wtorek, 18 grudnia 2007

Odgrzewany szpinak

o szpinaku będzie

Historie miłosne to kwintesencja obyczajowości. To temat trudny, tak dla literatury i filmu jak i dla komiksu. Wśród ogromu opowieści temu poświęconych, obok tworów szczególnych i wartych uwagi swobodnie egzystują latynoamerykańskie telenowele, wszelkiej maści Harlequiny czy wreszcie romantyczne komedie. O dziwo komiks, niezależnie pod jaką szerokością i długością geograficzną powstaje, radzi sobie z tym tematem nadzwyczaj sprawnie. Czy można mówić o miłości, zakochaniu w nowy sposób, unikając spirali powtórzeń i cytatów? Zdecydowanie można. Tam gdzie kino okazuje się pretensjonalną hucpą, a literatura grzęźnie w wymyślaniu nowych form dla tych samych treści, pojawia się komiks.

Przekonać czytelnika do historii miłosnej to nie lada sztuka. Potrzeba prawdziwego talentu, by oszukać czytelnika zmyśloną historią, która jest, będzie lub była mu znana (Każdy przecież kiedyś był lub będzie zakochany). Najprostszym rozwiązaniem jest sięgać do własnych przeżyć i własnych uczuć, wzbogacać nimi zmyślone historie, bądź. W "Yukiko's spinach" Frederic Boilet, mówi o sobie. O krótkim, ale gwałtownym romansie, francuskiego rysownika komiksów, mieszkającego w Japonii i młodszej od niego kobiety Yukiko, która oprócz kilku chwil bliskości i namiętności nie jest w stanie dać mu tego, czego pragnie najbardziej. Miłości.

Scenariusz stary jak świat. Ot ktoś się zakochał w kimś, kto kocha kogoś innego. Opowieść Boileta przedstawia jego przeżycia w taki sposób, że czytelnik chcąc nie chcąc identyfikuje się z zakochanym bohaterem, a tragedia miłosna autora, staje się po części dramatem czytelnika. Udaje się to dzięki kilku zabiegom i trikom w kreowaniu fabuły i jej rysunkowej prezentacji. Boilet, krótki i ściśle określony w czasie i przestrzeni romans przerzuca w świat wspomnień. Łamiąc linearność fabuły, zastępując wypowiedzi głównego bohatera komentarzami, przenosi ją poza konkretny czas, ta miłość nie ma jednoznacznego początku i końca, poznajemy ją już w "trakcie", z kadru na kadr, ze spotkania na spotkanie, przeplataną kartkami z kalendarza, szkicami i notatkami autora. Ta opowieść mogła wydarzyć się wczoraj, jak i rok temu, a naprawdę dzieje się nadal, w pamięci autora i pomiędzy przewracanymi przez czytelnika stronami.

W warstwie graficznej Boilet posłużył się prostym trikiem dzięki któremu osiąga pełną "przezroczystość" tej historii. W całym komiksie jedynie sporadycznie pojawia się postać głównego bohatera- autora. Czytelnik nie musi starać się, aby uczestniczyć w tej historii. Od pierwszego kadru widzi ten komiksowy świat oczami głównego bohatera, zapominając o medium, poprzez które w ten świat zagląda. Najbardziej widoczne jest to w scenach erotycznych. W każdej z nich występuje jedynie Yukiko i dłonie głównego bohatera wychodzące jak gdyby spoza kadru. Dotyk, pocałunki, pieszczoty- wszystko to czytelnik może nie tylko zobaczyć, ale bez mała przeżyć.

Mimo dosłowności, każda z tych erotycznych scen jest niesamowicie delikatna i zmysłowa. Pełna miłości, a jednocześnie piekielnie smutna. To nie jest dramat wielkich słów, zdrad czy zawodów. To dramat cichy, nie polegający na tym, co ktoś powiedział lub zrobił, a właśnie na oczekiwaniu na słowa i gesty, które nie nadchodzą. Boilet doskonale zdaje sobie sprawę z przelotności tego romansu. Wie, że niczego nie może oczekiwać, a jednak łudzi się od pierwszej do ostatniej strony. Łudzi się, że to on będzie tym jedynym. I tą beznadziejną ułudę czuć przez całe 144 strony komiksu.

Przez lata mojej edukacji, różni ludzie w różnych szkołach i poza nimi, próbowali wbić mi do głowy podstawy historii sztuki, w tym podstawowe informacje na temat Japonii. Przyznam niewiele z tego zostało, ale dzisiaj przyglądając się rysunkom Boileta, delikatnym i zwiewnym, a jednocześnie realistycznym, to z czym mi się one kojarzą to styl haiga w sztuce japońskiej. Haiga to grafika inspirowana krótkim wierszem haiku, to połączenie na jednym skrawku papieru tekstu i obrazu.

Coś jak komiks.

Niezależnie od moich mniej lub bardziej trafnych porównań rysunków Boileta do konkretnych stylów w sztuce, widoczna gołym okiem jest europejskość a dokładnie "francuskość" metody opowiadania jaką stosuje ten autor. Wbrew pozorom to nie komiksom frankońskim ten sposób jest bliski, a kinu tzw. francuskiej nowej fali. Jak u Jean-Luca Godarda, u Boileta znaczenia nabierają pojedyncze sytuacje i wplecieni w nie bohaterowie. Dialog zastępują gesty i spojrzenia, mówiące więcej niż słowa. Kontakt pomiędzy bohaterami, ich emocje i uczucia, wyrażają się w fizycznej bliskości. Oni nie potrzebują słów, aby dzielić się uczuciami ze sobą i czytelnikami.

"Yukiko's spinach" to przepięknie opowiedziana i zilustrowana opowieść o miłości, stworzona na styku dwóch kultur i tradycji komiksowych, japońskiej i francuskiej. Pozbawiona patosu i sztuczności, prawdziwa, okraszona nie wymuszona poezją, tragiczna tak jak tragiczna może być tylko autentyczna nieodwzajemniona miłość.

Puszka pełna robaków

Can of worms

Scenariusz i rysunki: Catherine Doherty


"Can of worms" Catherine Doherty to taki mini komiks, na który trafia się przypadkiem, przypadkiem kupuje i zakochuje się w nim od pierwszego przeczytania.

Niezwykłość tej historii wynika z dziwacznego połączenia formy i tematu. Mamy tutaj opowieść, której bohaterka, od momentu w którym dowiaduje się że została adoptowana, rozpoczyna poszukiwania swojej biologicznej matki. Niczego nie oczekując niczego nie chcąc poza jednym- poznaniem jej i chwilą rozmowy. Fabuła już wyeksploatowana, w dziesiątkach telewizyjnych filmideł, cukierkowo wzruszających. Komiks Doherty wygrywa w porównaniu z podobnymi historiami sposobem w jaki opowiada. Jej obrazkowa historia w której motywem przewodnim jest chęć spotkania i prostej rozmowy, pozbawiona jest dialogu!

To komiks niemal niemy, niemal bo o tym kim jest bohaterka i kogo szuka dowiadujemy się z fragmentów listów, które wysyła do swoich potencjalnych matek, czy też urywki aktów stanu cywilnego mówiących o adopcji. W efekcie autorka osiąga coś co zdawać by się mogło jest niemożliwe: opowiada bez słów historie o potrzebie rozmowy, mało tego w kulminacyjnym momencie komiksu do spotkania między córką i matką dochodzi, do rozmowy także, ale my czytelnicy nie bierzemy w niej udziału, przyglądamy jej się z boku. Dzięki temu Doherty tworzy bardzo intymną atmosferę, przy czym cały komiks kipi emocjami. Nie jest to epicka opowieść, raczej delikatne, ciepłe bardzo osobiste wyznanie.

Kaka Demona

O dwóch przykładach, jednym jak z wyświechtanej i zużytej formy zrobić coś nowego świeżego, miłego dla oka i drugim jak ze stosunkowo nowej formy strzelić absolutnie fatalną kake.


The Fall

Scenariusz : Ed Brubaker

Rysunki: Jason Lutes


Trzydzieści parę stron komiksowego kryminału… hmm obyczajowego kryminału. Bo w końcu nikt w tym komiksie się nie strzela nie ma wielkiego śledztwa, policjanta, detektywa. Jest młody człowiek który wpadł w kłopoty z powodu durnej sprawy z karta kredytową. Jest dziewczyna, która dziesięć lat wcześniej została zamordowana, a sprawca tej zbrodni nigdy nie został ujęty. Jest podejrzewany o zabójstwo policjant i jego córka. I jest też zakopana w ogródku torebka ofiary.

Tyle, nic wielkiego. Wyświechtane motywy ułożone na nowo w nową formę, przepięknie ta historia jest opowiedziana, mimo a może przez to, że niewiele się w niej dzieje.

Brubakera chyba zachwalać nie muszę, Lutesa zresztą też. Kto może ten komiks zdobyć- polecam gorąco. To taki dodatek do „Karuzeli głupców” i „Berlina”.

Escepe from special

Scenariusz i rysunki: Miss Lasko-Gross

Dawno nie zmęczyło mnie tak czytanie komiksu jak w tym przypadku. Nie wiem jak to jest ale po kilku udanych albumach z kategorii autobiografii pojawiają się kolejni autorzy święcie przekonani o tym że komiksowa autobiografia to najlepsza przepustka do sławy chwały kobiet i majonezu. Jakoś do głowy nie przychodzi im, że aby ich własne prywatne historie były dla czytelnika atrakcyjne, muszą mu zaprezentować cos naprawdę wartego uwagi. Pani Lasko – Gross opowiada o swoim dzieciństwie beznamiętnie głupawo i zwyczajnie nudno. Trudno mi ten album traktować inaczej niż jako próbę odcinania kuponów od popularnego ostatnio formatu.

A w temacie KAKAA DEMONNNAAA przesłana przez KRL’a

Antologia Grzegorza Janusza

Tak, ten tytuł u góry to prowokacja ale z gatunku tych lekkich.

W ramach odrabiania zaległości słów kilka o PW44.
Po pierwsze i najważniejsze, czytając tą antologię doszedłem do wniosku że nie jest to żaden dream team jak we wstępie pan dyrektor muzeum raczył napisać. W każdym razie dla mnie.

Okej to najlepsza antologia polskiego komiksu.

Okej to popis kilku rysowników z tzw. pierwszej półki.

Ale jednocześnie to li tylko (a może aż?) świetnie wydany notes z kontaktami Trusta.

Czym zatem PW44 jest?

Ano jest popisem jednego scenarzysty popisem niesamowitych możliwości, olbrzymiej wyobraźni, profesjonalnego podejścia do tematu, delikatności w tym i co tu dużo mówić inteligencji scenarzysty.

Janusz napisał cztery historie do tej antologii.

Trzy z nich ujmują temat powstania w sposób tak świeży i tak ( w polskim komiksie ) niespotykany, że tylko dla nich warto wydać tych 70 czy więcej złotych. Dodajmy jeszcze że akurat te komiksy to graficzne perełki tego albumu: Gawronkiewicz, Frąś i Konior.

Komiksy Janusza maja w sobie to wszystko co wg mnie komiks tyczący się historii powinien mieć. Nie traktuje tematu historycznego z kronikarskim zadęciem, przysłowiową szyszka w dupie a’la komiksy Zin Zinu. W jego scenariuszach widać, że temat nie jest tylko pretekstem do zrobienia komiksu, Janusz traktuje komiks jako wypowiedź w danej sprawie. Ten scenarzysta nie przedstawia epizodów z powstania, on mówi o PW bardzo osobiście. Kolejną rzeczą jest totalna POLSKOŚĆ scenariuszy Janusza. On żongluje motywami niezrozumiałymi dla innego niż polski czytelnika, robi to w taki sposób że jego opowieści nabierają bardzo intymnego dla nas polaków charakteru.
Jego prace są okraszone duża dawką metafory, delikatnej poezji, a jednocześnie pozbawione patosu, zmuszając nie tylko do refleksji nad PW, ale przede wszystkim zmuszają one do MYŚLENIA o powstaniu.

Bo mimo wielkich akcji PR’owych ta antologia poza pracami Grzegorza Janusza nie wnosi absolutnie nic nowego do tematu powstania. Ot jest sobie pełna obrazków powstańców i tyle.

Tak naprawdę poza jednym przypadkiem historie w antologii są pozbawione refleksji. Od kiepskich antologii konkursowych różni je tylko profesjonalizm wykonania, nie sama jakość historii. Jak mówiłem z jednym małym wyjątkiem, a mianowicie doskonałym komiksem autora „Ursynowskiej Specgrupy do rozwałki”.

Mało tego zdarzają się w niej pierdy jak świetnie narysowana historia Adlera i Piątkowskiego, która jest nijaka i o niczym. Kołodziejczak i Trust opisują historie Wandy Lurie, której zeznanie dostępne w internecie mimo wyprania z emocji jest dla potencjalnego czytelnika bardziej wartościowe niż komiks dwóch doświadczonych twórców.
Ta bezrefleksyjność autorów dla mnie jest zadziwiająca, bo ponoć Muzeum nie cenzurowało w żadne sposób tych prac.
To, co przedstawił Janusz to nie tylko mistrzostwo w kategorii historycznej, to także mistrzostwo komiksowej krótkiej formy. Co ciekawe przewagę Janusza nad całą resztą „antologicznych” twórców najlepiej widać na przykładzie komiksu do scenariusza Denisa Wojdy. Ot historia klasycznie ograna, schematyczna i cholernie przewidywalna.
Okazuje się że Grzegorz Janusz ma zdecydowanie największego w Polsce pytonga w kategorii krótkiej formy komiksowej.

Pytanie tylko dlaczego Romantyzm jest taki słaby?

Dużo czytam mózg trenuje

Misery Loves Comedy

Zebrane w jeden album komiksy Ivana Brunettiego – „Schizo”

No i właśnie. Schizo. Po raz pierwszy czytałem album w którym zamiast wstępu znanego twórcy, krytyka czy wydawcy mianem wstępu występuje opinia terapeuty autora.

Ivan jest świrem. Kompletnym. Jego komiksy to żale frustrata do świata na tematy wszelkie, czasami ryki i zawodzenia popaprańca, który nienawidzi świata nie akceptuje siebie generalnie cierpi na chroniczną depresję. Przy okazji mówi, mówi i mówi.

I to jest problem, bo jego komiksy to ciągi monologów… różnej wartości. Niestety ze strony na stronę czyta się to gorzej i gorzej. Bo o ile pierwsze historie w albumie są świeże, zabawne i interesujące, o tyle im dalej w las tym gorzej. Wywody Brunettiego w pewnym momencie stają się męczącym pierdoleniem o tym samym. Poza tym autor przegina w stosunku tekstu do rysunku. Całe strony zapisane drobnym maczkiem które ilustruje paskudna gęba autora. Takie sobie. Ten album ma jednak coś, co sprawia że warto go kupić, przeczytać i postawić na półce. To cartoony Brunettiego. Absolutnie fenomenalne. Ten gość łamie wszelkie tabu, robi rzeczy tak ostre i przy tym tak cholernie śmieszne, że po chwili oburzenia czy zniesmaczenia zaczynamy dziko rechotać. Brutalne, kąśliwe, obrazoburcze, pełne seksualnych podtekstów, cartoony tym różnią się od komiksów „terapeutycznych” z tego albumu, że nie można im zarzucić jednostajności i nudy. Nie tylko pod względem humoru, ale przede wszystkim konwencji rysunkowej. Absolutnie fenomenalne!!!

Podobno ktoś przymierza się do wydania części materiału z Misery Loves Comedy w Polsce- trzymam kciuki, społeczne grupy protestu, moherowe berety i publiczne palenie komiksu zapewnione, ot chociażby za żarty z Jezusa zbawcy masturbującego się stygmatami.

No co?

Mówiłem że Brunetti jest ostry.

Druga sprawa

„Van Helsing nights off”

Mykupyku pisał o „Lone Racer” – komiks ten zresztą trafił do górnej półki, a ktoś go w Polsce zaczyna wydawać zatem warto o kolejnym jego albumie wspomnieć. „Van Helsing” to zbiorek krótkich humorystycznych komiksów ze znanymi hordowymi postaciami, takimi jak Mumia, Wilkołak czy sam tytułowy Van Helsing. Śmieszne subtelne, delikatne i miłe dla oka porządny albumik, który na promocji w Top Shelfie można nabyć już od 2$. Polecam

A poza tym poytong kontest

Powiem tak, że czuje się tak:

Covert Front Episode I rozbił bank – jednego miliona graczy w tydzień.
Ponmad 1500 komentarzy i do tego jeden polski hatemail:
"gra w pyte. Jesteś buc" podpisano art 123@op.pl
całe tysiać pincet nie robi na mnie takiego wrażenia jak ten jeden mail
W produkcji kolejne gry.
I do tego w bardzo komiksowej obsadzie.
Twórców mam na mysli.

rajders of de storm

Burza była.

W czwartek.

Wieczorem.

Burza taka, że z Agą i kotem leżeliśmy w ciemnym pokoju gapiąc się w okno.

A za oknem ktoś dawał nam do myślenia.

Dawał tak, że człowiek miał ochotę na przekór, stanąć w oknie zapalić papierosa i czekać na piorunowe pierdolnięcie.

Grzmiało, zacinało piorunowało, kota straszyło.

Niebo było stalowe.

Mieszkamy na stalowym.

Nie wiem jak to rozumieć.

Taki wieczór kiedy człowiek człowiekowi bliższy się zdaje.

Taki romantic moment.

Taki czas w którym najlepiej spytać…

A: Wyczyściłeś Kotu kuwetę?

K: Nie, zaraz…

A: Kiedy ostatni raz ją czyściłeś?

K: W niedziele.

A: A mamy czwartek…

K: No, dwa dni do niedzieli…

Nie pisałbym o tym gdyby nie to, że czyszcząc kuwetę znalazłem komiksy(nie, nie w kuwecie).

Conversation # 1 i 2

Scenariusz i grafika: James Kochalka, Craig Thompson, Jeffrey Brown
Wydanie: USA, Top Shelf Productions,
Cena: $ 4.95, stron:48, softcover,

No i właśnie. Kwintesencja mini komiksu, mały format, mała objętość. To „komiksowa” rozmowa dwóch twórców. Pierwszy mini albumik to pojedynek na słowa i rysunki Kochalki i Thopmsona. Obaj autorzy rozmawiają o tym czym komiks jest dla nich, czym jest sztuka, kim w tym związku są oni – komiksowi twórcy, kim dla nich jest czytelnik. Spodziewałem się wiele po konfrontacji tych panów. I co? Na Kochalce się nie zawiodłem. Ten człowiek po raz kolejny udowadnia, że to co robi nie jest zabawą, mimo zabawnej parodystycznej formy którą wykorzystuje. Kochalka na tych 48 stronach udowadnia jak świadomym artystą (sic!) jest. Jasne, robi komiksy o świniach w kosmosie, o wielkim żabim wzwodzie to forma wybrana świadomie, żadne tam pierdy. Tymczasem Thompson rozczarowuje. Rozczarowuje jako komiksiarz, rozczarowuje jako artysta. To, co w „Conversation” prezentuje to obraz zagubionego nastolatka, który nie wie dlaczego robi to co robi, nawet się nad tym nie zastanawia. Jego komiksowa twórczość jest bezrefleksyjna, jedyne o czym myśli mówi itd. to żal. Bardzo konkretny. Żal młodego człowieka, który głodny sławy i uznania dla swojej sztuki, kiedy osiąga i sławę i uznanie ma żal, że to sława i chwała…. komiksowa. Nie wiem jak jakikolwiek twórca może tworzyć, pracować w ramach medium, którego się wstydzi…

Cóż Craig to niestety jeszcze dzieciak, genialny dzieciak, ale wciąż nie mający pomysłu na siebie. „Converstaion 2” to zupełnie inna jazda. Kochalka vs Brown. O ile Thompson nie był dla autora „American Elf” sparing partnerem, o tyle Jeffrey Brown nie daje się zepchnąć do narożnika. Przyjemnie czyta się ten mini manifest dwójki, moim zdaniem najbardziej wszechstronnych niezależnych komiksiarzy.

Ocena: 5/10

„Sunburn”

Scenariusz i grafika: James Kochalka
Wydanie: USA, Top Shelf Productions,
Cena: 2,65$, stron:24

Komiks ten to skoczek. Wyskakuje w najdziwniejszych momentach. Przeprowadzka, szukanie zagubionej książeczki wojskowej, sprzątanie kuwety. Za każdym razem chwytam ten mini-mini komiks w rękę i.. czytam nie mogąc się oderwać. Kochalka napisał i narysował to w 2000 roku, ja dostałem ten zeszycik przez czysty przypadek i czyjąś pomyłkę w milehighcomics.com. trudno o tym albumiku opowiedzieć, trudno mówić tutaj o fabule, to raczej zapis medytacji. Oczywiście prostej w przekazie i bardzo dosłownej, jak to u Kochalki.

Co ciekawe jest to jedyny komiks tego autora (jedyny jaki znam) rysowany w realistycznej konwencji. Kochalka siedzi i rozmyśla. Pięknie te swoje rozmyślania ubiera w komiksową formę. To taki komiks krzyczący okładką – Stop! Zatrzymaj się! Pomyśl, zrób kupę ale potem umyj ręce. Jak to u Kochalki…

ocena: 10/10