piątek, 28 grudnia 2007

Nostalgia z Corto w tle

Nie wiem jak to się stało (tzn wiem znam stan konta, ale wole przed Agą udawać że to jakieś cuda…), ale w ciągu ostatnich kilku tygodni w domu zaroiło się od nowych komiksów. Tych po polsku i tych po angielsku. Schemat postępowania z nowymi albumami był podobny: spojrzeć na okładkę przekartkować odłożyć na polkę gdzie leżą albumy do przeczytania. Kiedyś tam… może przez święta.

I odłożyłem Pierwszą brygadę i nowego Kozę Jana i najnowsze Fables i Exit Wounds i parę innych…

Ni z tego ni z owego do wydawniczego życia wrócił POST i co? I kupiłem Persepolis i odłożyłem na półkę, i kupiłem Corto Maltese: Etiopiki i… nie wiem jak to się stało że zacząłem czytać pierwsza stronę i nie wiedzieć kiedy znalazłem się w środku afrykańskich przygód Corto…

Nie ma sensu powtarzać po raz kolejny czym jest Corto Maltese, kim był Pratt, bo też to nie przez to wchłonąłem album w kilka chwil, zapominając o bożym świecie. Corto Maltese to przede wszystkim nostalgia za prawdziwą przygodą, tą przygoda przeżywaną na ekranie
w kinie, czy na papierze pod kołdrą, przygodą wyzbytą efekciarstwa i komercji. Corto to wspomnienie Gwiezdnych Wojen bez Jar Jar Binksa z romantyczna nutą i nie nachalną poezją.

Czytając komiksy Pratt’a mam wrażenie że znów mam 11 lat i czytam wieczorami przygody Tomka Wilmowskiego. Czytam i na tych kilka chwil przenoszę się do Afryki, bo na rysunkach Pratt'a nie tylko zobaczyć można "nowe wspaniałe światy", ale rzeczywiście je poczuć i przeżyć kawał wspaniałej przygody. Pośród marvelowskich hirołów, mutantów i innych menów Corto Maltese to oddech, miły oddech.