środa, 19 grudnia 2007

Kaznodziei jajko niespodzianka

Miałem zrobić klasyczny szat da hol i siedzieć cicho.
Ale no boże mój nie mogłem, nie wytrzymałem.

FROM GILDIA.KOMIKS.PL WITH LOVE
Kaznodzieja jest komiksem o współczesnej religijności i duchowości profesjonalnie sygnalizuje o wątpliwościach wiary w dobie skoncentrowania się na konsumpcji. Ennis zdradza swoje sympatie dla idei deistycznych, które kwestionują aktywne uczestnictwo Boga w stworzonej przez siebie Ziemi. Scenarzysta uderza w hipokryzję, będącą pochodną zinstytucjonalizowanej i dogmatycznej wiary.


Nie wiem gdzie to się urodziło, kto jest tatusiem i mamusią tego zlepku komunałów, okraszonych wisienką tandetnych banałów wyskakujących za każdym razem gdy mowa o komiksie Ennisa. Tą serie można cenić za wiele rzeczy, min za klimat pierwszych trzech tomów, za ten zlepek tajemnicy, grozy, miłości i hmm momentami chorego dowcipu. To western szmirowaty taki grindhouse komiksowy, szmira w dobrym tego słowa znaczeniu.
Kaznodzieja to serial, który ledwo ledwie wytrzymuje próbę czasu bo po tych prawie ośmiu latach telewizja i komiksy prezentują dzisiaj jakość do której Ennisowi daleko.
Ale nie wiedzieć czemu w Polsce utarło się że Kaznodzieja wielkim komiksem jest i kropka.

Czy jest? Recenzenci twierdzą że tak. Ja spróbuje odpowiedzieć na trzy bardziej szczegółowe pytania.

1. Czy Kaznodzieja jest jest komiksem o współczesnej religijności i duchowości?

Nie. Kaznodzieja to komiks prezentujący wizję religii, boga i człowieka z punktu widzenia licealnego pierwszoklasisty. Intelektualna moc dzieła Ennisa ma taka samą wartość co rojenia piętnastolatka, który ledwo przestał bawić się własnym siurkiem, a już bierze się za teologiczne rozważania. „Jeżeli bóg jest dobry dlaczego jest w nim tyle zła?” podstawowe pytanie, którym Jesse Custer wyciera sobie gębę znalazło odpowiedź już na początku całej opowieści. O co chodzi? Ano prosta sprawa Custer pieni się że bóg dał LUDZIOM WOLNĄ WOLĘ i na ziemi przez to dzieje się źle. No i może to jest odpowiedź Panie Ennis? Po co panu 66 odcinków skoro odpowiada pan sobie w najpierwszym z nich?
Cóż, autor udaje, że ta odpowiedź nie pada, ale oddać mu należy że konsekwentnie i spójnie realizuje wizję świata widzianego oczyma nastolatka wyzwolonego ze szponów masturbacji, ot chociażby w kwestii „opowieści o prawdziwych mężczyznach i męskiej przyjaźni”, ale o tym później.


2. Czy Kaznodzieja przedstawia naturalistyczny portret amerykańskiej rzeczywistości, panujących w niej zależności i stylu życia? Jak chce tego recenzent z Alei komiksu?

Oczywiście. Bardzo naturalistyczny portret. Oczywiście zoofilia, kazirodztwo sa statystyczną normą w USA i definiują zależności i styl życia amerykanów.
Odwracając to pytanie, być może Kaznodzieja jest po prostu pastiszem? Fajerwerkiem dowcipu i kręcenia beki z kraju za wielką wodą?
Trochę i przez chwilę.
Bo niestety po ostatnim tomie czytelnik ma wrażenie że autor opowiada mu co chwilę jeden i ten sam dowcip.
Co prawda dowcipy o ruchaniu są najzabawniejsze ale … no właśnie.

3. I ostatnie pytanie co z ta przyjaźnią? Co z ta miłością? Czy powinniśmy jak jarek O. z wrak.pl uwielbiać tą serię za poruszanie tematu przyjaźni czy miłości w sposób tak głęboki, jak w żadnym innym (..) komiksie?

No to trudne pytanie.
Bo faktycznie jest tu przyjaźń i miłość ale …
Nie wiem czy ktoś tematu wcześniej nie opisał, nie sprawdzałem ale…
Przy całym tym odzianiu męskich bohaterów w samcze cechy definiujące prawdziwego faceta, przy ciągłych rozmowach o wkładaniu czegoś przez kogoś w odbyt kogoś drugiego
i bardzo wyraźnej homofobii można w Kaznodziei doszukać się miłości… tylko tej przeciw naturze.

Oto mamy związek dwóch kochanków Kaznodziei i Wampira. Jeden z nich ciągle nie jest przekonany co do swojej orientacji i miota się pomiędzy zdeklarowanym homoseksualizmem, wersją Bi, a heteroseksualną normą. To Kaznodzieja. Drugi natomiast to typ aktywny nie obawiający się commingoutu. To Wampir. Miedzy nimi pojawia się kobieta domagająca się jasnej deklaracji od niezdecydowanego partnera, odrzucając po nieudanej próbie, model bitrójkąta. To Tulip. W tle przemyka zdradzony przez Kaznodzieje (być może jego były kochanek?) wściekły i pełen agresji Herr Starr. Postać tragiczna, dla której seks jest ściśle związany z miłością i bez ukochanego traci swą męskość. Symbolizuje to cudownie odcięte przyrodzenie Her Starra. W tym ujęciu Kaznodzieja to miłosny dramat trójki gejów, rozdartych pomiędzy miłością, a społecznymi normami, a w tle pojawia się jako motyw przewodni kwestia religii.

Cóż być może o to w tym wszystkim chodzi?
To pierwszy w historii gejowski serial komiksowy?


A na poważnie.
Kaznodzieja to czytadło z kilkoma momentami ani lepsze ani gorsze od innych.
Nic mniej.
Nic więcej.

Rzymskie wakacje

I znowu mnie nie było.
Ale jestem
A pomiędzy: „Nie było” a „Jestem”
Wydarzyło się całkiem sporo.
I tak:

- byłem w Rzymie ( i kij mi w oko)
- forum gildii zawrzało na wieść o nowościach timofa (i było fajnie przez chwil kilka)
- komiksy podzielone zostały na te „dobre” i te „nie dobre” (wg userów alei komiksu)
- mykupyku szczerzy zęby w telewizji internetowej Onetu (ale nie o komiksach)
- minister Schetyna przywitał się z Czesiem (Dzieńńńń dobryyy..)
- POST zaskoczył i pokazał że też machać fajką potrafi zacnie (w zapowiedziach)
- wydano antologie 11/11 (i nikt za to nie beknął)
- Kultura Gniewu wydaje Koze i Pierwszą Brygadę ( Koza ma u alejowców przesrane…chyba że Przekrój o nim napisze…)
- nadal nie czytam Przekroju ( i nie będę się z tego tłumaczył…)



Tyle skrótu wydarzeń

A teraz co kupiłem w Rzymie:

Lorenzo Mattotti – „Nelle profondita”

I teraz będzie ciekawie. Nie lubię komiksów Mattotiego. Po prostu nie i już. Na półce mam jedynie jego „Dr Jekyll & Mr Hyde” na zasadzie – jakbym chciał wiedzieć jak wyglądają jego komiksy to, o proszę mam! Dlaczego kupiłem ten album/katalog z wystawy? Ano bo lubię go jako grafika/malarza czy coś tam. I bardziej go cenie jako takiego ot po prostu artyche nie komiksiarza w dodatku w wersji nie artdeco. To śliczny albumik jest, polecam.

Hugo Pratt „Periplo Immaginario”


Niezwykły album. Akwarele, okładki, obrazki, obrazeczki Pratta w kolorze na ponad 400 stronach, w dośc dużym i nietypowym formacie. To taki album którego się nie ogląda ale dosłownie zjada obrazek po obrazku, strona po stronie… Cos niesamowitego.


Antoine de Saint-Exupéry „Designi”


Taaa.. to nijak nie jest komiksowe. Chyba że za komiksowe uznamy „ukomiksowane” rysunki/ projekty do „Małego Księcia”. Choć nie one sa w tym zbiorze najciekawsze.
Taka lekka fanaberia ten album, nie zwróciłbym pewnie na niego uwagi gdyby nie miejsce w którym stał- dział komiksowy dużej księgarni. Kupiłem i nie żałuję.


A ostatnio czytałem to:

Miriam Katin “We Are On Our Own”


Może nie wielkie ale jednak rozczarowanie. Memuar węgierskiej żydówki jest niestety kompletnie nijaki. D&Q zachęcało do zakupu mówiąc o problemach z wiarą, przeszłością itd. Problem jedynie w tym że nic z tych szumnych zapowiedzi w samym komiksie nie znalazłem. Wspomnienia są i owszem. Tragedia jest i owszem. Problem wiary? Nie istnieje. Puste to, bez wsadu emocjonalnego, który mógłby porwać czytelnika, w sposób jaki zrobił to „Maus”. Świetna forma graficzna zdaje się ukrywać fakt że historia rodziny Miriam przedstawiona została jak fragment pustych, książkowych wspomnień z czasów wojny do których już przywykliśmy. Problem z tym komiksem w tym że nie jest to rzecz do bólu zła, album ten jest po prostu nijaki.
A na koniec pasek.
w temacie.

kulturalna mięsna masakra


Max Anderson - Pan Śmierć i Dziewczyna

Trzeba od czegoś zacząć. Najlepiej od tego co słabe wtórne i mi się nie podoba. Czyli Max Anderson. Pixy to komiks punkowo zabawny, wesoło obrazoburczy, generalnie fajowy. Pan Śmierć już taki niestety nie jest. Zebrane w jeden tom krótsze fabułki Andersona zwyczajnie nudzą, bo po przeczytaniu jednej wiesz doskonale o czym będzie następna albo raczej jaki zestaw „kontrowersyjnych” środków zostanie zdetonowany. Przemoc i inne okropieństwa nie wiem czy maja mnie śmieszyć czy przerażać, ani mnie to bawi ani mnie to straszy, generalnie strasznie nudzi. Andersona nie wiem czy bawi motyw z multiplikacją za pomocą pryszczy i spermy, bo mnie tak. Ten motyw zwaliłby mnie z nóg, gdyby nie fakt że w „Panu Śmierci” znajdę tylko motywy i zagrywki tego typu. Do tego nad tym albumem unosi się coś brzydkiego… taka chmura z napisem „wybitne”, „ważne” „nie szukaj w tym zwykłej beki bo ten gość to sztukę robi, w mięsie rzeźbi”. Kolejnego Andersona pewnie zakupię, ale dla przeżycia vomit-voilent-humor prędzej obejrzę Violent Shit- Andreasa Schnaasa, o którym pisze nomen omen Piotr „Błędny Kowboj” Sawicki. Rąbanie mamy tasakiem, rejestrowane vhs’em, zdecydowanie wygrywa z pryszczami, spermą, zbuntowanym płucem czy Jasiem pistoletem.

Łukasz Ryłko – Śmiercionośni

To teraz będzie o czymś co podobało mi się dużo bardziej. Łukasz Ryłko. Trzeba koniecznie to nazwisko zapamiętać bo ten człowiek jest na najlepszej drodze aby już nie długo znaleźć się w pierwszej lidze polskich komiksiarzy. Oto Ryłko porywa się na najtrudniejszą z możliwych komiksowych form- komiks niemy. Szczerze mówiąc sądziłem (wiem że to brzydko) że nie da rady, że polegnie, że da ciała i w ogóle, a tu „pacz pan jakie cuda”. Udało się autorowi „Śmiercionośnych” opowiedzieć kilka historii do tego spójnie je połączyć w całość, do tego stworzyć klimat melancholii, pewnego dalekiego od sztuczności smutku i zadumy. Do czego można się przyczepić to nierówność tych historii, pierwsza jest doskonale dopracowana, kolejne niestety mają się już gorzej. To nie jest mega, giga komiksowa pyta, to bardzo przyzwoity debiut, z naciskiem na debiut nie na przyzwoity, bo to dobry komiks jest.

Marek Lachowicz – Człowiek Paroovka

Najlepsze na koniec.

O Jezus Maryjko co za kosmiczna jazda!!! O ile Wilq jest jedna z 5 najśmieszniejszych rzeczy na świecie to komiksy Lachowicza na pewno lądują na kolejnej pozycji. „Człowiek Paroovka” to blitzkrieg dowcipu, pancerna dywizja gangu wąsaczy absolutnie powaliła mnie na kolana. W sumie na tym można by poprzestać bo opowiadać można i owszem o tym co tam fajnego, komiksowego, tylko po co? Komiks Lachowicza ma bawić i robi to doskonale. Marek pokazał kto ma największą paroovke w polskim cartooonie.

I tyle.

Dick Laurent is dead

No nie Dick Laurent.

A Andrew Arnold.

I nie Dead.

A koniec the fakin end of TIME.comix by Andrew D. Arnold.

Dla mnie to gigantyczny nius. Chociaż już stary ale cóż, wstyd się przyznać od dawna tam nie zaglądałem. Dla mnie Arnold to gość. Większość jego opinii o komiksach pokrywała się z moimi skromnymi zapatrywaniami, a komiksy przez niego opisywane o których nie wiedziałem nic lub prawie nic lądowały szybko na mojej półce.

Arnold nie prowadził normalnego bloga, miał za plecami Time.

A teraz już nie ma.

I dupa.

Chciałem wrzucić niusa na forum gildii ale zrejterowałem po smutnej konstatacji, że musiałbym konkurować z mega niusami o tym kto został rednaczem magazynu dla dwunastolatków albo co gorsza o tym dlaczego Trust ssie (tu mała dygresja gdzieś tam kiedyś jak usłyszałem o projekcie Wojewódzko-Figurskim napisałem co o tym myślę miało wylądować na blogu ale zniknęło w czeluściach któregoś z kompufff – został tylko niedwuznaczny tytuł notki: Za dychu w papu!).

Ale jeśli już o blogach.

Komiksowych blogów w świecie jest od groma.

I oprócz zerkania na comicsworthreading i blogu fantagraphics chyba niczego nie śledzę – co prowadzi do kuriozalnych sytuacji zamawiania komiksów na tzw. pałę, można się nieźle przejechać, niestety.

Czytam za to blogi polskie i jak to pisanie na forum stało się synonimem mega wiochy jak pisał Maciej P. tak życie/dyskusje komiksowe przeniosły się na blogi.

I tak turu na swoim blogu pokazuje kto ma większego w zwarciu turu vs „czytelnicy z alei” i nie tylko bo Marek uprawia fajną publicystykę komiksową. Maciej P nawet się wziął za pisanie recenzji nie tylko komiksowych. Mało tego nie dość że rysuje konie i ich plecy to twierdzi ze jest fajnie, komiksowo fajnie. A Kamil Ś. pisze o wszystkim w sumie, ostatnio o antologii „Niewinne dzieci” – faktycznie te dzieci nie były niczemu winne, a jednak B. Kurc wziął i się nad nimi był popastwił. Śmieszno i Stranszo zarazem.

Na innych blogach nic się nie dzieje, szczególni nic na innych niż turururu blogach belowradars. Może to czas żeby się ostatecznie usamodzielnić pod własnym adresem?

egmont sregmont

Dobrze, będzie o komiksach

Po miesiącu kilka słów o premierach MFK

Moebius - Świat Edeny

Rysownik Rafał Szłapa, ten z ognikami, czy też promieniami w oczach (KRL all right reserved) powiedział mi dzisiaj że ten album powinien mieć tytuł „Po prostu bądź”. I cośw tym jest. Moebius po prostu jest, więcej nie musi, jego komiksom do mistrzostwa świata nie potrzeba wiele więcej poza nazwiskiem Giruad na okładce. Dwa tomy prac Moebiusa świetnie się ogląda, bo faktycznie osiągnął on bardzo wiele w kategorii wagowej "ligne claire" – jego czysta linia powalić może na kolana czy też doprowadzić do łez. Bo zapłacze nad tym albumem niejeden piewca pleców konia i ciufci. Minimum środków generuje maksymalna siłę wyrazu. ”Świat Edeny” ogląda się fenomenalnie. Niestety tylko ogląda, bo fabularnie album ten jest wydmuszką, zestawieniem kilku pretekstów do rysowania sobie
a muzom, ewentualnie na potrzeby reklamy citroena. Zresztą sam autor w cytowanych w albumie wypowiedziach kręci bat na własne dupsko. Oto Moebius stwierdza że Świta Edeny nie miał scenariusza, powstawał ad hoc, bez specjalnego planu. „Niczego nie planowałem, nie wiedziałem dokąd zmierzam” pisze autor i to ma niby tłumaczyć mielizny fabularne, porzucanie kolejnych wątków. Niestety ewidentnych bzdur, pieprzenia trzy po trzy i zwyczajnego zapominania kto jest kim i dlaczego w tej historii nie da się wytłumaczyć „oniryczną wizją świata przedstawionego”

„Świat Edeny” jest przepięknym album z ilustracjami, zdecydowanie za drogim dodajmy. Jest zdecydowanie mistrzem komiksowej grafiki jednak dla mnie mistrz komiksu to ktoś kto swoimi pracami dostarcza czytelnikowi na talerzu wspaniałą rozrywkę albo to „coś więcej”.

Moebius podaje na srebrnej zastawie 400 stron niczym nieskrępowanej nudy próbującej udawać to „coś więcej”.

Marzi - Dzieci i ryby głosu nie mają


Ten kto porównał ten komiks do „Persepolis” powinien w tym momencie zakrztusić się własnym językiem, ewentualnie powinien dostać tygodniowej czkawki. Komiks Marzi to największe moje komiksowe rozczarowanie ostatniego roku. Miało być tak pięknie, Polska lata 80 klimat życia w bloku, kolejek, klimat PRL’u. A co jest?

Ano jest mierny zestaw nieciekawych opowiastek komiksowych, połączonych osobą autorki. Niestety opowiastki po pierwsze i najważniejsze sa nieudolnie skonstruowane, co widać od pierwszej strony. Marzena Sowa opowiada o świętach, o karpiu, o całym polsko-świątecznym cyrku i… nic z tego nie wynika. Bo czytelnik nie wie czy ma do czynienia z anegdotką, kronikarskim przedstawieniem świata, czy osobistymi wrażeniami z dzieciństwa autorki. W efekcie po lekturze tej pierwszej historii (i kolejnych) w głowie pozostaje nam jakaś niesamowita sieczka. Do tego dochodzą rysunki, Savoia przedstawia kolorowy i piękny świat lat 80, kreskówkowo przesadzony i absolutnie nieprawdziwy. Jasne, ejtisy które pamiętam wcale szare i bure nie były. Wręcz przeciwnie, moje wspomnienia z dzieciństwa to fajne wspomnienia i kolorowe, ale te kolory inne są niż cartoon Savoia. Dobrze, kolory kolorami ale wróćmy do fabuły. Czytając ten komiks mogłem spodziewać się dwóch rzeczy, albo poznam- zobaczę na nowo Polskę końca PRL, albo poznam bliżej Marzi, w końcu to jej wspomnienia. Po 96 stronach komiksu o latach 80 w Polsce wiem niewielea o autorce/bohaterce komiksu jeszcze mniej.

Mały, drogi niewarty w zasadzie uwagi albumik wywołał chwilowo odrobinę medialnego szumu, nie dlatego że jest dobry, zły czy brzydki, ale dlatego że to polka i że we Francji wydana.

Z tej okazji gratulacje dla Śledzia i jego NSS – nomen omen docenionego przez czytelników w Łodzi. Marzi daleko do poziomu Mr Heringa.

Btw- Czy tylko mi się wydaje, że nagroda publiczności to jedyna warta cokolwiek nagroda MFK?

W konkursie z jury wręczanie nagród trwa dłużej, a scenarzysta może dostać konieczny w pracy każdego scenarzysty komiksowego zestaw cyrkli.

Żeby to chociaż cyrkiel i kielnia były.


A jutro jak bóg da pakiet Kultury Gniewu.

polecajki, połajalki

A dzisiaj zaczniemy od polecanek.

Bo dużo czytam mózg trenuje itd. Itp.

Fell

Warren Ellis/ Ben Templesmith

Jakiś czas temu na forum gildii toczyła się dyskusja o komiksowym horrorze i dlaczego takie komiksy ans nie straszą. Żeby było jeszcze ciekawiej Egmont wydaje serie co nazywa się Obrazy Grozy, ale z groza niewiele mająca wspólnego no chyba, że mamy na myśli budzący grozę debilizm bijący ze stron komiksowej antologii Hellreiser (co ciekawe po przeczytaniu tego steku bzdur cieplejszym okiem spojrzałem na Piekielnie Wizje). W każdym razie, Fell.

To niby jest kryminał, niby jakiś taki czarny kryminał, ale jak dla mnie bliżej mu do całkiem przyzwoitego horroru, który nie straszy potworami z dupy ale straszy i to dość fajnie klimatem. Ellis pozytywnie zaskoczył mnie już drugi raz w ciągu ostatnich miesięcy, po absolutnie fantastycznym Desoletion Jones, Fell to potwierdzenie umiejętności tego scenarzysty. O fabule wiele pisał nie będę o tutaj jest wystarczająco dużo. To, co przychodzi mi na myśl patrząc na ten komiks to któraś z wersji Candymana, przepraszam ale nie pamiętam która to była, w każdym razie tam akcja toczyła się w wielkim blokowisku, które straszyło bardziej niż śmieszny murzyn w futrze. Minusem są obrazki, obrazeczki Templesmitha, które okej potrafią wzmóc nastrój grozy i niepokoju od pierwszych stron ale…. ale każdy kadr każda plansza wygląda tak samo niezależnie od tego gdzie toczy się akcja i czego dotyczy.

Po przeczytaniu pierwszego TPB zdecydowanie mam ochotę na więcej.

Three Paradoxes

Paul Horschmeier

Był taki filozof, Zenon z Elei. Dowodził on niemożności istnienia wielości rzeczy i ruchu. Paul Horschmeier, też filozof ale komiksowy wziął na warsztat dowody/paradoksy Zenona i na ich podstawie sklecił komiksową fabułę, która moim zdaniem aspiruje do listy the fakin best of 2007. Horschmeier z paradoksów Zenona wysnuwa jeden wniosek, takie lekkie uogólnienie – nie tylko ruch ale wszelkie zmiany, nie istnieją. W jego fabule przenikają się trzy różne historie, trzy różne czasy, trzy różne rzeczywistości. Opowiadając zbyt wiele o tym komiksie można go fenomenalnie zepsuć więc się zamykam. Polecam.

A teraz nie polecajki.

Czyli Ronin in polisz. Nie bardzo rozumiem oburzenia coponiektórych na moim zdaniem słuszne pretensje czytelników którzy w cenie 100 złotych po raz kolejny dostali coś co jest dowodem na permanentne siuranie Egmontu na czytelnika. Głosy jakoby należałoby się zamknąć bo Kołodziejczak zasłużył na złote majtasy za to co zrobił dla KOMIKSU, a przy okazji to przecież drobny błąd, a w ogóle o co ta afera, to jak dla mnie przegięcie pytona.

Idąc do restauracji gdy dostajemy rachunek na 100 złotych polskich, a w trakcie posiłku w zupie znajdujemy muchę, a główne danie wygląda jakby ktoś na nie obficie napluł, idziemy do właściciela i robimy awanturę. Czyli drzemy ryja.

Restaurator albo zmienia kelnera, albo kucharza albo lep na muchy ale reaguje. Tymczasem Pan K. stwierdza że ma to w dupalu.

Brawo