czwartek, 16 maja 2013

Czterokadr




Każdy z nas zna dowcip, który jest niezmiernie zabawny że hahaha i hohoho, a nawet hyhyy tylko żeby do tego hhihihi doszło, trzeba opowiedzieć długą momentami nudnawą historię stanowiącą wstęp rozwinięcie i wprowadzenie do zakończenia i pointy, którą ów dowcip jest.

Coś jak to zdanie powyżej.

W połowie tych 222 znaków (bez spacji) połowa z potencjalnych czytelników ziewnęła,  druga połowa przestała czytać, trzecia połowa szuka wzrokiem ilustracji a czwarta...

Dobra dość.

Sam zasypiam pisząc to i być może z tego samego powodu wydawca ( a być może i sam autor nie pomyślał) nowego albumu Mateusza Skutnika zrezygnował z jakiegokolwiek wprowadzenia do tej publikacji.

Problem w tym, że bez wstępu i tego wprowadzenia zbiór tych pasków komiksowych, będzie kolejnym zbiorem pasków komiksowych.
 Mało tego, to dziwny zestaw „czterokadrowców”, w którego skład weszło zbyt wiele komiksów mało udanych, nietrafionych lub zwyczajnie bo ludzku ani nie zabawnych, ani nie melancholijnie lirycznych (jak to u Skutnika), tylko po prostu nijakich. Oczywiście album powinien się bronić sam, ale w tym konkretnym przypadku bez znajomości przyczyn jego powstania czytelnik sporo traci.

Zatem słowem wstępu którego trudno szukać w albumie, na okładce lub gdziekolwiek indziej. "Tetrastych" to zbiór czterokadrowych komiksów, które powstały w ciągu 52 tygodni w ramach konkursu na pasek forum gidii komiksu.
Co tydzień nowa edycja konkursu i co tydzień nowy temat, bo co najistotniejsze w tym całym przedsięwzięciu to właśnie to: co tydzień nowy temat, co tydzień nowy pasek i tak 52 razy.

Bardziej niż same komiksy istotniejszy jest dla mnie ten kontekst.  Bo jakie komiksy powstają lub powstawać będą rękoma polskich autorów mniej więcej wiem, dlatego bardziej interesuje mnie to jak oni pracują, jak tworzą swoje obrazkowe historie. „Tetrastych” jest takim szkicownikiem jak szkicowniki wydawnictwa ATY, zapisem pracy autora. Nie tylko tego jak rysuje, opowiada ale tego jak myśli i na ile jest w tym swoim myśleniu twórczy ,w  końcu to 52 tygodnie i co tydzień nowy wymyślony przez kogoś temat

A same paski?
Są różne. Opowiadanie pasków to trochę tak jak tłumaczenie komuś nie tyle dowcipu co tego jak ktoś jakiś dowcip opowiada więc darujcie nie opowiem, a pokaże.
W ciągu tych 52 tygodni Skutnik potrafi być dowcipny melancholijny czy ironiczny jak tu:

A jednocześnie potrafi być na siłę dowcipny, lub co gorsza nijaki, a częściej zaplątany we własną historie, która próbuje opowiedzieć. Plącze się i kombinuje by w efekcie wystrzelić laserem nietrafionej pointy w próżnie kosmosu gdzie jak wiadomo zapada grobowa cisza…
Jak tutaj:



Długo się zastanawiałem o co tutaj chodzi i przyznam, że bez pomocy nie domyśliłbym się że to nawiązanie do psów Pawłowa… Zamiast trafnej i dowcipnej pointy muszę znaleźć tłumaczenie do dowcipu ksiądz, arab, rusek i jego pies idą przez pustynię…      

To, że Skutnik nie potrafi rysować wiemy od 2004 roku, ręce nie te twarze nie te świat w jego komiksach jest jakiś taki krzywy i szkicowy. Z roku na rok z albumu na album  jest w tym nie potrafieniu coraz lepszy.
 Bo to jak coś rysuje jest podporządkowane temu Co rysuje.  „Tetrastych” to 52 przykłady na to jak fenomenalnie opanował on narracje obrazem, nie tylko na prostym poziomie „ to jest historia, opowiedz ją  4 kadrami" ale dalej i szerzej.

 Skutnika historyjki nie zmykają się w tych 4 kadrach one skądś wychodzą i gdzieś biegną dalej. Czytając je znika nam granica ramki, kadru, strony. Ptaki na drzewie gadają ze sobą dalej lub odlatują na zimę, babcie zagłosowały, a teraz piją razem gdzieś herbatę. To wszystko jest jakimś ciągiem fabuł z których autor wyrwał jedynie czterokadrowy fragment.
Na koniec drobna rada/podpowiedź gdy będziecie czytać ten album zerknijcie czasem do internetu i sprawdźcie jak inni autorzy radzili sobie z narzuconymi tematami jak ten mój ulubiony: „Dwa koła, trzy trójkąty i piętnaście kwadratów”


 

piątek, 26 kwietnia 2013

Nauka i Technika w służbie ludzkości


Wysyp recenzji na blogu nie jest przypadkowy.

Otóż jedna z magicznych opcji smartfona jest programik, który rozpoznaje mowę jakoś tam coś tam i przetwarza ją na znaczki, takie wordowskie czyli gadam do telefonu, trochę sam do siebie robię cyk i wyskakuje recenzyjka.


Jak to wygląda w praktyce pokaże na przykładzie recenzji komiksu „Orędzie” autorstwa Wojciecha Kucharskiego i Juliusza Woźnego.





  1. Uruchamiamy program, który jasno komunikuje co należy zrobić: stuknij i gadaj


                                    





  2. Po tym następuje najważniejszy etap – przelewanie około 10 tys znaków z szybkością karabinu raczej nie maszynowego bo trzeba myśli zebrać unikać ciągłych eee i noo i yyy itd. Po wygłoszeniu do mikrofonu treści recenzji klikamy gotowe i.. Gotowe!



                                     


  3. Dodatkową zaletą programu jest ukryta opcja „weź nie pieprz tyle tylko przejdź do rzeczy” która działa świetnie w połączeniu z opcją „dobra skrócę to do dwóch zdań”
  4. Efekty? Zobaczcie sami- w pełni profesjonalna wyczerpująca temat recenzja

Pętla powrotów


"Powroty" Katarzyny Kaczor to komiksowy drobiazg. Maleńki nakład, kilka stron, zilustrowanych w parę chwil, dwie linijki tekstu, a w środku worek emocji, sprawnie i z wdziękiem opowiedzianych.

Historia którą opowiada Katarzyna Kaczor... nie wróć, popraw! Nie historia, a sytuacja, zlepek kilku chwil to opis banalnej emocjonalnej pułapki, w której znajduje się bohaterka tego komiksowego opowiadania. Widzimy wyrwany z szerszego kontekstu związek, dziewczyna i chłopak, związek na odległość. Wiemy o nich tyle, że są ze sobą teraz, ale to teraz właśnie się kończy, bohaterkę czeka powrót do "gdzieś daleko" leżącego obok "gdzieś indziej". Autorka zamyka swoją bohaterkę w pułapce ciągłych rozstań i powrotów. Gdy jest z nim myśli o zbliżającym się powrocie do domu, gdy jest daleko marzy o powrocie do niego. To, że nic o bohaterach nie wiemy działa jak akcelerator, bo proste emocje, smutek rozstania, tęsknotę i zazdrość, odczytuje się mocniej i bardziej uniwersalnie. Nie ma tutaj niczego z nastoletniego "pamiętniczka" dorastającej dziewczynki. To dojrzała wypowiedź balansująca na granicy banału ale nigdy tej cienkiej granicy nie przekraczająca.

"Powroty" wyróżnia też sposób kreacji opowieści. Spokojna narracja, która bazuje na z pozoru nudnym emocjonalnym fundamencie ma wartki rytm i co najważniejsze idealnie ilustruje pętlę wiecznych rozstań i powrotów.

Kaczor kontynuuje rozpoczętą w zeszłym roku świetną passę kobiecego komiksu. Patrząc na to, co działo się i dzieje na rynku komiksowym w odniesieniu do prac kobiet, rysowniczek i scenarzystek po doskonałych albumach Agaty Wawryniuk, Agaty Bary, Joanny Karpowicz,  można pokusić się o stwierdzenie, że wśród polskich scenarzystów komiksowych prym wiodą kobiety. Dołączyła do nich właśnie Katarzyna Kaczor.



Szkoda Czasu




Zdarzyło wam się kiedyś, że na ulicy zaczepia was ekshibicjonista, rozwiera poły płaszcza, wy zaglądacie lekko zdenerwowani, co tam ma pan ciekawego, po to tylko żeby stwierdzić, że to, co każdy? Z lekka zniesmaczeni odwracacie wzrok pytając siebie samych po jakie licho ja tam zaglądałem? Nie? Nic straconego lektura "Its not about that:" gwarantuje podobne doznania


Tak naprawdę nie wiem od czego zacząć. Najprościej byłoby spuentować tę publikację krótkim: "słabe, szkoda czasu", ale ani to miłe, ani to uczciwe wobec autorów. Problem w tym, że ten album jest artystyczną porażką w tak wielu aspektach, na tak wielu frontach, że aż mi zwyczajnie i po ludzku przykro bo przecież znam i cenię obu autorów...

Dobrze. "Its not about that" dopuszcza się grzechu pierworodnego mamiąc naprawdę doskonałą okładką, która jednak nijak ma się tak do treści jak i formy albumu! Fajny projekt, ciekawa ilustracja, zapowiadająca wszystko tylko nie cartoon do tego mocno uproszczony i poniżej poziomu dotychczasowych prac Piotra Nowackiego. Dobranie formy do treści to też sprawa kontrowersyjna. Łączenie cartoonowego stylu Nowackiego z poważną i bardzo brutalną treścią świetnie sprawdziło się w "Scenach z życia murarza", potęgując efekt brutalności tej historii. W przypadku scenariusza Bartosza Sztybora to kompletnie nie wychodzi bo rysunki Nowackiego nie mają z czym kontrastować... Puste sceny wypełniające ten album nie budują napięcia, nie kreują postaci, po prostu są.

Nawet tam gdzie kiełkuje coś, JAKAŚ treść, którą autorzy próbują nam przekazać, okazuje się że to strzał panu Bogu w okno. Album ten to komiks niemy, stworzony w taki sposób jak gdyby autorzy nie mieli nigdy przed oczyma komiksu bez słów. Wszystko tutaj jest przesadzone: zamiast normalnej narracji jest jakaś pantomima, przesadzone gesty, "gra aktorska" postaci niczym w kinie niemym. W efekcie w czytelniku, czyli we mnie powstaje wrażenie, że albo autorzy traktują go jak dziecko, które nie potrafi przeczytać obrazu pozbawionego słów. Albo to ja popełniłem błąd bo to komiks dla dzieci robiony "po polsku", czyli to co dla dziecka ma być z założenia dziecinnie głupie.

No ale jak to możliwe, że to dla dzieci skoro tam się takie rzeczy dzieją straszne?

Dochodzimy zatem do treści. To najtrudniejsza sprawa, bo bardzo długo zajęło mi złożenie tej fabuły do kupy tak aby dało się ją w jakikolwiek sposób zrozumieć.

Jest tak:

Robot służący, służy jakiejś rodzinie i odlicza dni do emerytury. Podaje drinki, robi śniadanka, podrywa nieokreślonego płciowo robota sąsiadów. W pewnym momencie w domu, w którym służy pojawia się  robot model nowy, super czaderski, nasz robocik odkrywa że jego multiseksualna miłość zza płotu wylądowała na śmietniku. Robot wprowadza w życie najdziwniejszy plan realizowany w historii komiksów o robotach.

Odcina nożem zasilanie nowego robota i teraz... Uwaga bo logika opowieści idzie sobie na zasłużony urlop! Odcinając robota od wtyczki zasilania powoduje tragedię- śmierć dziecka właścicieli które nie wiadomo dlaczego tonie w basenie...

Zrozpaczony rodzic wyładowuje swój gniew i żal na niedziałającym robocie który przylepia mu się do podeszwy!

Co dalej? Absolutnie nic. Naprawdę nie dzieje się już nic. Koniec. Kropka, wielki podwodny finał...

O czym jest ta historia drodzy autorzy?

Co chcieliście przekazać nam biednym czytelnikom?

Co takiego sprawiło, że ta historia zdała się wam warta opowiedzenia?

Ok, rozumiem zamysł. To trochę "szyłakowa" gra z czytelnikiem. Czyli poprowadzenie historii w rejony, o których istnieniu czytelnik nawet nie zdawał sobie sprawy. Niestety zrealizowana niechlujnie i bezmyślnie. W tym samym czasie Centrala wydała debiutancki albumik Katarzyny Kaczor, drodzy autorzy może warto zrobić krok w tył i podpatrzeć u młodszej koleżanki jak kreować historie, jak ją opowiadać, jak przekazywać emocje i treści bez użycia słów.

Na koniec autentyczne oburzenie. Album wydany został pod tytułem w obcym języku, rozumiem dlaczego - chęć prezentacji komiksu za granicą. Ale to zwykły policzek wymierzony polskiemu czytelnikowi, który nie musi znać obcego języka i wiedzieć czy ten tytuł coś oznacza, czy jest tylko bezsensownym ciągiem liter...

Zatem podsumowując. Jeśli nie kupiliście tego albumu, to zapewniam, że jest wiele ciekawszych sposobów wydania tych kilku groszy. Być może to za mało na stripklub pod Rzeszowem, ale na inne komiksy w sklepie Centrali jak najbardziej.




czwartek, 10 stycznia 2013

Rozczarowania


Zestawienie 10 najlepszych najfajniejszych naj, naj, naj są wszędzie sam zresztą w jednym takim plebiscycie oddałem głos, a w innym komiks do mojego scenariusza jest nominowany do tytułu komiks roku. Zatem u mnie inaczej: lista "naj" ale największych rozczarowań roku 2012 i nie dziesięciu a pięciu.

A co to się działo w 2012?  Rok był rekordowy.  Wydano 424 komiksy z czego 126 to komiksy polskich autorów, dla porównania najlepszy rok „komiksowego boomu” to 422 albumy wydane w  2003 roku.



1. Zadymiony przedział polskiego komiksu
Czytając polskie albumy mam wrażenie, że jednostka statystyczna pod nazwą „ twórca polskiego komiksu” egzystuje w totalnym oderwaniu od otaczającej ją rzeczywistości. Nie interesuje go nic poza opowiedzeniem zabawnej bądź smutnej historii, która konkuruje z innymi zabawnymi bądź smutnymi  historiami z gier, filmów seriali…

To chyba największe rozczarowanie tego roku – twórcy którzy sami się wykluczają. W żaden sposób nie reagują na to co ich otacza. 

Autorzy odklejają się od rzeczywistości, snując swoje bajki dla coraz mniejszego grona odbiorców. Myśląc o tym mam przed oczyma zadymiony przedział, pełen rysowników i scenarzystów, zajętych głównie sobą, wymyślających kolejne historyjki, mających w głębokim poważaniu to co widać za oknem  pędzącego pociągu.

Wyjątki to komiksowy debiut Agaty Wawryniuk, „Pocztówki z Białegostoku” Joanny Karpowicz, czy „Ogród” Agaty Bary.



2. Getto Story artu
Pozycja numer dwa łączy tak wiele wątków że sam nie wiem od czego zacząć…


Po pierwsze wyjście z getta – to hasło nadało ton dyskusji o komiksie w Polsce w ubiegłym roku. Chodzi tutaj o postulowane przez Sebastiana Frąckiewicza wyjście z komiksowego getta poprzez szeroka bramę sztuki współczesnej. Komiks miałby być stałym elementem obiegu galeryjnego, przedmiotem westchnień kolekcjonerów  i elementem dyskusji krytyków o sztuce współczesnej.

Miało to dać komiksowym twórcom wymierne korzyści w postaci strumienia pieniędzy (tak potrzebnych dodajmy) ale przede wszystkim, zdaniem Frąckiewicza, obieg galeryjny miał dać szanse na wyjście komiksu do szerszej publiczności. Postulat ten łączy się bezpośrednio z terminem Story-art lansowanym przez  Jakuba Woynarowskiego.

Bzdurzenie Woynarowskiego doskonale punktuje Jerzy Szyłak w książce „Komiks w szponach miernoty”(kolejne przełożenie premiery tej książki to też spore rozczarowanie…) lepiej niż on tego nie zrobię, więc odsyłam bezpośrednio do książki .
Wracając do samego wyjścia z getta. Pomijam argumenty o przejściu do innej niszy i zerowej szansy na poszerzenie komiksowej publiczności, o wyrwaniu komiksu z jego naturalnego środowiska i nadanie mu abstrakcyjnie sztucznej formy,  bo te padły nie raz i nie dwa.

To, o czym nikt głośno nie powiedział to to, że propozycja Frąckiewicza ( komiks w obiegu galeryjnym) wyklucza z kręgu komiksowych twórców kogoś takiego jak scenarzysta, sprowadzając komiks do ułożonych w jakimś porządku obrazków.



3. Cyfrowa porażka
Ktoś wystrzelił jak z armaty: polski komiks już za 5 minut podbije nowy rynek- tablety i smartfony dzięki nowej super, ekstra platformie cyfrowej dystrybucji. Pojawił się spory artykuł w Polityce( autorstwa Sebastiana Frąckiewicza),zapowiadający start aż dwóch (sic!) platform e-handlu komiksami, miały to być serwis ComicMelon.pl  i tajemnicza współpraca Kultury Gniewu i Artura Kurasińskiego.  Obudzono wielkie nadzieje, głosy sceptyków-realistów(np. mój zakrzyczano) i…

Do dzisiaj mamy wielkie nic.

ComicMelon.pl sprzedaje w cenie wydań papierowych propagandówki historyczne Zin Zin Pressu, a projekt tajemniczy pozostaje nadal tajemniczy.

Sam pomysł o kilka lat spóźniony najzwyczajniej w świecie przegapił swój moment.

Całemu temu cyfrowemu zamieszaniu dopisał zakończenie założyciel nowego wydawnictwa komiksowego Wojciech Szot. Odpowiadając na pytanie Sebastiana Frąckiewicza, o to czy komiksy jego wydawnictwa pojawią się w wersjach cyfrowych stwierdza: ”(…)  zrównoważenie w tym przypadku kosztów z przychodami jest raczej niemożliwe.”

  

4. Komiksowy wstyd
Sierpień 2012 rusza akcja „Międzygalaktyczny dzień czytania komiksów”, czyli publiczne czytanie komiksów. Świetna akcja, zaangażowani w nią byli i wydawcy i fani i organizatorzy MFK. Po prostu super. Na facebooku pojawiają się zdjęcia bezdomnych czytających komiksy. Niestety nie jest projekt artystyczny na miarę projektów Betlejewskiego tylko zwykła beczka śmiechu - pytanie z czego? z bezdomnych? Z czytania komiksu? Z biedy?
Komiks to wiadomo towar luksusowy może dlatego łatwo z takiej bezpiecznej pozycji śmiać się z tych którym w życiu się nie udało.
Zdjęcia rozchodzą się wirusowo, kilkadziesiąt osób ze środowiska lubi, podaje dalej słowem jest zachwycona, zdjęcia trafiają nawet na oficjalną stronę wydarzenia obsługiwaną przez MFK. Nikt nie widzi problemu, nikomu nie jest choć odrobine nieswojo w związku z  tymi zdjęciami. W przyszłym roku może zobaczymy dzieci z porażeniem mózgowym czytające komiksy pod siedzibą Łódzkiego Centrum Komiksu?
Po prostu wstyd.


    
5. Naiwność i zawiedzione nadzieje
Wydarzenia, dyskusje, autorzy, autorki wszystko pięknie ale gdyby ktoś miałby mnie spytać o najbardziej rozczarowujący polski komiks ubiegłego roku, to bez dwóch zdań wskazałbym na „Wszystko zajęte” Marcina Podolca.
Bo to oderwana od rzeczywistości (choć udająca obyczajową obserwację), bardzo naiwna powiastka. Podolec do takiego stopnia nieudolnie  kreuje związki i relacje miedzy bohaterami swojego komiksu, że czytelnik totalnie się w tym gubi. Bohaterowie mówią do siebie i o sobie w tak różny sposób, na przestrzeni tych kilkudziesięciu stron, że nie można odczytać co ich łączy! A całość przypomina wyobrażenia nastolatka o życiu, śmierci miłości i całej reszcie w formie arcy poważnej obyczajowej obserwacji.  Podolcowi obrywa się głównie przez zawiedzione nadzieje – jego poprzedni komiks do scenariusza Grzegorza Janusza ustawił poprzeczkę bardzo wysoko, „Wszystko zajęte”  mimo fantastycznych ilustracji potwornie rozczarowuje.