą Blanchet moim zdaniem miał problem z tą historią, jak tu złożyć album 150 stronnicowy z fabuły która zmieścić można na stronach 15? Pascal Blanche poszedł na łatwiznę, zrezygnował z klasycznego podziału strony na kadry i cóż… strzelał jeden lub dwa kadry na całą stronę i uciułał te 156 strony.


Moje kręcenie nosem pewnie byłyby większe gdyby nie to że grafika autora White Rapids jest absolutnie fantastyczna. To mix Art Deco i prasowej ilustracji lat pięćdziesiątych, coś niesamowitego.

Jednym słowem White Rapids, komiks Pascala Blancheta odpada absolutnie, natomiast White Rapids, fabularyzowany art book Pascala Blancheta to rzecz zdecydowanie warta polecenia.

Ani Łajka ani tym bardziej White Rapids nie są drugim Louisem Rielem, a innych komiksów w tej kategorii nie czytałem, zatem zamykam się i niczego w kwestii nagrody Eisnera nie obstawiam.

Powyższa notkę sponsoruje Łukasz B z motywu drogi.

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Nagrody Eisnera cz. II - ptaki, nazisci i romantyczni norwedzy


Jason nie jest mistrzem komiksu.

W rozumieniu egmontowskiej super duper serii.

Generalnie, jakby się zastanowić, Jason nie jest mistrzem w rozumieniu mojego prywatnego the best of.

To autor z pobocza.

Ba! Z pobocza niezależności, czyli dla polskiego czytelnika Jason to autor upadły, czyż nie można upaść niżej niż w niszę w niszy?

Gdyby tak chciał rysować upadłe anioły z promieniami z dupy...

Dobra.

Pomijając pseudo ironiczne pieprzenie, Jason, a konkretnie John Arne Sæterøy to jeden z najbardziej konsekwentnych, odpornych na mody, cholernie charakterystycznych twórców komiksu. Jason na tle niezależnej sceny komiksowej świeci się jak przysłowiowe psu jajca.

I ta konsekwencja i ta charakterystyczność to te elementy, które mogą skutecznie od jego komiksów odstraszyć. Albumy Jasona zaludniły człekokształtne ptaki i inne antropomorfy, te same postaci na pierwszy rzut oka zabawne, rysowane z cartoonowym zacięciem występują w fabułach totalnie różnych, dowcipnych, poważnych, melancholijnych i cholernie śmiesznych. Można poczuć się lekko skonfundowanym.

Ta konfuzja wzrasta w momencie, w którym po raz kolejny komiks tego Norwega zaskakuje publikę w USA w wystarczającym stopniu żeby zgarnąć nominację do Eisnera.

I Killed Adolf Hitler.

Mocny tytuł.

A historia jeszcze mocniejsza. Jason opowiada o świecie, w którym zabójstwo na zlecenie jest najnormalniejszą z usług. W tym świecie równie łatwo zamówić strzał w potylice dla byłej dziewczyny, co pizze na grubym cieście z czterem dodatkami. I cóż, nasze ptakostwory jedzą, spacerują rozmawiają ze sobą, kochają się, a w przerwach strzelają do siebie. Rozkoszny cartoonowy świat prawda? W każdym razie główny bohater, jeden z usługodawców – morderców dostaje dziwne zlecenie – cofnąć się w czasie i zastrzelić Hitlera, aby świat stał się lepszy, a ludzie żyli dostatniej. Spoilerując odrobinę, podróż w czasie się udaje, Hitler nie umiera, przenosi się w przyszłość, ginie co prawda, ale w tłumie przechodniów. W każdym razie Adolf znika z kart historii, ale świat wcale lepszym się nie staje…

Jason sobie moralizuje, nie jest to może zbyt wyszukane moralizatorstwo ale zupełnie złe też nie jest. Na Eisnera to chyba za mało. Ale to nie wszystko, bo Jason wykonuje podwójne fabularne salto i z komiksowego naprawiacza świata zmienia się w romantyka opisującego miłość, która potrafi zmienić wszystko.

I to fajne jest.

I wzrusza.

I dobrze się czyta.

A czy Eisnera dostanie?

Zobaczymy

niedziela, 25 maja 2008

Nagrody Eisnera cz. I

O tego rocznych nominacjach do nagród Eisnera można poczytać i na motywie drogi i na paru innych komiksowych blogach vel serwisach.

Z informacjami o samych komiksach to już gorzej.

Zatem w ramach kontroli regularności blogowania postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze o tym co ciekawego w tegorocznych nominacjach.

Nie o wszystkim oczywiście będzie, nie o każdej kategorii i każdym komiksie bo ani nie mam absolutnie wszystkiego co nominacje dostało, ani też nie o wszystkim warto strzępić jęzora.

To o czym spróbuje napisać to oczywiście najciekawsze moim subiektywnym zdaniem komiksy z poszczególnych kategorii.


Co ciekawe na blogu o kilku nominowanych komiksach już pisałem i tak:

Nightly News nominacja w kategorii Best Limited Series

Scalped - nominacja w kategorii Best New Series

Exit Wounds - nominacja w kategorii Best Graphic Album—New


Zaczynamy:


I Shall Destroy All the Civilized Planets! - Best Archival Collection/Project—Comic Books,

Whatever Happened to Fletcher Hanks? – Best Short Story


Obie kategorie razem bo to w końcu o jeden album chodzi.

W dodatku o album, który polecają zgodnym chórem Kurt Vonnegut i Robert Crumb.

Jest taki komiks Setha, It’s a good life if you don’t weaken, znany zresztą, uwielbiany przeze mnie zresztą, w którym autor poszukując prac genialnego, zapomnianego rysownika trafia na ślad jego osoby i cóż ... nie ma o czym gadać to trzeba przeczytać. W każdym razie, historia Setha jest poetycko zmyślona, ot takie piękne kłamstwo, tymczasem Paul Karasik cztery lata po premierze It’s a good life redaguje album z odkopanym bóg wie gdzie materiałem zapomnianego komiksiarza Fletchera Hanksa. Mało tego, zamiast wstępu czy posłowia album I Shall Destroy All the Civilized Planets! Kończy się krótką historią Karasika opowiadającą o spotkaniu z żyjącym krewnym Fletchera. Identycznie jak zakończenie It’s a good life tyle, że absolutnie prawdziwe... O ile Seth poszukiwał i odnalazł przegranego geniusza, artystę który zrezygnował, porzucił rysowanie i zwyczajnie się poddał, o tyle Karasik poszukiwał króla kiczu, cesarza złego smaku, komiksowego Eda Wooda.

Szukał i znalazł ślad po człowieku bez małą potworze, rujnującego życie swoje i swoich bliskich w dodatku buca i alkoholika.

Samo życie.

Komiksy Hanksa są co tu dużo mówić koszmarne, tak w treści jak i formie. Na pierwszy rzut oka to zestaw durnych i kiczowatych historyjek o jakimś tam superhirole i jego wrogach. Stardust The Super-Wizard, Fantomah (sic!) Mystery Woman of the Jungle walczą ze złem, słowem klasyka gatunku z pozoru przynajmniej. Na rzut oka drugi... niewiele się zmienia tak naprawdę. Syfiasty rysunek, debilne fabuły i kretyński dialog pozostają tyle tylko, że gdy przyjrzymy się tym komiksom bliżej, spojrzymy na datę powstania 1939-1941, komiksy Hanksa przestają pasować do konwencji superhiroł z tzw. golden age, gdzie heros jest „sędzią sprawiedliwym który za dobre nagradza a za złe karze”. Bohaterowie tych komiksów po pierwsze ze złem nie walczą jak przystało na harcerzy w rajtuzach, po drugie jedynie karzą i to nie oddaniem w ręce sprawiedliwości, ale w niesłychanie brutalny sposób torturują swoich przeciwników. To, czym większość komiksiarzy zachwyca się od czasów Strażników w komiksach istniało od lat trzydziestych tyle, że forma tego czegoś pozostawia wiele do życzenia. Jest coś jeszcze w fabułach Hanksa co zastanawia, a mianowicie w każdej z jego fabuł coś dziwnego dzieje się z rzeczywistością świata przedstawionego. Tym światem rządzi rozpad, brak pewności co jest rzeczywiste co nie... Być może wybiegam za daleko, ale komiksy Fletchera Hanksa jak nic kojarzą mi się z prozą Philipa K. Dicka.

Mało tego w końcu PKD miał sporą kolekcję pisemek i komiksów z okresu w którym pisał i rysował Hanks, ciekawe czy znajdowały się pośród nich te, w których publikował autor I Shall Destroy All the Civilized Planets?

Krótka historia Karasika podsumowująca i w pewien sposób komentująca ten album to absolutnie oscarowa czy raczej esinerowa historia. Karasik odnajduje syna Hanksa, pilota, bohatera. Dowiaduje się kim był jego ojciec, a był zwykłą świnią maltretującą fizycznie i psychicznie swoich synów i ich matkę. Flatcher Hanks był pijakiem i brutalem, dla jego syna nie ma absolutnie znaczenia co „komiksowego” ojciec pozostawił po sobie, ważne jakim był człowiekiem ot, prosty moralitet się z tego zrobił.



Best American Comics 2007 - Best Anthology

Jakiś czas temu tutaj na blogu niejaki mykupyku na moje hasło że dość mam już mody na autobiografie nakrzyczał na mnie, że bzdura, że to pitolenie, że niczego takiego jak moda takowa to nie ma.

Best American Comics 2007 to antologia pod redakcją Chrisa Ware, które osią, motywem przewodnim jest właśnie introspekcja autora, mało tego autor Jimmiego Corrigana we wstępie sugeruje że już w 2006 r widać pierwsze symptomy mody czy trendu. I co Pan na to Panie Myku?

Wracając do antologii, jakoś wiele sobie nie obiecywałem po tym wydawnictwie mając świeżo w pamięci Best American Comics 2006, pod redakcją Harveya Peakara, to taki wybór odgrzewanych kotletów był bez ładu i składu, przeznaczonych dla czytelnika nie-komiksowego. Antologia Ware’a dzięki bogu taka nie jest.

Po pierwsze jak już wspomniałem mamy tutaj motyw przewodni, komiks autobiograficzny, po drugie Ware jako redaktor nie tylko zajął się graficzną oprawą całego wydawnictwa ale przede wszystkim po prostu doborem prac. Oczywista oczywistość niby. Tyle tylko, że w tej antologii podobnie jak McSweeney's Issue 13 (moim zdaniem najlepszy zbiór i prezentacja amerykańskiego komiksu niezależnego) czuć „ducha” Chrisa Ware’a. Wiem że być może to zabrzmieć dziwnie ale komiksu tutaj zebrane wpisują się w pewien kanon graficznej i tematycznej estetyki. Czytając je ma się przedziwne wrażenie, że mamy tutaj do czynienia z prezentacją komiksów jednego autora. A przecież Ware jest tutaj „jedynie” redaktorem...

Wspaniały album dla tych którzy w komiksie niezależnym brylują i go znają, ot okazja do spojrzenia na znane skądinąd utwory z innej perspektywy, jak również dla „niezależnych laików”.