poniedziałek, 31 grudnia 2007

Apdejt listy the best offfff + the best of blogów o komiksach

Uzupełnienie do wczorajszej listy:

9. i 10.Timof i jego wydawnictwo

W zestawieniu od Timofa znalazły się jedynie Morfołaki, a między bogiem a prawdą mógłbym dorzucić co najmniej dwa jak nie trzy komiksy ze stajni Timofa, ale postanowiłem zrobić ciut inaczej….

Bo jest tak: oferta wydawnicza wydawnictwa Timof i cisi wspólnicy to nie jest produkt dla każdego, nie chodzi tutaj o tego mniej lub bardziej wyrobionego czytelnika. Timof działa i robi coś więcej niż tylko wydaje komiksy. Timof to przepustka dla wielu debiutantów do Empiku, sklepu gildii i ISBN’u. To mordercza praca. Różne są jej efekty czasami ciekawe publikacje czasami straszne gnioty. Timof na co dzień musi borykać się nie tylko z kasą, nie tylko z niską sprzedażą, ale przede wszystkim z podejściem czytelnika… który ma w dupie, którego nie interesuje, który niczego nie szuka bo wszystko zna. Nie zrozumcie mnie źle nie namawiam do bezmózgiego kupowania wszystkiego co wydaje ten czy inny wydawca w tym przypadku Timof… ja po prostu doceniam to, co udało mu się stworzyć. Gdyby nie wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy nie byłoby Butów, nie byłoby Pozdrowień z Interstrefy, nie byłoby Blankets, Karuzeli Głupców czy w końcu Blakiego a teraz Pana Blakiego.

Samych sukcesów Timof w nowym roku!


A teraz innego rodzaju zestawienie.

Bo wszyscy w końcu kochamy wszelkie naj-listy.

Jakoś tak się dzieje w naszym kraju że forum dyskusyjne jedno z drugim zamiera, nikt nie dyskutuje co najwyżej wymienia inwektywy, całą komiksowa aktywności przeniosła się na blogi i teraz trzy z nich ( w sensie blogów o komiksach) które uważam za the best i czytam regularnie:


1. motywdrogi.pl

Zdecydowanie najlepszy z blogów o komiksach i nie tylko. Oczywiście nie zgadzam się w 60% z opiniami KMH, ot ja jestem stary pierdziel a on rocznik 85, ale dobrze się czyta jego txt, fajnie że REGULARNIE można poczytać o nowościach plus dużo o netkomiksie z którym jestem na bakier.


2. Masowa Konsumpcja Kultury

Byłby pierwszy gdyby był tylko komiksowyJ. Bo MMK to fajne miejsce do poczytania o wszystkim co z popkulturą ma związek i komiksy i gry i książki i muzyka i animacja. Inteligentnie z polotem do ludzi. Ja czytam i polecam.


3. a to miejsce dzielą iedzy siebie trzy różne blogi i tak:

3.1 Kultura Gniewu blog- za to że ten blog stał się najlepszym SERWISEM INFORMACYJNYM o komiksach bez niusów o kolejnych adaptacjach stalowej fantastycznej czwórko-piątki – ale niestety/stety jest to blog wydawnictwa – zatem tylko o autorach KG można tam poczytać…


3.2 Słowem.pl – za ilość wchłanianych rzeczy i regularność. Niestety ilość nie zawsze idzie w jakość, ja bym wolał częściej czytać o tym co Kamil myśli o rzeczach które wchłonął niż li tylko dowiedzieć się że wchłanianie miało miejsce.

3.3 Turucorp blog – zdecydowanie blog Marka Turka jest najlepszy na belowradars. Szkoda tylko że Marek nie przykłada się do atrakcyjności blogaska na czym IMO traci.


To tyle.

W kwestii blogów życzyłbym sobie w nowym roku większego samozaparcia i regularności… a jak będzie? Czas pokaże….

niedziela, 30 grudnia 2007

the best of polisz komiks w 2007 r.

Na chwile przed końcem roku.

Za pięć dwunasta… no prawie bo jest 22.06

Zestawienie najlepszych polskich komiksów mijającego roku.


1. Na szybko spisane -1- 1980-1990

Txt/rys: Michał Śledziński

Wydawca: Kultura Gniewu

Niekwestionowany numer jeden. Od razu przyznam, że wielkim fanem Śledzia nie jestem, mało tego nie lubię hołubionego Osiedla Swoboda. Z NSS sprawa ma się zupełnie inaczej.

Jeżeli można mówić o głosie pokolenia w polskim komiksie, to będzie nim właśnie komiks Śledzińskiego. Dla mnie ( i podejrzewam nie tylko dla mnie) lektura NSS to podróż w nie tak odległą przeszłość, to wycieczka w czasy dzieciństwa, a pilotem tej wycieczki jest twórca niesamowicie dojrzały, operujący językiem komiksu w sposób niedostępny wielu autorom publikującym w Polsce.



2. Wszystko Źle

Txt/rys Janek Koza

Wydawca: Kultura Gniewu

Numer dwa w 2007 roku. Wybór komiksu Kozy nie jest tak oczywisty jak NSS. Bo Koza jest trudniejszy, mniej przystępny nie tak uniwersalny, ale… Wszystko Źle to przykład komiksu, który przełamuje wszelkie bariery, ramy i ciasne gorsety, w które „panowie co się na komiksach znają” (np. panowie z alei komiksu…) komiksowe medium wciskają. Koza to autor ŚWIADOMY medium, w którym tworzy. Jedna rzecz w przypadku Kozy mnie martwi… gdyby jego album wydał Timof i cisi wspólnicy, nie napisałby o nim przekrój, polscy czytelnicy komiksu gromkim chórem ogłosili by prace Jana Kozy kupą sezonu… smutne.



3. Morfołaki – Zebrane

Txt: Nikodem Skrodzki

Rys. Mateusz Skutnik

Wydawca: Timof i cisi wspólnicy

Nie, nie wybrałem Morfołaków dlatego, że nie mogłem wcisnąć tutaj Pana Blakiego. Mało tego, ja nie przepadam za scenariuszami Nikodema. Ale Morfołaki to coś więcej niż album z krótkimi formami komiksowymi, to doskonały przewodnik po komiksowym świecie Skutnika. To, z Morfołaków wywodzą się Rewolucje czy Blaki. Oczywiście nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Tu jest początek komiksowej drogi Mateusza, doskonały początek.


4. Człowiek-Paroovka - 2 - Dorysuj mu wąsy

Txt/rys: Marek Lachowicz

Wydawca: Kultura Gniewu

O Paroovie już pisałem więc nie będę się powtarzał i żenująco zacytuje sam siebie:

O Jezus Maryjko co za kosmiczna jazda!!! O ile Wilq jest jedna z 5 najśmieszniejszych rzeczy na świecie to komiksy Lachowicza na pewno lądują na kolejnej pozycji. „Człowiek Paroovka” to blitzkrieg dowcipu, pancerna dywizja gangu wąsaczy absolutnie powaliła mnie na kolana. W sumie na tym można by poprzestać bo opowiadać można i owszem o tym co tam fajnego, komiksowego, tylko po co? Komiks Lachowicza ma bawić i robi to doskonale. Marek pokazał kto ma największą paroovke w polskim cartooonie.


5. Śmiercionośni

Rys. Łukasz Ryłko

Wydawca: Kultura Gniewu

Podobnie jak w przypadku Parooki znowu cytat z drobnym editem:

Łukasz Ryłko. Trzeba koniecznie to nazwisko zapamiętać bo ten człowiek jest na najlepszej drodze aby już nie długo znaleźć się w pierwszej lidze polskich komiksiarzy. Oto Ryłko porywa się na najtrudniejszą z możliwych komiksowych form- komiks niemy. Szczerze mówiąc sądziłem (wiem że to brzydko) że nie da rady, że polegnie, że da ciała i w ogóle, a tu „pacz pan jakie cuda”. Udało się autorowi Śmiercionośnych opowiedzieć kilka historii do tego spójnie je połączyć w całość, do tego stworzyć klimat melancholii, pewnego dalekiego od sztuczności smutku i zadumy. Do czego można się przyczepić to nierówność tych historii, pierwsza jest doskonale dopracowana, kolejne niestety mają się już gorzej. To nie jest mega, giga komiksowa szajba, to bardzo przyzwoity debiut, z naciskiem na debiut nie na przyzwoity, bo to dobry komiks jest.


6. Yoel - Święty Smok i Jerzy

Txt/rys: Karol Kalinowski

Wydawca: Taurus Media

Szatańska szóstka. Nisko bo niestety Yoel to duża zmarnowana szansa. Szansa na polski komiks totalnie rozrywkowy „najgłówniejszo-głównonurtowy”, main-mainstreamowy. KRL stworzył fantastyczną postać, stworzył niezły scenariusz i… trafił na wydawcę nieroba co to wydaje to co dostaje od autora nie zważając na korektę, formę i jakość wydania. Pal sześć, że ten albumik kosztuje 35 zeta, rozlatuje się po 5 minutach czytania, nieważne. Ważniejszy jest dupiane podejście wydawcy do autora, jego pracy i czytelnika. Yoel jest przykładem na starą jak świat prawdę, że edytor/redaktor to często gęsto współautor komiksu/książki. Redaktora nie było i nie wyłapał mniejszych lub większych potknięć i pomyłek w scenariuszu, o błędach leksykalno gramatycznych nie wspominając. Szkoda komiksu, mam nadzieje że to nie koniec Yoela.


7. 44 - antologia

Txt/rys: różni autorzy

Wydawca: Muzeum Powstania Warszawskiego.

Antologia jak to antologia. Czasem słońce czasem deszcz czyli raz lepiej raz gorzej. Znalazła się w tym zestawieniu z jednego bardzo ważnego powodu. Powodem tym jest Grzegorz Janusz i jego komiksy. I znowu cytat ze mnie samego:

Komiksy Janusza maja w sobie to wszystko co wg mnie komiks tyczący się historii powinien mieć. Nie traktuje tematu historycznego z kronikarskim zadęciem, przysłowiową szyszka w dupie a’la komiksy Zin Zinu. W jego scenariuszach widać, że temat nie jest tylko pretekstem do zrobienia komiksu, Janusz traktuje komiks jako wypowiedź w danej sprawie. Ten scenarzysta nie przedstawia epizodów z powstania, on mówi o PW bardzo osobiście. Kolejną rzeczą jest totalna POLSKOŚĆ scenariuszy Janusza. On żongluje motywami niezrozumiałymi dla innego niż polski czytelnika, robi to w taki sposób że jego opowieści nabierają bardzo intymnego dla nas polaków charakteru.
Jego prace są okraszone duża dawką metafory, delikatnej poezji, a jednocześnie pozbawione patosu, zmuszając nie tylko do refleksji nad PW, ale przede wszystkim zmuszają one do MYŚLENIA o powstaniu.


8. Pierwsza brygada -1- Warszawski pacjent

Txt: Tobiasz Piatkowski i Krzysztof Janicz

Rys: Janusz Wyrzykowski

Wydawca: Kultura Gniewu

Pierwsza ważna rzecz: Pierwsza Brygada to fenomenalny komiks czysto rozrywkowy, główny nurt we francuskim stylu.

Ha! To dlaczego tak nisko? Czemu dopiero ósemka na liście? Z kilku powodów.

Po pierwsze: Pamiętam jak w momencie startu Ligi Niezwykłych Dżentelmenów na forum Wrak.pl pojawił się temat, o tym kogo widzielibyśmy w polskiej wersji Ligi i niestety była to wypisz wymaluj obsada Pierwszej Brygady… Dołóżmy do tego bezpośrednie skojarzenia z komiksem Moore’a i (przynajmniej dla mnie) pewien czar pryska…

Po drugie: Pierwsza Brygada to komiks arcy polski i to niestety wada jest… bo Brygada jest absolutnie nie przetłumaczalna, nie zrozumiała dla czytelnika nie-polaka. No i co z tego? Niby nic, ale zarówno scenariusz jak i warstwa graficzna, w skrócie potencjał autorów, wykracza poza granice tego małego „jednotysięcznonakładowego” kraju.

Może się mylę…

Kolejne tomy Brygady pokażą.



To tyle.

Wszystkiego dobrego.

piątek, 28 grudnia 2007

Nostalgia z Corto w tle

Nie wiem jak to się stało (tzn wiem znam stan konta, ale wole przed Agą udawać że to jakieś cuda…), ale w ciągu ostatnich kilku tygodni w domu zaroiło się od nowych komiksów. Tych po polsku i tych po angielsku. Schemat postępowania z nowymi albumami był podobny: spojrzeć na okładkę przekartkować odłożyć na polkę gdzie leżą albumy do przeczytania. Kiedyś tam… może przez święta.

I odłożyłem Pierwszą brygadę i nowego Kozę Jana i najnowsze Fables i Exit Wounds i parę innych…

Ni z tego ni z owego do wydawniczego życia wrócił POST i co? I kupiłem Persepolis i odłożyłem na półkę, i kupiłem Corto Maltese: Etiopiki i… nie wiem jak to się stało że zacząłem czytać pierwsza stronę i nie wiedzieć kiedy znalazłem się w środku afrykańskich przygód Corto…

Nie ma sensu powtarzać po raz kolejny czym jest Corto Maltese, kim był Pratt, bo też to nie przez to wchłonąłem album w kilka chwil, zapominając o bożym świecie. Corto Maltese to przede wszystkim nostalgia za prawdziwą przygodą, tą przygoda przeżywaną na ekranie
w kinie, czy na papierze pod kołdrą, przygodą wyzbytą efekciarstwa i komercji. Corto to wspomnienie Gwiezdnych Wojen bez Jar Jar Binksa z romantyczna nutą i nie nachalną poezją.

Czytając komiksy Pratt’a mam wrażenie że znów mam 11 lat i czytam wieczorami przygody Tomka Wilmowskiego. Czytam i na tych kilka chwil przenoszę się do Afryki, bo na rysunkach Pratt'a nie tylko zobaczyć można "nowe wspaniałe światy", ale rzeczywiście je poczuć i przeżyć kawał wspaniałej przygody. Pośród marvelowskich hirołów, mutantów i innych menów Corto Maltese to oddech, miły oddech.

restart

No i mamy restart.

Restart blogaska.

Nowy adres ciut starego kontentu i daj boże nowego.

Jakoś tak poczułem że nie jest mi już po drodze z belowradars, ot zostawiam swoje dziecko w dobrych rekach, a blogować wygodniej mi gdzieindziej, bez komiksowego musu. Być może dzięki temu o komiksach będzie więcej?

Ot taki paradoks.

No to cóż.

Zapraszam.

środa, 19 grudnia 2007

Kaznodziei jajko niespodzianka

Miałem zrobić klasyczny szat da hol i siedzieć cicho.
Ale no boże mój nie mogłem, nie wytrzymałem.

FROM GILDIA.KOMIKS.PL WITH LOVE
Kaznodzieja jest komiksem o współczesnej religijności i duchowości profesjonalnie sygnalizuje o wątpliwościach wiary w dobie skoncentrowania się na konsumpcji. Ennis zdradza swoje sympatie dla idei deistycznych, które kwestionują aktywne uczestnictwo Boga w stworzonej przez siebie Ziemi. Scenarzysta uderza w hipokryzję, będącą pochodną zinstytucjonalizowanej i dogmatycznej wiary.


Nie wiem gdzie to się urodziło, kto jest tatusiem i mamusią tego zlepku komunałów, okraszonych wisienką tandetnych banałów wyskakujących za każdym razem gdy mowa o komiksie Ennisa. Tą serie można cenić za wiele rzeczy, min za klimat pierwszych trzech tomów, za ten zlepek tajemnicy, grozy, miłości i hmm momentami chorego dowcipu. To western szmirowaty taki grindhouse komiksowy, szmira w dobrym tego słowa znaczeniu.
Kaznodzieja to serial, który ledwo ledwie wytrzymuje próbę czasu bo po tych prawie ośmiu latach telewizja i komiksy prezentują dzisiaj jakość do której Ennisowi daleko.
Ale nie wiedzieć czemu w Polsce utarło się że Kaznodzieja wielkim komiksem jest i kropka.

Czy jest? Recenzenci twierdzą że tak. Ja spróbuje odpowiedzieć na trzy bardziej szczegółowe pytania.

1. Czy Kaznodzieja jest jest komiksem o współczesnej religijności i duchowości?

Nie. Kaznodzieja to komiks prezentujący wizję religii, boga i człowieka z punktu widzenia licealnego pierwszoklasisty. Intelektualna moc dzieła Ennisa ma taka samą wartość co rojenia piętnastolatka, który ledwo przestał bawić się własnym siurkiem, a już bierze się za teologiczne rozważania. „Jeżeli bóg jest dobry dlaczego jest w nim tyle zła?” podstawowe pytanie, którym Jesse Custer wyciera sobie gębę znalazło odpowiedź już na początku całej opowieści. O co chodzi? Ano prosta sprawa Custer pieni się że bóg dał LUDZIOM WOLNĄ WOLĘ i na ziemi przez to dzieje się źle. No i może to jest odpowiedź Panie Ennis? Po co panu 66 odcinków skoro odpowiada pan sobie w najpierwszym z nich?
Cóż, autor udaje, że ta odpowiedź nie pada, ale oddać mu należy że konsekwentnie i spójnie realizuje wizję świata widzianego oczyma nastolatka wyzwolonego ze szponów masturbacji, ot chociażby w kwestii „opowieści o prawdziwych mężczyznach i męskiej przyjaźni”, ale o tym później.


2. Czy Kaznodzieja przedstawia naturalistyczny portret amerykańskiej rzeczywistości, panujących w niej zależności i stylu życia? Jak chce tego recenzent z Alei komiksu?

Oczywiście. Bardzo naturalistyczny portret. Oczywiście zoofilia, kazirodztwo sa statystyczną normą w USA i definiują zależności i styl życia amerykanów.
Odwracając to pytanie, być może Kaznodzieja jest po prostu pastiszem? Fajerwerkiem dowcipu i kręcenia beki z kraju za wielką wodą?
Trochę i przez chwilę.
Bo niestety po ostatnim tomie czytelnik ma wrażenie że autor opowiada mu co chwilę jeden i ten sam dowcip.
Co prawda dowcipy o ruchaniu są najzabawniejsze ale … no właśnie.

3. I ostatnie pytanie co z ta przyjaźnią? Co z ta miłością? Czy powinniśmy jak jarek O. z wrak.pl uwielbiać tą serię za poruszanie tematu przyjaźni czy miłości w sposób tak głęboki, jak w żadnym innym (..) komiksie?

No to trudne pytanie.
Bo faktycznie jest tu przyjaźń i miłość ale …
Nie wiem czy ktoś tematu wcześniej nie opisał, nie sprawdzałem ale…
Przy całym tym odzianiu męskich bohaterów w samcze cechy definiujące prawdziwego faceta, przy ciągłych rozmowach o wkładaniu czegoś przez kogoś w odbyt kogoś drugiego
i bardzo wyraźnej homofobii można w Kaznodziei doszukać się miłości… tylko tej przeciw naturze.

Oto mamy związek dwóch kochanków Kaznodziei i Wampira. Jeden z nich ciągle nie jest przekonany co do swojej orientacji i miota się pomiędzy zdeklarowanym homoseksualizmem, wersją Bi, a heteroseksualną normą. To Kaznodzieja. Drugi natomiast to typ aktywny nie obawiający się commingoutu. To Wampir. Miedzy nimi pojawia się kobieta domagająca się jasnej deklaracji od niezdecydowanego partnera, odrzucając po nieudanej próbie, model bitrójkąta. To Tulip. W tle przemyka zdradzony przez Kaznodzieje (być może jego były kochanek?) wściekły i pełen agresji Herr Starr. Postać tragiczna, dla której seks jest ściśle związany z miłością i bez ukochanego traci swą męskość. Symbolizuje to cudownie odcięte przyrodzenie Her Starra. W tym ujęciu Kaznodzieja to miłosny dramat trójki gejów, rozdartych pomiędzy miłością, a społecznymi normami, a w tle pojawia się jako motyw przewodni kwestia religii.

Cóż być może o to w tym wszystkim chodzi?
To pierwszy w historii gejowski serial komiksowy?


A na poważnie.
Kaznodzieja to czytadło z kilkoma momentami ani lepsze ani gorsze od innych.
Nic mniej.
Nic więcej.

Rzymskie wakacje

I znowu mnie nie było.
Ale jestem
A pomiędzy: „Nie było” a „Jestem”
Wydarzyło się całkiem sporo.
I tak:

- byłem w Rzymie ( i kij mi w oko)
- forum gildii zawrzało na wieść o nowościach timofa (i było fajnie przez chwil kilka)
- komiksy podzielone zostały na te „dobre” i te „nie dobre” (wg userów alei komiksu)
- mykupyku szczerzy zęby w telewizji internetowej Onetu (ale nie o komiksach)
- minister Schetyna przywitał się z Czesiem (Dzieńńńń dobryyy..)
- POST zaskoczył i pokazał że też machać fajką potrafi zacnie (w zapowiedziach)
- wydano antologie 11/11 (i nikt za to nie beknął)
- Kultura Gniewu wydaje Koze i Pierwszą Brygadę ( Koza ma u alejowców przesrane…chyba że Przekrój o nim napisze…)
- nadal nie czytam Przekroju ( i nie będę się z tego tłumaczył…)



Tyle skrótu wydarzeń

A teraz co kupiłem w Rzymie:

Lorenzo Mattotti – „Nelle profondita”

I teraz będzie ciekawie. Nie lubię komiksów Mattotiego. Po prostu nie i już. Na półce mam jedynie jego „Dr Jekyll & Mr Hyde” na zasadzie – jakbym chciał wiedzieć jak wyglądają jego komiksy to, o proszę mam! Dlaczego kupiłem ten album/katalog z wystawy? Ano bo lubię go jako grafika/malarza czy coś tam. I bardziej go cenie jako takiego ot po prostu artyche nie komiksiarza w dodatku w wersji nie artdeco. To śliczny albumik jest, polecam.

Hugo Pratt „Periplo Immaginario”


Niezwykły album. Akwarele, okładki, obrazki, obrazeczki Pratta w kolorze na ponad 400 stronach, w dośc dużym i nietypowym formacie. To taki album którego się nie ogląda ale dosłownie zjada obrazek po obrazku, strona po stronie… Cos niesamowitego.


Antoine de Saint-Exupéry „Designi”


Taaa.. to nijak nie jest komiksowe. Chyba że za komiksowe uznamy „ukomiksowane” rysunki/ projekty do „Małego Księcia”. Choć nie one sa w tym zbiorze najciekawsze.
Taka lekka fanaberia ten album, nie zwróciłbym pewnie na niego uwagi gdyby nie miejsce w którym stał- dział komiksowy dużej księgarni. Kupiłem i nie żałuję.


A ostatnio czytałem to:

Miriam Katin “We Are On Our Own”


Może nie wielkie ale jednak rozczarowanie. Memuar węgierskiej żydówki jest niestety kompletnie nijaki. D&Q zachęcało do zakupu mówiąc o problemach z wiarą, przeszłością itd. Problem jedynie w tym że nic z tych szumnych zapowiedzi w samym komiksie nie znalazłem. Wspomnienia są i owszem. Tragedia jest i owszem. Problem wiary? Nie istnieje. Puste to, bez wsadu emocjonalnego, który mógłby porwać czytelnika, w sposób jaki zrobił to „Maus”. Świetna forma graficzna zdaje się ukrywać fakt że historia rodziny Miriam przedstawiona została jak fragment pustych, książkowych wspomnień z czasów wojny do których już przywykliśmy. Problem z tym komiksem w tym że nie jest to rzecz do bólu zła, album ten jest po prostu nijaki.
A na koniec pasek.
w temacie.

kulturalna mięsna masakra


Max Anderson - Pan Śmierć i Dziewczyna

Trzeba od czegoś zacząć. Najlepiej od tego co słabe wtórne i mi się nie podoba. Czyli Max Anderson. Pixy to komiks punkowo zabawny, wesoło obrazoburczy, generalnie fajowy. Pan Śmierć już taki niestety nie jest. Zebrane w jeden tom krótsze fabułki Andersona zwyczajnie nudzą, bo po przeczytaniu jednej wiesz doskonale o czym będzie następna albo raczej jaki zestaw „kontrowersyjnych” środków zostanie zdetonowany. Przemoc i inne okropieństwa nie wiem czy maja mnie śmieszyć czy przerażać, ani mnie to bawi ani mnie to straszy, generalnie strasznie nudzi. Andersona nie wiem czy bawi motyw z multiplikacją za pomocą pryszczy i spermy, bo mnie tak. Ten motyw zwaliłby mnie z nóg, gdyby nie fakt że w „Panu Śmierci” znajdę tylko motywy i zagrywki tego typu. Do tego nad tym albumem unosi się coś brzydkiego… taka chmura z napisem „wybitne”, „ważne” „nie szukaj w tym zwykłej beki bo ten gość to sztukę robi, w mięsie rzeźbi”. Kolejnego Andersona pewnie zakupię, ale dla przeżycia vomit-voilent-humor prędzej obejrzę Violent Shit- Andreasa Schnaasa, o którym pisze nomen omen Piotr „Błędny Kowboj” Sawicki. Rąbanie mamy tasakiem, rejestrowane vhs’em, zdecydowanie wygrywa z pryszczami, spermą, zbuntowanym płucem czy Jasiem pistoletem.

Łukasz Ryłko – Śmiercionośni

To teraz będzie o czymś co podobało mi się dużo bardziej. Łukasz Ryłko. Trzeba koniecznie to nazwisko zapamiętać bo ten człowiek jest na najlepszej drodze aby już nie długo znaleźć się w pierwszej lidze polskich komiksiarzy. Oto Ryłko porywa się na najtrudniejszą z możliwych komiksowych form- komiks niemy. Szczerze mówiąc sądziłem (wiem że to brzydko) że nie da rady, że polegnie, że da ciała i w ogóle, a tu „pacz pan jakie cuda”. Udało się autorowi „Śmiercionośnych” opowiedzieć kilka historii do tego spójnie je połączyć w całość, do tego stworzyć klimat melancholii, pewnego dalekiego od sztuczności smutku i zadumy. Do czego można się przyczepić to nierówność tych historii, pierwsza jest doskonale dopracowana, kolejne niestety mają się już gorzej. To nie jest mega, giga komiksowa pyta, to bardzo przyzwoity debiut, z naciskiem na debiut nie na przyzwoity, bo to dobry komiks jest.

Marek Lachowicz – Człowiek Paroovka

Najlepsze na koniec.

O Jezus Maryjko co za kosmiczna jazda!!! O ile Wilq jest jedna z 5 najśmieszniejszych rzeczy na świecie to komiksy Lachowicza na pewno lądują na kolejnej pozycji. „Człowiek Paroovka” to blitzkrieg dowcipu, pancerna dywizja gangu wąsaczy absolutnie powaliła mnie na kolana. W sumie na tym można by poprzestać bo opowiadać można i owszem o tym co tam fajnego, komiksowego, tylko po co? Komiks Lachowicza ma bawić i robi to doskonale. Marek pokazał kto ma największą paroovke w polskim cartooonie.

I tyle.

Dick Laurent is dead

No nie Dick Laurent.

A Andrew Arnold.

I nie Dead.

A koniec the fakin end of TIME.comix by Andrew D. Arnold.

Dla mnie to gigantyczny nius. Chociaż już stary ale cóż, wstyd się przyznać od dawna tam nie zaglądałem. Dla mnie Arnold to gość. Większość jego opinii o komiksach pokrywała się z moimi skromnymi zapatrywaniami, a komiksy przez niego opisywane o których nie wiedziałem nic lub prawie nic lądowały szybko na mojej półce.

Arnold nie prowadził normalnego bloga, miał za plecami Time.

A teraz już nie ma.

I dupa.

Chciałem wrzucić niusa na forum gildii ale zrejterowałem po smutnej konstatacji, że musiałbym konkurować z mega niusami o tym kto został rednaczem magazynu dla dwunastolatków albo co gorsza o tym dlaczego Trust ssie (tu mała dygresja gdzieś tam kiedyś jak usłyszałem o projekcie Wojewódzko-Figurskim napisałem co o tym myślę miało wylądować na blogu ale zniknęło w czeluściach któregoś z kompufff – został tylko niedwuznaczny tytuł notki: Za dychu w papu!).

Ale jeśli już o blogach.

Komiksowych blogów w świecie jest od groma.

I oprócz zerkania na comicsworthreading i blogu fantagraphics chyba niczego nie śledzę – co prowadzi do kuriozalnych sytuacji zamawiania komiksów na tzw. pałę, można się nieźle przejechać, niestety.

Czytam za to blogi polskie i jak to pisanie na forum stało się synonimem mega wiochy jak pisał Maciej P. tak życie/dyskusje komiksowe przeniosły się na blogi.

I tak turu na swoim blogu pokazuje kto ma większego w zwarciu turu vs „czytelnicy z alei” i nie tylko bo Marek uprawia fajną publicystykę komiksową. Maciej P nawet się wziął za pisanie recenzji nie tylko komiksowych. Mało tego nie dość że rysuje konie i ich plecy to twierdzi ze jest fajnie, komiksowo fajnie. A Kamil Ś. pisze o wszystkim w sumie, ostatnio o antologii „Niewinne dzieci” – faktycznie te dzieci nie były niczemu winne, a jednak B. Kurc wziął i się nad nimi był popastwił. Śmieszno i Stranszo zarazem.

Na innych blogach nic się nie dzieje, szczególni nic na innych niż turururu blogach belowradars. Może to czas żeby się ostatecznie usamodzielnić pod własnym adresem?

egmont sregmont

Dobrze, będzie o komiksach

Po miesiącu kilka słów o premierach MFK

Moebius - Świat Edeny

Rysownik Rafał Szłapa, ten z ognikami, czy też promieniami w oczach (KRL all right reserved) powiedział mi dzisiaj że ten album powinien mieć tytuł „Po prostu bądź”. I cośw tym jest. Moebius po prostu jest, więcej nie musi, jego komiksom do mistrzostwa świata nie potrzeba wiele więcej poza nazwiskiem Giruad na okładce. Dwa tomy prac Moebiusa świetnie się ogląda, bo faktycznie osiągnął on bardzo wiele w kategorii wagowej "ligne claire" – jego czysta linia powalić może na kolana czy też doprowadzić do łez. Bo zapłacze nad tym albumem niejeden piewca pleców konia i ciufci. Minimum środków generuje maksymalna siłę wyrazu. ”Świat Edeny” ogląda się fenomenalnie. Niestety tylko ogląda, bo fabularnie album ten jest wydmuszką, zestawieniem kilku pretekstów do rysowania sobie
a muzom, ewentualnie na potrzeby reklamy citroena. Zresztą sam autor w cytowanych w albumie wypowiedziach kręci bat na własne dupsko. Oto Moebius stwierdza że Świta Edeny nie miał scenariusza, powstawał ad hoc, bez specjalnego planu. „Niczego nie planowałem, nie wiedziałem dokąd zmierzam” pisze autor i to ma niby tłumaczyć mielizny fabularne, porzucanie kolejnych wątków. Niestety ewidentnych bzdur, pieprzenia trzy po trzy i zwyczajnego zapominania kto jest kim i dlaczego w tej historii nie da się wytłumaczyć „oniryczną wizją świata przedstawionego”

„Świat Edeny” jest przepięknym album z ilustracjami, zdecydowanie za drogim dodajmy. Jest zdecydowanie mistrzem komiksowej grafiki jednak dla mnie mistrz komiksu to ktoś kto swoimi pracami dostarcza czytelnikowi na talerzu wspaniałą rozrywkę albo to „coś więcej”.

Moebius podaje na srebrnej zastawie 400 stron niczym nieskrępowanej nudy próbującej udawać to „coś więcej”.

Marzi - Dzieci i ryby głosu nie mają


Ten kto porównał ten komiks do „Persepolis” powinien w tym momencie zakrztusić się własnym językiem, ewentualnie powinien dostać tygodniowej czkawki. Komiks Marzi to największe moje komiksowe rozczarowanie ostatniego roku. Miało być tak pięknie, Polska lata 80 klimat życia w bloku, kolejek, klimat PRL’u. A co jest?

Ano jest mierny zestaw nieciekawych opowiastek komiksowych, połączonych osobą autorki. Niestety opowiastki po pierwsze i najważniejsze sa nieudolnie skonstruowane, co widać od pierwszej strony. Marzena Sowa opowiada o świętach, o karpiu, o całym polsko-świątecznym cyrku i… nic z tego nie wynika. Bo czytelnik nie wie czy ma do czynienia z anegdotką, kronikarskim przedstawieniem świata, czy osobistymi wrażeniami z dzieciństwa autorki. W efekcie po lekturze tej pierwszej historii (i kolejnych) w głowie pozostaje nam jakaś niesamowita sieczka. Do tego dochodzą rysunki, Savoia przedstawia kolorowy i piękny świat lat 80, kreskówkowo przesadzony i absolutnie nieprawdziwy. Jasne, ejtisy które pamiętam wcale szare i bure nie były. Wręcz przeciwnie, moje wspomnienia z dzieciństwa to fajne wspomnienia i kolorowe, ale te kolory inne są niż cartoon Savoia. Dobrze, kolory kolorami ale wróćmy do fabuły. Czytając ten komiks mogłem spodziewać się dwóch rzeczy, albo poznam- zobaczę na nowo Polskę końca PRL, albo poznam bliżej Marzi, w końcu to jej wspomnienia. Po 96 stronach komiksu o latach 80 w Polsce wiem niewielea o autorce/bohaterce komiksu jeszcze mniej.

Mały, drogi niewarty w zasadzie uwagi albumik wywołał chwilowo odrobinę medialnego szumu, nie dlatego że jest dobry, zły czy brzydki, ale dlatego że to polka i że we Francji wydana.

Z tej okazji gratulacje dla Śledzia i jego NSS – nomen omen docenionego przez czytelników w Łodzi. Marzi daleko do poziomu Mr Heringa.

Btw- Czy tylko mi się wydaje, że nagroda publiczności to jedyna warta cokolwiek nagroda MFK?

W konkursie z jury wręczanie nagród trwa dłużej, a scenarzysta może dostać konieczny w pracy każdego scenarzysty komiksowego zestaw cyrkli.

Żeby to chociaż cyrkiel i kielnia były.


A jutro jak bóg da pakiet Kultury Gniewu.

polecajki, połajalki

A dzisiaj zaczniemy od polecanek.

Bo dużo czytam mózg trenuje itd. Itp.

Fell

Warren Ellis/ Ben Templesmith

Jakiś czas temu na forum gildii toczyła się dyskusja o komiksowym horrorze i dlaczego takie komiksy ans nie straszą. Żeby było jeszcze ciekawiej Egmont wydaje serie co nazywa się Obrazy Grozy, ale z groza niewiele mająca wspólnego no chyba, że mamy na myśli budzący grozę debilizm bijący ze stron komiksowej antologii Hellreiser (co ciekawe po przeczytaniu tego steku bzdur cieplejszym okiem spojrzałem na Piekielnie Wizje). W każdym razie, Fell.

To niby jest kryminał, niby jakiś taki czarny kryminał, ale jak dla mnie bliżej mu do całkiem przyzwoitego horroru, który nie straszy potworami z dupy ale straszy i to dość fajnie klimatem. Ellis pozytywnie zaskoczył mnie już drugi raz w ciągu ostatnich miesięcy, po absolutnie fantastycznym Desoletion Jones, Fell to potwierdzenie umiejętności tego scenarzysty. O fabule wiele pisał nie będę o tutaj jest wystarczająco dużo. To, co przychodzi mi na myśl patrząc na ten komiks to któraś z wersji Candymana, przepraszam ale nie pamiętam która to była, w każdym razie tam akcja toczyła się w wielkim blokowisku, które straszyło bardziej niż śmieszny murzyn w futrze. Minusem są obrazki, obrazeczki Templesmitha, które okej potrafią wzmóc nastrój grozy i niepokoju od pierwszych stron ale…. ale każdy kadr każda plansza wygląda tak samo niezależnie od tego gdzie toczy się akcja i czego dotyczy.

Po przeczytaniu pierwszego TPB zdecydowanie mam ochotę na więcej.

Three Paradoxes

Paul Horschmeier

Był taki filozof, Zenon z Elei. Dowodził on niemożności istnienia wielości rzeczy i ruchu. Paul Horschmeier, też filozof ale komiksowy wziął na warsztat dowody/paradoksy Zenona i na ich podstawie sklecił komiksową fabułę, która moim zdaniem aspiruje do listy the fakin best of 2007. Horschmeier z paradoksów Zenona wysnuwa jeden wniosek, takie lekkie uogólnienie – nie tylko ruch ale wszelkie zmiany, nie istnieją. W jego fabule przenikają się trzy różne historie, trzy różne czasy, trzy różne rzeczywistości. Opowiadając zbyt wiele o tym komiksie można go fenomenalnie zepsuć więc się zamykam. Polecam.

A teraz nie polecajki.

Czyli Ronin in polisz. Nie bardzo rozumiem oburzenia coponiektórych na moim zdaniem słuszne pretensje czytelników którzy w cenie 100 złotych po raz kolejny dostali coś co jest dowodem na permanentne siuranie Egmontu na czytelnika. Głosy jakoby należałoby się zamknąć bo Kołodziejczak zasłużył na złote majtasy za to co zrobił dla KOMIKSU, a przy okazji to przecież drobny błąd, a w ogóle o co ta afera, to jak dla mnie przegięcie pytona.

Idąc do restauracji gdy dostajemy rachunek na 100 złotych polskich, a w trakcie posiłku w zupie znajdujemy muchę, a główne danie wygląda jakby ktoś na nie obficie napluł, idziemy do właściciela i robimy awanturę. Czyli drzemy ryja.

Restaurator albo zmienia kelnera, albo kucharza albo lep na muchy ale reaguje. Tymczasem Pan K. stwierdza że ma to w dupalu.

Brawo

wtorek, 18 grudnia 2007

Odgrzewany szpinak

o szpinaku będzie

Historie miłosne to kwintesencja obyczajowości. To temat trudny, tak dla literatury i filmu jak i dla komiksu. Wśród ogromu opowieści temu poświęconych, obok tworów szczególnych i wartych uwagi swobodnie egzystują latynoamerykańskie telenowele, wszelkiej maści Harlequiny czy wreszcie romantyczne komedie. O dziwo komiks, niezależnie pod jaką szerokością i długością geograficzną powstaje, radzi sobie z tym tematem nadzwyczaj sprawnie. Czy można mówić o miłości, zakochaniu w nowy sposób, unikając spirali powtórzeń i cytatów? Zdecydowanie można. Tam gdzie kino okazuje się pretensjonalną hucpą, a literatura grzęźnie w wymyślaniu nowych form dla tych samych treści, pojawia się komiks.

Przekonać czytelnika do historii miłosnej to nie lada sztuka. Potrzeba prawdziwego talentu, by oszukać czytelnika zmyśloną historią, która jest, będzie lub była mu znana (Każdy przecież kiedyś był lub będzie zakochany). Najprostszym rozwiązaniem jest sięgać do własnych przeżyć i własnych uczuć, wzbogacać nimi zmyślone historie, bądź. W "Yukiko's spinach" Frederic Boilet, mówi o sobie. O krótkim, ale gwałtownym romansie, francuskiego rysownika komiksów, mieszkającego w Japonii i młodszej od niego kobiety Yukiko, która oprócz kilku chwil bliskości i namiętności nie jest w stanie dać mu tego, czego pragnie najbardziej. Miłości.

Scenariusz stary jak świat. Ot ktoś się zakochał w kimś, kto kocha kogoś innego. Opowieść Boileta przedstawia jego przeżycia w taki sposób, że czytelnik chcąc nie chcąc identyfikuje się z zakochanym bohaterem, a tragedia miłosna autora, staje się po części dramatem czytelnika. Udaje się to dzięki kilku zabiegom i trikom w kreowaniu fabuły i jej rysunkowej prezentacji. Boilet, krótki i ściśle określony w czasie i przestrzeni romans przerzuca w świat wspomnień. Łamiąc linearność fabuły, zastępując wypowiedzi głównego bohatera komentarzami, przenosi ją poza konkretny czas, ta miłość nie ma jednoznacznego początku i końca, poznajemy ją już w "trakcie", z kadru na kadr, ze spotkania na spotkanie, przeplataną kartkami z kalendarza, szkicami i notatkami autora. Ta opowieść mogła wydarzyć się wczoraj, jak i rok temu, a naprawdę dzieje się nadal, w pamięci autora i pomiędzy przewracanymi przez czytelnika stronami.

W warstwie graficznej Boilet posłużył się prostym trikiem dzięki któremu osiąga pełną "przezroczystość" tej historii. W całym komiksie jedynie sporadycznie pojawia się postać głównego bohatera- autora. Czytelnik nie musi starać się, aby uczestniczyć w tej historii. Od pierwszego kadru widzi ten komiksowy świat oczami głównego bohatera, zapominając o medium, poprzez które w ten świat zagląda. Najbardziej widoczne jest to w scenach erotycznych. W każdej z nich występuje jedynie Yukiko i dłonie głównego bohatera wychodzące jak gdyby spoza kadru. Dotyk, pocałunki, pieszczoty- wszystko to czytelnik może nie tylko zobaczyć, ale bez mała przeżyć.

Mimo dosłowności, każda z tych erotycznych scen jest niesamowicie delikatna i zmysłowa. Pełna miłości, a jednocześnie piekielnie smutna. To nie jest dramat wielkich słów, zdrad czy zawodów. To dramat cichy, nie polegający na tym, co ktoś powiedział lub zrobił, a właśnie na oczekiwaniu na słowa i gesty, które nie nadchodzą. Boilet doskonale zdaje sobie sprawę z przelotności tego romansu. Wie, że niczego nie może oczekiwać, a jednak łudzi się od pierwszej do ostatniej strony. Łudzi się, że to on będzie tym jedynym. I tą beznadziejną ułudę czuć przez całe 144 strony komiksu.

Przez lata mojej edukacji, różni ludzie w różnych szkołach i poza nimi, próbowali wbić mi do głowy podstawy historii sztuki, w tym podstawowe informacje na temat Japonii. Przyznam niewiele z tego zostało, ale dzisiaj przyglądając się rysunkom Boileta, delikatnym i zwiewnym, a jednocześnie realistycznym, to z czym mi się one kojarzą to styl haiga w sztuce japońskiej. Haiga to grafika inspirowana krótkim wierszem haiku, to połączenie na jednym skrawku papieru tekstu i obrazu.

Coś jak komiks.

Niezależnie od moich mniej lub bardziej trafnych porównań rysunków Boileta do konkretnych stylów w sztuce, widoczna gołym okiem jest europejskość a dokładnie "francuskość" metody opowiadania jaką stosuje ten autor. Wbrew pozorom to nie komiksom frankońskim ten sposób jest bliski, a kinu tzw. francuskiej nowej fali. Jak u Jean-Luca Godarda, u Boileta znaczenia nabierają pojedyncze sytuacje i wplecieni w nie bohaterowie. Dialog zastępują gesty i spojrzenia, mówiące więcej niż słowa. Kontakt pomiędzy bohaterami, ich emocje i uczucia, wyrażają się w fizycznej bliskości. Oni nie potrzebują słów, aby dzielić się uczuciami ze sobą i czytelnikami.

"Yukiko's spinach" to przepięknie opowiedziana i zilustrowana opowieść o miłości, stworzona na styku dwóch kultur i tradycji komiksowych, japońskiej i francuskiej. Pozbawiona patosu i sztuczności, prawdziwa, okraszona nie wymuszona poezją, tragiczna tak jak tragiczna może być tylko autentyczna nieodwzajemniona miłość.

Puszka pełna robaków

Can of worms

Scenariusz i rysunki: Catherine Doherty


"Can of worms" Catherine Doherty to taki mini komiks, na który trafia się przypadkiem, przypadkiem kupuje i zakochuje się w nim od pierwszego przeczytania.

Niezwykłość tej historii wynika z dziwacznego połączenia formy i tematu. Mamy tutaj opowieść, której bohaterka, od momentu w którym dowiaduje się że została adoptowana, rozpoczyna poszukiwania swojej biologicznej matki. Niczego nie oczekując niczego nie chcąc poza jednym- poznaniem jej i chwilą rozmowy. Fabuła już wyeksploatowana, w dziesiątkach telewizyjnych filmideł, cukierkowo wzruszających. Komiks Doherty wygrywa w porównaniu z podobnymi historiami sposobem w jaki opowiada. Jej obrazkowa historia w której motywem przewodnim jest chęć spotkania i prostej rozmowy, pozbawiona jest dialogu!

To komiks niemal niemy, niemal bo o tym kim jest bohaterka i kogo szuka dowiadujemy się z fragmentów listów, które wysyła do swoich potencjalnych matek, czy też urywki aktów stanu cywilnego mówiących o adopcji. W efekcie autorka osiąga coś co zdawać by się mogło jest niemożliwe: opowiada bez słów historie o potrzebie rozmowy, mało tego w kulminacyjnym momencie komiksu do spotkania między córką i matką dochodzi, do rozmowy także, ale my czytelnicy nie bierzemy w niej udziału, przyglądamy jej się z boku. Dzięki temu Doherty tworzy bardzo intymną atmosferę, przy czym cały komiks kipi emocjami. Nie jest to epicka opowieść, raczej delikatne, ciepłe bardzo osobiste wyznanie.

Kaka Demona

O dwóch przykładach, jednym jak z wyświechtanej i zużytej formy zrobić coś nowego świeżego, miłego dla oka i drugim jak ze stosunkowo nowej formy strzelić absolutnie fatalną kake.


The Fall

Scenariusz : Ed Brubaker

Rysunki: Jason Lutes


Trzydzieści parę stron komiksowego kryminału… hmm obyczajowego kryminału. Bo w końcu nikt w tym komiksie się nie strzela nie ma wielkiego śledztwa, policjanta, detektywa. Jest młody człowiek który wpadł w kłopoty z powodu durnej sprawy z karta kredytową. Jest dziewczyna, która dziesięć lat wcześniej została zamordowana, a sprawca tej zbrodni nigdy nie został ujęty. Jest podejrzewany o zabójstwo policjant i jego córka. I jest też zakopana w ogródku torebka ofiary.

Tyle, nic wielkiego. Wyświechtane motywy ułożone na nowo w nową formę, przepięknie ta historia jest opowiedziana, mimo a może przez to, że niewiele się w niej dzieje.

Brubakera chyba zachwalać nie muszę, Lutesa zresztą też. Kto może ten komiks zdobyć- polecam gorąco. To taki dodatek do „Karuzeli głupców” i „Berlina”.

Escepe from special

Scenariusz i rysunki: Miss Lasko-Gross

Dawno nie zmęczyło mnie tak czytanie komiksu jak w tym przypadku. Nie wiem jak to jest ale po kilku udanych albumach z kategorii autobiografii pojawiają się kolejni autorzy święcie przekonani o tym że komiksowa autobiografia to najlepsza przepustka do sławy chwały kobiet i majonezu. Jakoś do głowy nie przychodzi im, że aby ich własne prywatne historie były dla czytelnika atrakcyjne, muszą mu zaprezentować cos naprawdę wartego uwagi. Pani Lasko – Gross opowiada o swoim dzieciństwie beznamiętnie głupawo i zwyczajnie nudno. Trudno mi ten album traktować inaczej niż jako próbę odcinania kuponów od popularnego ostatnio formatu.

A w temacie KAKAA DEMONNNAAA przesłana przez KRL’a

Antologia Grzegorza Janusza

Tak, ten tytuł u góry to prowokacja ale z gatunku tych lekkich.

W ramach odrabiania zaległości słów kilka o PW44.
Po pierwsze i najważniejsze, czytając tą antologię doszedłem do wniosku że nie jest to żaden dream team jak we wstępie pan dyrektor muzeum raczył napisać. W każdym razie dla mnie.

Okej to najlepsza antologia polskiego komiksu.

Okej to popis kilku rysowników z tzw. pierwszej półki.

Ale jednocześnie to li tylko (a może aż?) świetnie wydany notes z kontaktami Trusta.

Czym zatem PW44 jest?

Ano jest popisem jednego scenarzysty popisem niesamowitych możliwości, olbrzymiej wyobraźni, profesjonalnego podejścia do tematu, delikatności w tym i co tu dużo mówić inteligencji scenarzysty.

Janusz napisał cztery historie do tej antologii.

Trzy z nich ujmują temat powstania w sposób tak świeży i tak ( w polskim komiksie ) niespotykany, że tylko dla nich warto wydać tych 70 czy więcej złotych. Dodajmy jeszcze że akurat te komiksy to graficzne perełki tego albumu: Gawronkiewicz, Frąś i Konior.

Komiksy Janusza maja w sobie to wszystko co wg mnie komiks tyczący się historii powinien mieć. Nie traktuje tematu historycznego z kronikarskim zadęciem, przysłowiową szyszka w dupie a’la komiksy Zin Zinu. W jego scenariuszach widać, że temat nie jest tylko pretekstem do zrobienia komiksu, Janusz traktuje komiks jako wypowiedź w danej sprawie. Ten scenarzysta nie przedstawia epizodów z powstania, on mówi o PW bardzo osobiście. Kolejną rzeczą jest totalna POLSKOŚĆ scenariuszy Janusza. On żongluje motywami niezrozumiałymi dla innego niż polski czytelnika, robi to w taki sposób że jego opowieści nabierają bardzo intymnego dla nas polaków charakteru.
Jego prace są okraszone duża dawką metafory, delikatnej poezji, a jednocześnie pozbawione patosu, zmuszając nie tylko do refleksji nad PW, ale przede wszystkim zmuszają one do MYŚLENIA o powstaniu.

Bo mimo wielkich akcji PR’owych ta antologia poza pracami Grzegorza Janusza nie wnosi absolutnie nic nowego do tematu powstania. Ot jest sobie pełna obrazków powstańców i tyle.

Tak naprawdę poza jednym przypadkiem historie w antologii są pozbawione refleksji. Od kiepskich antologii konkursowych różni je tylko profesjonalizm wykonania, nie sama jakość historii. Jak mówiłem z jednym małym wyjątkiem, a mianowicie doskonałym komiksem autora „Ursynowskiej Specgrupy do rozwałki”.

Mało tego zdarzają się w niej pierdy jak świetnie narysowana historia Adlera i Piątkowskiego, która jest nijaka i o niczym. Kołodziejczak i Trust opisują historie Wandy Lurie, której zeznanie dostępne w internecie mimo wyprania z emocji jest dla potencjalnego czytelnika bardziej wartościowe niż komiks dwóch doświadczonych twórców.
Ta bezrefleksyjność autorów dla mnie jest zadziwiająca, bo ponoć Muzeum nie cenzurowało w żadne sposób tych prac.
To, co przedstawił Janusz to nie tylko mistrzostwo w kategorii historycznej, to także mistrzostwo komiksowej krótkiej formy. Co ciekawe przewagę Janusza nad całą resztą „antologicznych” twórców najlepiej widać na przykładzie komiksu do scenariusza Denisa Wojdy. Ot historia klasycznie ograna, schematyczna i cholernie przewidywalna.
Okazuje się że Grzegorz Janusz ma zdecydowanie największego w Polsce pytonga w kategorii krótkiej formy komiksowej.

Pytanie tylko dlaczego Romantyzm jest taki słaby?

Dużo czytam mózg trenuje

Misery Loves Comedy

Zebrane w jeden album komiksy Ivana Brunettiego – „Schizo”

No i właśnie. Schizo. Po raz pierwszy czytałem album w którym zamiast wstępu znanego twórcy, krytyka czy wydawcy mianem wstępu występuje opinia terapeuty autora.

Ivan jest świrem. Kompletnym. Jego komiksy to żale frustrata do świata na tematy wszelkie, czasami ryki i zawodzenia popaprańca, który nienawidzi świata nie akceptuje siebie generalnie cierpi na chroniczną depresję. Przy okazji mówi, mówi i mówi.

I to jest problem, bo jego komiksy to ciągi monologów… różnej wartości. Niestety ze strony na stronę czyta się to gorzej i gorzej. Bo o ile pierwsze historie w albumie są świeże, zabawne i interesujące, o tyle im dalej w las tym gorzej. Wywody Brunettiego w pewnym momencie stają się męczącym pierdoleniem o tym samym. Poza tym autor przegina w stosunku tekstu do rysunku. Całe strony zapisane drobnym maczkiem które ilustruje paskudna gęba autora. Takie sobie. Ten album ma jednak coś, co sprawia że warto go kupić, przeczytać i postawić na półce. To cartoony Brunettiego. Absolutnie fenomenalne. Ten gość łamie wszelkie tabu, robi rzeczy tak ostre i przy tym tak cholernie śmieszne, że po chwili oburzenia czy zniesmaczenia zaczynamy dziko rechotać. Brutalne, kąśliwe, obrazoburcze, pełne seksualnych podtekstów, cartoony tym różnią się od komiksów „terapeutycznych” z tego albumu, że nie można im zarzucić jednostajności i nudy. Nie tylko pod względem humoru, ale przede wszystkim konwencji rysunkowej. Absolutnie fenomenalne!!!

Podobno ktoś przymierza się do wydania części materiału z Misery Loves Comedy w Polsce- trzymam kciuki, społeczne grupy protestu, moherowe berety i publiczne palenie komiksu zapewnione, ot chociażby za żarty z Jezusa zbawcy masturbującego się stygmatami.

No co?

Mówiłem że Brunetti jest ostry.

Druga sprawa

„Van Helsing nights off”

Mykupyku pisał o „Lone Racer” – komiks ten zresztą trafił do górnej półki, a ktoś go w Polsce zaczyna wydawać zatem warto o kolejnym jego albumie wspomnieć. „Van Helsing” to zbiorek krótkich humorystycznych komiksów ze znanymi hordowymi postaciami, takimi jak Mumia, Wilkołak czy sam tytułowy Van Helsing. Śmieszne subtelne, delikatne i miłe dla oka porządny albumik, który na promocji w Top Shelfie można nabyć już od 2$. Polecam

A poza tym poytong kontest

Powiem tak, że czuje się tak:

Covert Front Episode I rozbił bank – jednego miliona graczy w tydzień.
Ponmad 1500 komentarzy i do tego jeden polski hatemail:
"gra w pyte. Jesteś buc" podpisano art 123@op.pl
całe tysiać pincet nie robi na mnie takiego wrażenia jak ten jeden mail
W produkcji kolejne gry.
I do tego w bardzo komiksowej obsadzie.
Twórców mam na mysli.

rajders of de storm

Burza była.

W czwartek.

Wieczorem.

Burza taka, że z Agą i kotem leżeliśmy w ciemnym pokoju gapiąc się w okno.

A za oknem ktoś dawał nam do myślenia.

Dawał tak, że człowiek miał ochotę na przekór, stanąć w oknie zapalić papierosa i czekać na piorunowe pierdolnięcie.

Grzmiało, zacinało piorunowało, kota straszyło.

Niebo było stalowe.

Mieszkamy na stalowym.

Nie wiem jak to rozumieć.

Taki wieczór kiedy człowiek człowiekowi bliższy się zdaje.

Taki romantic moment.

Taki czas w którym najlepiej spytać…

A: Wyczyściłeś Kotu kuwetę?

K: Nie, zaraz…

A: Kiedy ostatni raz ją czyściłeś?

K: W niedziele.

A: A mamy czwartek…

K: No, dwa dni do niedzieli…

Nie pisałbym o tym gdyby nie to, że czyszcząc kuwetę znalazłem komiksy(nie, nie w kuwecie).

Conversation # 1 i 2

Scenariusz i grafika: James Kochalka, Craig Thompson, Jeffrey Brown
Wydanie: USA, Top Shelf Productions,
Cena: $ 4.95, stron:48, softcover,

No i właśnie. Kwintesencja mini komiksu, mały format, mała objętość. To „komiksowa” rozmowa dwóch twórców. Pierwszy mini albumik to pojedynek na słowa i rysunki Kochalki i Thopmsona. Obaj autorzy rozmawiają o tym czym komiks jest dla nich, czym jest sztuka, kim w tym związku są oni – komiksowi twórcy, kim dla nich jest czytelnik. Spodziewałem się wiele po konfrontacji tych panów. I co? Na Kochalce się nie zawiodłem. Ten człowiek po raz kolejny udowadnia, że to co robi nie jest zabawą, mimo zabawnej parodystycznej formy którą wykorzystuje. Kochalka na tych 48 stronach udowadnia jak świadomym artystą (sic!) jest. Jasne, robi komiksy o świniach w kosmosie, o wielkim żabim wzwodzie to forma wybrana świadomie, żadne tam pierdy. Tymczasem Thompson rozczarowuje. Rozczarowuje jako komiksiarz, rozczarowuje jako artysta. To, co w „Conversation” prezentuje to obraz zagubionego nastolatka, który nie wie dlaczego robi to co robi, nawet się nad tym nie zastanawia. Jego komiksowa twórczość jest bezrefleksyjna, jedyne o czym myśli mówi itd. to żal. Bardzo konkretny. Żal młodego człowieka, który głodny sławy i uznania dla swojej sztuki, kiedy osiąga i sławę i uznanie ma żal, że to sława i chwała…. komiksowa. Nie wiem jak jakikolwiek twórca może tworzyć, pracować w ramach medium, którego się wstydzi…

Cóż Craig to niestety jeszcze dzieciak, genialny dzieciak, ale wciąż nie mający pomysłu na siebie. „Converstaion 2” to zupełnie inna jazda. Kochalka vs Brown. O ile Thompson nie był dla autora „American Elf” sparing partnerem, o tyle Jeffrey Brown nie daje się zepchnąć do narożnika. Przyjemnie czyta się ten mini manifest dwójki, moim zdaniem najbardziej wszechstronnych niezależnych komiksiarzy.

Ocena: 5/10

„Sunburn”

Scenariusz i grafika: James Kochalka
Wydanie: USA, Top Shelf Productions,
Cena: 2,65$, stron:24

Komiks ten to skoczek. Wyskakuje w najdziwniejszych momentach. Przeprowadzka, szukanie zagubionej książeczki wojskowej, sprzątanie kuwety. Za każdym razem chwytam ten mini-mini komiks w rękę i.. czytam nie mogąc się oderwać. Kochalka napisał i narysował to w 2000 roku, ja dostałem ten zeszycik przez czysty przypadek i czyjąś pomyłkę w milehighcomics.com. trudno o tym albumiku opowiedzieć, trudno mówić tutaj o fabule, to raczej zapis medytacji. Oczywiście prostej w przekazie i bardzo dosłownej, jak to u Kochalki.

Co ciekawe jest to jedyny komiks tego autora (jedyny jaki znam) rysowany w realistycznej konwencji. Kochalka siedzi i rozmyśla. Pięknie te swoje rozmyślania ubiera w komiksową formę. To taki komiks krzyczący okładką – Stop! Zatrzymaj się! Pomyśl, zrób kupę ale potem umyj ręce. Jak to u Kochalki…

ocena: 10/10